Fuck The Commerce 2008 – 1-3.05.2008, Altes Lager (Niemcy)

Fuck The Commerce 2008:
Image

MASSACRE, HOLOCAUSTO CANIBAL, DENIAL FIEND, EXCREMENTORY GRINDFUCKERS, HOUWITSER,
WEAK ASIDE, GRIND INC., NEUROPATHIA,
ILLDISPOSED, LAY DOWN ROTTEN, POOSTEW, STOMA,
GORE, BITTERNESS, STERBEHILFE, URKRAFT,
THE BURNING, DEBT OF NATURE etc.

1-3.05.2008, Niemcy – Altes Lager

Dotarliśmy na miejsce 1-go maja około godziny 14:00, przez co udało się nam przegapić pierwszy zespół (DEBT OF NATURE). Sprawa, która od razu rzuciła nam się w oczy, to fakt, że z obsługi festiwalu (pracownicy biura, ochrona) prawie nikt nie potrafił wydukać słowa po angielsku. A że my kiepsko obyci z mową Deutschów, to początkowe kontakty nie należały do łatwych.

Na teren festiwalu wkroczyliśmy dumnie, gdy prezentowała się kolejna kapela – THE BURNING. Ale ponieważ oglądało ją może piętnaście osób, więc pomyśleliśmy, że to jakaś próba przed koncertem i nie zawracaliśmy sobie nią głowy, zwłaszcza, że czyniła masę bezładnego hałasu. W tym czasie spokojnie rozkładaliśmy namiot, który udało nam się postawić jakieś 30 metrów od sceny.
O godzinie 15:00 na scenę wszedł duński URKRAFT. Było to dla mnie olbrzymim zaskoczeniem, bo przecież grupa ta ma już uznaną markę oraz trasę u boku CANNIBAL CORPSE za sobą. Mimo to zmuszono ją do grania o tak beznadziejnej porze dla mniej niż pięćdziesięciu osób. Mimo to Duńczycy starali się trzymać fason i dać jak najlepszy koncert. Początkowo im się to udawało, ale zniechęceni beznadziejnie bierną niemiecką widownią, po kilku utworach dali sobie spokój i tylko odegrali do końca swój set, bez żadnych fajerwerków.
O dwóch kolejnych zespołach (BITTERNESS i STERBEHILFE) można powiedzieć tylko tyle, że są z Niemiec. Ale nawet to nie zachęciło lokalnej publiki do jakiegoś żywszego reagowania na płynące z głośników dźwięki. Dźwięki, bo muzyką tego na pewno nazwać nie można. A że obydwie kapele w równym stopniu grać nie potrafią, to nawet nie zauważyłem, kiedy skończyła grać jedna, a zaczęła druga.
Godzina 18:00 i mamy największą kompromitację pierwszego dnia festiwalu – GORE. Czterdziestopięciominutowy popis antymuzyki w wykonaniu Słowaków został uwieńczony totalnie wiejskim coverem jakiegoś kawałka dyskotekowego z elektronicznym podkładem w tle.
Niemiecki POOSTEW i holenderska STOMA również nie powaliły na kolana. Więcej się spodziewałem po LAY DOWN ROTTEN (notabene, skąd na death/grindowym festiwalu grupa grająca melodyjny death metal?), ale niestety spotkało mnie kolejne rozczarowanie. Jedyna pozytywna rzecz z występu tego zespołu to fakt, że zdołał przyciągnąć pod scenę więcej ludzi, którzy już tam pozostali do końca.

Image

LAY DOWN ROTTEN

 

I wreszcie występ gwiazdy pierwszego dnia. Duński ILLDISPOSED musiał zmierzyć się z fatalną frekwencją (około 80 osób) i totalnie lekceważącym nastawieniem publiczności. Ale tutaj dała o sobie znać charyzma wokalisty – Summera, który swoim szalonym zachowaniem na scenie rozkręcił młyn (w którym znalazł się również niżej podpisany, o mało co nie gubiąc kluczyków od samochodu:-). Okazało się, że nawet dla garstki osób można dać naprawdę udany show, a widownia bawiła się przednio. Podczas koncertu ILLDISPOSED dał wreszcie o sobie znać główny konferansjer imprezy – niejaki Paul Speckmann, który, pojawiając się na scenie, nieco wsparł Duńczyków w rozkręcaniu tłumu. Jego postawa to temat na osobną historię, ale dobrze, że przynajmniej był. Można było z chłopem piątkę przybić.

