FINAL RESISTANCE The Ferris Wheel `13

Zespół FINAL RESISTANCE pochodzi z Pszczyny. Pierwszą EP, „The Ferris Wheel”, nagrał w rybnickim No Fear Records. Zanim powiem coś o muzyce, warto pochylić się nad samym wydawnictwem. Osobiście – od jakiegoś czasu – niewielką przywiązuję wagę do formy, w jakiej promują się młode kapele (liczy się tylko muzyka). Okładka może być kserowana, płyta CD-R wypalona, niekoniecznie podpisana, coraz częściej zdarzają się promo w postaci download linków. „The Ferris Wheel” to jednak całkowicie inna liga: choć jest to promo wydane własnym sumptem, nie ma tu żadnej amatorki. Świecący digiCD (do kupienia w sieci w cenie 9,99 plus znaczek), w którym również na płycie odwzorowano motyw z okładki, prezentuje się w pełni profesjonalnie (brak jedynie książeczki). Ba! Takiego wydania pozazdrościć mógłby Pszczynianom niejeden metalowy label. Pod całością podpisał się GuzikArt z Bydgoszczy – więc w zasadzie nie ma tu przypadku. Jest profesjonalne podejście do tematu. A muzyka też broni się sama. Nie jest to żaden podziemny, niedopracowany rzyg, ale raczej materiał nieustępujący jakością w pełni profesjonalnym wydawnictwom „światowym”. Obcujemy tu z melodyjnym death metalem, gdzieś z okolic IN FLAMES lub DARK TRANQUILITY, przy czym – w porównaniu choćby właśnie z tymi dwiema kapelami – jest to muzyka jeszcze bardziej wściekła, a same melodie są mniej oczywiste, trochę mniej chwytliwe niż przewiduje konwencja (może to jest ów metalcorowy element, który podkreślają muzycy). Dominują oczywiście szybkie i bardzo szybkie tempa oraz szalone gitarowe riffy „żywcem” eksportowane ze Szwecji. To melodyjny death w pełnej krasie, chociaż FINAL RESISTACE kojarzy mi się również ze starszymi dokonaniami fińskiego CHILDREN OF BODOM. Znajdziemy tu niebanalne solówki i szalenie sprawnego (i zdolnego) perkusistę. Panowie eksperymentują również trochę z wokalami: o ile główny skrzekliwy growl jakoś się broni, niższy, głęboki growl, a szczególnie „czysty” wokal budzą pewne wątpliwości. Ten ostatni pojawia się na szczęście najwyżej ze trzy razy, przy najbardziej melodyjnych partiach (refrenach) i chyba świadomie ma być kontrastem do wściekłej reszty. Jest kontrastem chyba zbyt dużym, do tego jest nieciekawym w barwie oraz swej ekspresji i – co tu dużo mówić – zwyczajnie młodzieńczy… Równie dobrze można byłoby tam wrzucić panienkę śpiewającą kontraltem – bez sensu i nie na temat! Jak widać, moje zarzuty są ostatecznie błahe i nie rzutują na pozytywny odbiór całego materiału. Całość (6 numerów, trochę ponad 19 minut) mija aż nadspodziewanie szybko, nie wiadomo kiedy, a najlepszy na tym albumie numer („Absent”) zostawiają nam muzycy na sam koniec. Przy nagrywaniu longa, na miejscu FINAL RESISTACE, zatroszczyłbym się jednak o mocniejsze zróżnicowanie tempa i intensywności przekazu oraz zapewnieniu słuchaczom więcej oddechu i dodatkowych „smaczków”, w celu uatrakcyjnienia kolejnych przesłuchań… Zwolennicy melodyjnego death powinni uważnie przyjrzeć się FINAL RESISTACE, bo – o ile nie zabraknie im samozaparcia – oto objawił się zespół, który w przyszłości może jeszcze poważniej namieszać nam w głowach. [Herr Bee]

 

Final Resistance, finalresistance.band@gmail.com; www.facebook.com/finalresistance.band