Festung Open Air vol. VI – 10-11.05.2008, Bitterfeld (Niemcy)

Festung Open Air vol. VI:
NIFELHEIM, ANGEL CORPSE, REVENGE, ENSLAVED, SOLSTAFIR, ROOT, ARKHON INFAUSTUS, WITCHMASTER, BARBATOS, RAVENCULT, FLESH MADE SIN, TYRANT, ENFORCER, PURGATORY ,THE BATALLION, DISSIMULATION, CODE

10-11.05.2008, Niemcy – Bitterfeld

W roku 2008 sezon festiwalowy rozpoczęli my dość szybko, początkiem maja.

Image

CODE

Choć sam wyjazd do Niemiec, na Festung Open Air vol. VI, pomimo 666% pewności dwóch zadeklarowanych maniaków, jako że trzeci odpadł był w przedbiegach i dziś cierpi niewyobrażalne katusze mentalne z tego powodu, stał przez dni kilka pod znakiem zapytania. Azaliż mechaniory samochodowe, a potem wszelakie znaki na ziemi, niebie i pode ziemią (czyli wiadomo gdzie) sprawiły, że po dokooptowaniu trzeciego do nieświętej trójcy ruszyli my w noc piątkową dnia pamiętnego 9.05 anno 2008 autem m-ki Nissan – kierujący: Piszący, drugi kierujący: grający w podwórkowym zespoliku GOAT TYRANT niejaki obywatel Dolek i pasażer na podwójnym gazie, jeden z czołowych przedstawicieli odwiecznej żulerki gdańskiej – Mazur, Mazurem zwany (dzięki temu człowiekowi można na YouTube obejrzeć rewelacyjny NIFELHEIM na ten przykład). Takoż jechali my sławetnymi polskimi drogami, mijając po drodze licznie świecące oczy sarenek, oddając mocz pode romantycznym, bezchmurnym niebiosem i w końcu tłocząc się spokojnie na trzypasmowej autostradzie, po paru błędach w nawigacji przed samym polem bitwy, dotarliśmy ok.10-tej do celu.
Jako że pogoda była wprost porażająca, jak w miesiące wakacyjne, zaczęła się konsumpcja zmrożonej Tatry. W pewnym momencie nastrój sielanki został przerwany najazdem reszty rodzimej załogi z Dolnego Śląska, prawdziwych maniaków i fanatyków metalowego szaleństwa (nie mylić z misterium, sztuką, mchem i paprocią) w składzie: Mortis aka Satanic Metal Playboy czyli Najprawdopodobniej Największy Niszczyciel Owsiakowców w RP, Szczeniak aka Wyglądasz jak Klawiszowiec Kombi oraz druhowie z Brzegu – Witek i Bagien! Wrzaski powitania zaowocowały rozstawieniem stolika i wyciągnięciem wiktuałów w postaci wódki i ogórków, co wzmogło jedynie chęć alkodewastacji i oddania się dźwiękom ukochanej muzy!