Image

ILLDISPOSED

 

Drugi dzień na Fuck The Commerce rozpoczęło niecodzienne wydarzenie. Otóż przed rozpoczęciem koncertu na scenie pojawiły się trzy osoby: stukilogramowa kobieta w mundurze moro, pan w kapelusiku z gitarą i człowiek z małą perkusją, który wjechał… plastykowym wózkiem, jakie można spotkać w piaskownicy. Ta trójka dała całkiem niezły happening, odgrywając metalowe standardy (np. „Symphony Of Destruction” MEGADETH). A że kompletnie nie umieli grać i śpiewać, to przynajmniej było dużo śmiechu. I co najdziwniejsze, mieli największą frekwencję z dotychczasowych występów!
Poza tym drugi dzień festiwalu przyniósł smutną prawdę o festiwalu. Na każdej tego typu imprezie zestaw kapel jest ustawiony tak, by kolejna grupa była coraz większa i coraz lepsza. Tutaj odnosiło się wrażenie, że jest wręcz odwrotnie. Przy czym brakowało zespołów z tak zwanej „górnej półki”. Natomiast drugiego dnia każdy kolejny band prezentował się żenująco i – co gorsze – grał dokładnie to samo, co poprzednik. Czyli łubudubu z przytupem albo bez. Jedynym wyjątkiem od tej reguły była polska NEUROPATHIA, której wokalista notorycznie próbował nawiązać kontakt z publicznością w języku… polskim. W pewnym momencie kapela zagrała nieśmiertelny song „Słodkiego miłego życia” z repertuaru KOMBI.
Poziom drugiego dnia Fuck The Commerce próbowały też trzymać WEAK ASIDE i GRIND INC., ale bez większego powodzenia.

Image

GRIND INC.

 

Rozczarowaniem był również występ gwiazdy wieczoru. HOUWITSER, a dokładniej jego wokalista przed koncertem dał popis „gwiazdorski” chodząc po terenie festiwalu w swojej nieodłącznej kominiarce, strojąc groźne miny i próbując zrozumieć, dlaczego nikt nie wzdycha na jego widok. Podczas koncertu też niczym nie zaimponował, miotał się po scenie, jak w napadzie padaczki. Nie powiem, żeby Holendrzy zagrali źle, bo wypadli całkiem poprawnie, ale byli przede wszystkim okrutnie nudni i to jest największy zarzut pod ich adresem.

Image

HOUWITSER

 

