FRAILTY Melpomene `12

Zespół FRAILTY pochodzi z łotewskiej Rygi, tworzy go sześcioro muzyków. „Melpomene” to ich drugi album (pierwszy ukazał się w 2008 roku). W swojej recenzenckiej „karierze” napisałem dziesiątki tekstów, opisując muzykę metalową pod przeróżnym kontem, pod różnymi aspektami. Nigdy dotąd (!) nie użyłem jednak słowa, które dzisiaj przyjdzie mi wypisać majuskułą: album „Melpomene” łotewskiego zespołu FRAILTY to totalna, niezaprzeczalna NUDA! Tylko tyle i aż tyle! Trochę to smutne, bo w muzyce szukam jakichś emocji (!), choćby smutku właśnie, ale szóstka z Rygi nawet temu nie podołała. Choć ten album z założenia miał być smutny, dla mnie jednak pozostaje tylko nudny. Składa się na niego szereg ogranych patentów i bardzo nijakich riffów tworzących razem prawie osiemdziesięciominutową drogę przez mękę. Do tego FRAILTY niemożebnie kojarzy mi się z MY DYING BRIDE, od których odróżnia ich tylko jeden (!) zasadniczy szczegół: talent do dobrych riffów. Wyobraźmy sobie death/doomową grupę z głębokim męskim growlem. Całość ich muzyki opiera się na dwóch gitarach, z których jedna prawie każde uderzenie w struny przeciąga do granic wytrzymałości (jak to bywa zazwyczaj u wspomnianych Brytyjczyków), druga gitara gra czasami obok jakieś nieciekawe riffy, częściej wtóruje jednak w jękach tej pierwszej, a czasem zaś milczy. Do tego owe gitarowe passusy zapętlają się i powtarzają niezliczoną ilość razy (jak to też bywa u wspomnianych wyżej Brytyjczyków), tworząc monotonne kontinuum, przerywane przez kolejne passusy pojawiające tylko po to, żeby zaraz się zapętlić. Trzy z dziewięciu składających się na tę płytę utworów trwają prawie po piętnaście minut każdy (kogoś Wam to przypomina?) – niektórzy powiedzą, iż to dla budowania klimatu… Może (?), po trochu: w „The Doomed Halls od Damnation” (14:54) klimat budowany jest praktycznie na trzech dźwiękach przez bite dziewięć i pół minuty, zanim zacznie się „coś” (!) dziać, choć obiektywnie patrząc nadal dzieje się niewiele (w uproszczeniu: przyspiesza się tempo grania owych trzech dźwięków, by w 11. minucie zacząć trochę żenować), a już na pewno niewiele może nas zaskoczyć, bo wszystko „rozwinie się” w bardzo przewidywalne doomowe zakończenie. Tylko zamykający płytę „The Cemetery of Colossus” zawiera w sobie elementy jakiejś tam dramaturgii zawartej w finale tej płyty, ale jest to trochę mało i by doczekać do tego miejsca, zaiste trzeba być kolosem. Na osobne wyróżnienie zasługuje tylko perkusista Lauris Polinskis, który pod tym daremnym gitarowym pojękiwaniem wystukuje czasami naprawdę istne cuda (technicznie i formalnie bardzo dobre)! Cały jego pot obraca się jednak w niwecz. Szkoda! I dziwne to wszystko, tym bardziej że pomijając – subiektywne – kwestie estetyczne, album „Melpomene” ma wszystkie te cechy, które powinny kazać mu nam się podobać: jest dobrze nagrany, muzycy są dobrzy technicznie, operują zmianami tempa, wszystko pasuje też jak ulał do doom metalowej konwencji. Zdarzają się tam nawet z rzadka ciekawe motywy (co prawda, kilka na całej płycie). Są wręcz prawie jak MY DYING BRIDE! Dlaczego więc mi to nie gra?!? [Herr Bee]