Image

NIFELHEIM

Nabycie biletu, nabycie karnetu na browce, nabywanie płyt oraz koszulek i czas na piąty pierwszego dnia, a pierwszy dla nas REVENGE. Co tu dużo gadać – goście po prostu przyjebali jak trzeba, mocno i konkretnie. Silnie dudniący bas, wściekłe wokale, czytelne i silne brzmienie. Wygarnęli w publikę całym arsenałem swoich niszczących środków, m.in. „Blood Of My Blood”, „Victory Revenge”, „Attack The Enslaver” czy utworów z nowej płyty, której nie mam jeszcze obsłuchanej. Publika wyraźnie się ożywiła, poszło lekkie pogo, pióra latały te i nazad, jako i łyse banie, takie jak moja. Po REVENGE na scenę wgramolił się szwedzki TYRANT i już wiem, że muszę zdobyć ich jedyną pozycję „Reclaim The Flame”, którą odegrali chyba w całości na tym gigu. Ciekawy, żywy thrash z zabarwieniem czarcich dźwięków. Dobre, energiczne tempa, raczej chwytliwe numery i starający się frontman pozostawili dobre wrażenie na zmęczonym alkoholem baniakiem Piszącego. Podjąłem decyzję, że trzeba przespać ANEGLCORPSE, ale nie można odpuścić NIFELHEIM. Ułożyłem się na przednim siedzeniu nastawiając budzik w telefonie i lulu. Budzik dzwonił, dzwonił, a ja kurwa nie mogłem się spiąć. Za to, że obejrzałem cały NIFELHEIM, podziękować muszę i pragnę jednako Mazurowi, który za punkt honoru postawił sobie wyjęcie pijanego Mnie z wozu i zmuszenie do pójścia pod scenę! NIFELHEIM po prostu zmiażdżył dupy! Właściwie zaryzykuję i powiem, że warto było być na Festung Open Air tylko dla nich. Bracia Pierdolnięci i ich nie mniej pierdolnięci koledzy z zespołu (jeden wygląda jakby był poczęty przez Hellbutchera i Tyranta razem wziętych) dali tak w piec, że gacie spadły! Szaleństwo, siła, żywioł, szczerość, metal i piekło! Siła piekielnego thrash/black/death metalu zapodana przez tych szalonych Szwedów po prostu zmiotła! Tak się, kurwa, gra piekielny metal! „Possessed By Evil”, „Sodomizer”, „Storms Of Satan’s Fire”, „Black Evil” i masa hitów z ostatniego albumu „Envoy Of Lucyfer” – tytułowy, „Open The Gates Of Damnation”, „Storm Of The Reaper”, „Evil Is Eternal”. Wykrzykiwane tytuły, wyśpiewywane refreny, darcie ryja, a na scenie, jak w ukropie, piątka diabelskich pomiotów ze zdziczałym Hellbutcherem na czele. Światła, dymy, pod sceną amok! Panowie dali się wywołać na bisa i zniszczyli wszystkich ponownie. O tym, że w ten wieczór rządził NIFELHEIM, na drugi dzień świadczyły totalnie zdarte gardła całej ekipy i jedno zdanie wypowiedziane, nie pamiętam już przez kogo, jako odpowiedź na wrażenia dnia wczorajszego: „bracia Gustavsson zniszczyli”! Szwedzki ENFORCER zamykał pierwszy dzień festiwalu, ale nie dotrwałem. Ponoć całkiem nieźle sobie radzili, ale król był jeden tego wieczoru!

Image

WITCHMASTER

Dzień drugi zaczął się tradycyjnie od konsumpcji w pełnym tego słowa znaczeniu. W ruch poszło zimne piwo i zaraz potem wódeczka! Niektórzy podsypiali elegancko, pan Mortis wygłosił obrazowy wykład na temat wyższości zbierania płyt winylowych nad posiadaniem kobiety, wznoszono toasty i katowano się debiutem SINISTER! Przyszedł czas walki… Na scenie jako pierwsi rozbili się FLESH MADE SIN, których pamiętam z całkiem dobrego MCD „Masterwork In Blood”. Ciekawy thrash/death, przyjemnie wpadający w ucho tak o godz. 15.00 i… nie pamiętam, ilu piwach i kolejkach „Pomorzanki”! Po nich zaczął BARBATOS, japońscy old schoolowcy. Niestety na ich występie zasnąłem i obudziłem się na kolejny WICHTMASTER. Żem się otrzepał i ruszył pod scenę, co by nasycić uszy szybkim i intensywnym thrashem zagranym na odpowiednio wysokim poziomie! WITCHMASTER nie zawiódł i dał w piec, że aż miło. „Satanic Metal Attack”, „Obedience”, „Fuck Off And Die”, „Antichrist”, „666 Dominatrix” – po prostu pieprzony satanik thrash!!! Krótko, zwięźle i na temat! Przy WITCHMASTER zjednoczone siły pomorsko-dolnośląskie, wspomagane przez ludzików z EBOLA, dały pokaz, jak się bawić! Wrzaskom, piskom i uciechom wszelakim nie byłoby końca, jeno WITCHMASTER przestał grać! A potem, jak dla mnie, była już tylko konsumpcja i spanie. Opuściłem wielokrotnie widzianego już ROOTa. Szkoda mi jedynie ENSLAVED, bo ponoć zagrali dwa utwory z „Hordanes Land”, co na obecny wizerunek tej grupy jawi się jako spora niespodzianka!

Cóż, na drugi dzień pożegnania przyszedł czas i zaczęła się dłuuuga droga do domu, której opisywać nie będę z jednego powodu – musiałbym wejść na sytuację polityczno-gospodarczą naszego jebanego kraju i problemu… No właśnie, domyślcie się sami!
Festung Open Air jest zajebistym festiwalem. Mała scena, kameralny nastrój, błogostan i kultura! Do tego odpowiednie towarzycho i spieczone słońcem mordy dają pełnię szczęścia. No i NIFELHEIM, koniecznie NIFELHEIM! Oby do przyszłego razu!

 

[von Mortem]