Trzeci dzień był bardzo podobny do drugiego, czyli nuda i beznadzieja wiejąca ze sceny. Występujący na scenie muzycy (???) sprawiali wrażenie, jakby pierwszy raz w życiu trzymali w rękach instrumenty. Publiczność zareagowała na to bezwzględnie zajmując się swoimi sprawami, czyli głównie popijaniem, a najlepszą recenzją dla występujących grup był jeden koleś, który położył się przed sceną i… zasnął.
Nadszedł wieczór i pora występów tych „większych” kapel. Zastanawiające było to, jakimi kryteriami kierowali się organizatorzy wybierając obsadę na Fuck The Commerce 2008. Ale okazało się, że publiczność entuzjastycznie przyjęła EXCREMENTORY GRINDFUCKERS z Hannoweru. Niemcy niby grają grind, ale więcej w ich muzyce elementów nabijania się ze wszystkiego. I tak podczas ich koncertu usłyszeliśmy przeróbki utworów Davida Hasselhofa, 2 UNLIMITED i wielu innych. Brzmiało to naprawdę żałośnie, ale ludziom się bardzo podobało i grupa zmuszona była bisować, co spowodowało lekkie opóźnienie.
Potem na scenie pojawił się amerykański DENIAL FIEND złożony praktycznie w całości z muzyków MASSACRE. Zespół zagrał przyzwoicie nie pokazując nic szczególnego. Zastanawia mnie tylko, jak to możliwe, że ludzie odpowiedzialni za nagranie jednego z kamieni milowych death metalu czyli „From Beyond” mogą być tak wyprani z pomysłów, że swój set muszą co chwilę przetykać coverami (np. VADERa).
Portugalski HOLOCAUSTO CANIBAL rozpoczął występ od nieco zbyt przydługiego intro w stylu – jak bym to nazwał – dark techno. Moim zdaniem beaty były nieco zbyt mocne i chyba niepotrzebne. Aha, no i zapomniałbym o gafie wokalisty, który witając się z publicznością powiedział: „It’s a great pleasure for you”(!). Sam koncert tego zespołu był straszliwie nudny. To uczucie potęgowało dodatkowo zachowanie wokalisty, który po każdym utworze wymawiał jedno i to samo zdanie: „You`re fucking great”. Po kolejnym tego typu stwierdzeniu ludzie już wybuchali śmiechem, ale wokalisty to nie zniechęciło. Mimo monotonnego setu, ludzie jednak bawili się dobrze, zmuszając Portugalczyków do zagrania kilku bisów (choć tak naprawdę pewnie chcieli znów usłyszeć, że są „fucking great”:-)).
No i na koniec gwiazda festiwalu – MASSACRE. Niewiele brakowało, a koncert by się w ogóle nie odbył, bo kilkanaście minut przed jego rozpoczęciem były dwie awarie prądu. Ale ostatecznie Kam Lee, Terry Butler i spółka zaprezentowali się na deskach Fuck The Commerce 2008. Co można powiedzieć o ich występie? Przede wszystkim to, że chyba bida w dupy zajrzała i trzeba było powrócić na fali modnych reaktywacji, żeby zgarnąć trochę grosza. Ale przydałoby się także trochę poćwiczyć, a tu odnosiło się wrażenie, że Amerykanie przez kilkanaście lat nie mieli gitar w rękach. Zagrali strasznie topornie, kalecząc niemalże każdy ze swych utworów. Jedynym błyskiem tego występu był zagrany z prawdziwym ogniem i przy żywiołowej reakcji widowni kultowy „From Beyond”. Niestety nie udało się utrzymać wysokiego poziomu i potem znowu wróciła na scenę miernota. Kapela była tak źle przygotowany do koncertu, że gdy fani wywołali ją na bis, to zagrała powtórnie jeden z wcześniej prezentowanych utworów. Podczas koncertu Kam Lee powiedział, że podczas tego festiwalu nagrywają materiał na swoje oficjalne DVD (po co?) oraz że uczestniczymy w historycznym wydarzeniu, ponieważ MASSACRE wystąpi jeszcze tylko raz – na Wacken – i definitywnie zakończy karierę. Po takim koncercie, jak ten 3-go maja 2008, scena metalowa na pewno nie ucierpi.

Image

Podsumowanie Fuck The Commerce 2008: fatalna frekwencja (koncert MASSACRE oglądało około 700-800 osób), beznadziejnie niski poziom muzyczny imprezy i jeszcze gorsza organizacja. Mając do dyspozycji ogromny teren całego lotniska, organizatorzy mogli pozwolić sobie na luksus marnotrawienia miejsca. Tymczasem wszystko było „poupychane” obok siebie, a cały teren festiwalu z powodzeniem zmieściłby się na boisku piłkarskim. Dodatkowo fatalne zaplecze – dla kilkuset osób przewidziano jedynie cztery budki z żywnością (z czego dwie przez większość dnia były zamknięte), cztery (!!!) toalety mające po trzy kabiny i obskurne umywalki z zimną wodą. Z pryszniców mogli korzystać tylko muzycy i handlowcy. Każdy gość festiwalu (czy to fani, czy handlowcy) dostał od organizatorów worek na śmieci, ale nikt nie zadał sobie trudu, żeby go wymienić po jednym dniu i w efekcie pod koniec imprezy teren zaczynał przypominać małe wysypisko.
Ogólnie, jak na pierwszy festiwal w roku, bardzo słabo.
Jest już zabukowany termin na Fuck The Commerce 2009, ale wielu ludzi zapowiedziało, że za rok na pewno nie przyjadą.

Ps. W trakcie Fuck The Commerce 2008 kręcony był film dokumentalny, który miał na celu przekonanie ludzi, jak fajną imprezą mogą być festiwale i że warto na nie przyjeżdżać. Jeżeli weźmiemy pod uwagę fatalną frekwencję i żenująco niski poziom muzyczny, to nie wróżę filmowi sukcesów. Ale autorowi życzę powodzenia, bo to fajny chłop:-).

 

[Paweł „eviluus” Oramus]