Felieton #1 cz. 1

Wybaczcie, tak długi wstęp pojawi się tylko ten jeden raz. Chciałbym, żebyśmy się dobrze zrozumieli w wielu kwestiach :) Kiedyś, w czasach gdy nieporównywalnie więcej recenzji czytałem niż pisałem, kiedy chłonąłem jeszcze ten specyficzny styl pisania jaki charakteryzował recenzentów, udało mi się odnaleźć niewyczerpalny temat do rozmyślań. Co nas inspiruje w muzyce, że chcemy o niej pisać i czytać? To pytanie, tak jak to bywa przy wielu moich recenzjach, ma drugie dno, żeby nie napisać drugą głębię. Albo po prostu wydaje mi się, że ma ponieważ jestem wybitnym przykładem grafomana. Moje umiejętności przekazywania myśli są, ujmując to dyplomatycznie… no nie ważne. Ale pomyślcie sobie, czy recenzent może być tak na prawdę obiektywny wobec kapeli, której nie zna? Czy oceni ją „z czystą głową” czy raczej będzie chwytał się każdego podświadomego porównania ze znanym sobie zespołem? Czy odbiór płyty słuchanej w danym momencie nie jest uzależniony od płyty przesłuchanej bezpośrednio wcześniej? A może jest nawet uzależniony od dźwięków zasłyszanych miesiąc temu? Od ulubionego (obecnie) zespołu?

Z moich doświadczeń wynika, że człowiek nie jest muzycznie jednością z samym sobą. Każdy nowy utwór wnosi inny pogląd na wszystkie kolejne utwory, które czekają na odsłuchanie i nie ma przed tym ucieczki, zupełnie tak samo jak przed wahaniami nastrojów czy po prostu nieprzewidywalnym losem. W takim razie, czy każda recenzja (a nawet opinia), choćby skrojona w najbardziej wyrafinowany sposób, nie jest aby zlepkiem nietrwałych upodobań, nastroju w momencie pisania, pamięci słuchowej i ogólnego stanu ducha? Postawmy też inne pytanie, może nawet ważniejsze od tego pierwszego – czy przy recenzowaniu/opisywaniu/tworzeniu muzyki tak na prawdę komukolwiek zależy na obiektywizmie? Czy po prostu chcemy poznać czyiś punkt widzenia?

Czytelniku, czy na prawdę chcesz wiedzieć czy interesująca cię płyta jest obiektywnie dobra, czy chcesz po prostu poznać czyjeś zdanie o niej?

Te pytania zrodziły we mnie chęć przedstawienia wam swoich własnych inspiracji, tych które ukształtowały wszystkie moje przeszłe i ukształtują przyszłe recenzje i opinie. Osobiście trzymam jednak stronę czytelników szukających obiektywizmu, bo uważam że maksyma „opinia jest jak dupa, każdy ma swoją” jest tu kluczowa dla zrozumienia sedna istnienia współczesnych mediów. Nie ustrzegło mnie to naturalnie przed błędami subiektywności, bo jak wspomniałem wyżej – to nieuchronne, nie jesteśmy bowiem jednością sami ze sobą.

Pierwszy felieton chciałbym poświęcić kwestii nieoczywistej. Nie będzie to felieton traktujący ani o klasyce gatunku, ani o odkryciach, ani tym bardziej nie o szlagierach. To będzie część o niepozornej ohydzie. W latach 2013 oraz 2014 nieprzewidywalny los skonfrontował mnie z dwoma płytami, które zmieniły moje podejście do kwestii muzyki metalowej. Był to moment, w którym mogłem skreślić cały swój ówczesny „dorobek”, skreślając go za bycie po prostu nieobiektywnym.  Ale tak się nie stało – i bardzo dobrze, bo mogę teraz z łatwością prześledzić (na przykładzie mojego grafomaństwa), moją muzyczną ewolucję.

 

Pierwszą płytą, która zmieniła mój sposób definiowania muzyki ekstremalnej była debiutancka płyta ODRAZY. Zanim jednak do tego doszło, „Esperalem Tkane” wydawało mi się obce, zbyt dziwaczne i paradne. Naczytałem się do tego, że jest to nic innego jak „hipsterski pomiot”, wiec zostawiłem odsłuch na bliżej nieokreśloną przyszłość. Na szczęście akurat ta przyszłość nadeszła szybciej i bardziej intensywnie niż mogłem się tego spodziewać. „Esperalem Tkane” okazało się być płytą, która w niemetaforyczny sposób zaryła moją głową o betonową powierzchnie chodnika. ODRAZA nagrała płytę do bólu przyziemną, nieskrępowaną oczywistymi porównaniami. Czerpiącą z black metalu, rocka, heavy metalu, death metalu, a nawet z konwencji westernu. To było wręcz onieśmielające, że bez zająknięcia można to wszystko scalić i zaprezentować bez skrępowania. Ta płyta to wszakże ścieżka dźwiękowa do obrzydliwej rzeczywistości, niesmacznej i skrzętnie zamazywanej przez wypieszczone, kolorowe reklamy, kolejne centra handlowe i miłościwie nam panujący „stan bałwochwalstwa”, przez który rozumiem bezmyślną pochwałę naszego cywilizacyjnego „rozwoju”, a raczej osobistej degeneracji. „Esperalem Tkane” to właśnie coś co dotyka tej patologii, tej naszej degeneracji, na którą godzimy się z lekkim sercem. Ta płyta wywołuje ból podobny do tego jaki tytułowy esperal, u niektórych wielbicieli procentowych trunków, gdy chcą zapomnieć o świecie.

Oczywiście, niekonsekwencja muzyczna ODRAZY w obrębie jednej płyty nieco mnie raziła (tak jak wiele innych osób), ale pogodziłem się z tym, zrzucając to na karb tego
, że suma summarum i tak na wszystko kiedyś się zgodzimy. Ponadto, uznałem że kapela tak jak w przypadku bliźniaczego MASSEMORD miałaby wyjebane na to czy ktoś się zgadza z ich muzyczną formą – myślę natomiast, że nieporównywalnie bardziej istotny byłby przekaz. Definicja słowa przekaz na „Esperalem Tkane” jest jednak inna niż ta klasyczna w rozumieniu black metalowego gatunku. Zamiast enigmatyczności, tajemnicy, idei buntu i złości – czyli znanych atrybutów black metalu, dostaliśmy brud, klaustrofobię, pewnego rodzaju turpizm oraz brutalną, aczkolwiek naiwnie otwartą wizję rzeczywistości.
Zagrano w otwarte karty, nazwano rzeczy po imieniu. W języku polskim (to także istotne dla usytuowania tej obrzydliwej rzeczywistości w polskich realiach).

A zatem czynnik pierwszy… muzyka może być owiana tajemnicą, ale wcale nie musi. Może być prosta jak cep, bić na oślep i traktować o zgorszeniu, odrazie, niechęci, agonii, apatii, mizantropii… i o wszystkim tym wprost. I mieć taką samą siłę rażenia jak najbardziej wydumane angielskie hymny poświęcone Lucyferowi.

Ciąg dalszy chyba nastąpi…