HEAVEN AND HELL, LAMB OF GOD, ICED EARTH – 9.11.2006, Manchester (UK)

HEAVEN AND HELL, LAMB OF GOD, ICED EARTH

9.11.2006, Wielka Brytania – Manchester, „M.A.N. Arena”

iced earth„Arena” to naprawdę sporo przestrzeni. Nic tylko wybrać się tam na show, by w warunkach przewyższających pojemność katowickiego „Spodka” oddać się najlepszej z muz:-).

ICED EARTH, przyjemnie pogrywając heavy z Ripperem na wokalu, rozpoczął ucztę. Stało się to dosłownie w chwili, gdy zająłem miejsce. Sporo ludzi pod sceną i mocna zabawa. Dobry, żywiołowy koncert, choć nieco za krótki. Dobre światła, za to nieco zbyt przybrudzone nagłośnienie. Przeważał materiał z „Framing Armagedon”. Najmocniejszy moment to „Ten Thousand Strong” na finał – zupełnie jakby o tych zgromadzonych w „Arenie”…

LAMB OF GOD grają chyba na każdej trasie, która tylko raczy się rozpocząć w okolicy :-). Grają sporo i z najlepszymi, i daje to efekty. Widać ogranie, a energia, która sączy się ze sceny, jest zaiste godna dzieci PANTERY i SLAYERa :-). Szybko, sprawnie i po amerykańsku. Podkreślają nawet to swoje pochodzenie – pod koniec gigu spadła flaga z ich logo, odsłaniając inną, na której bandera Stanów w ciemnej tonacji i z tylko jedna gwiazdą, za to odwróconą. Napis u jej dołu rozwiał resztki wątpliwości: „Pure American Metal”. Przy jakim songu to się działo? Oto zagadka dla „rednecków”:-). Naprawdę spory młyn pod sceną niech będzie podpisem obrazka występu LAMB OF GOD.

heaven and hell, 9.11.2007Koncert HEAVEN AND HELL rozpoczęło intro wydobywające z ciemności – dosłownie, bo zapaliły się światła i pojawiły trzy telebimy z aniołami, na tle zamku i solidnego ogrodzenia, przedzielonego perkusją („Mob Rulet”). Następnie był bardzo mocny punkt oraz coś nowego z „Dio years” – „Shadow Of The Wind”, a dalej „Children Of The Sea”, „Lady Evil”, „The Sign Of The Southern Cross”, „Voodoo”, „Computer God”, „Die Young” i „Heaven & Hell”, w którym Ronnie James Dio dostał wolne i wrócił po kilku minutach popisów solowych, wreszcie „Neon Knights” już na bis – to większość setlisty. Dio był w niesamowitej formie – biegał po scenie, śpiewał w najwyższych rejestrach i bardzo sprawnie wywiązywał się z roli showmana. Tonny Iommi bardziej statycznie, ale za to „pan BLACK SABBATH” wiele niesamowitych riffów i solówek zapodawał. Geezer stał niemalże cały czas w tym samym miejscu, po prawej stronie sceny; jego bas był jednak bardzo aktywny i doskonale słyszalny. Vinnie Appice miał swoje solowe „pięć minut”, stanowił ważną część tego 2/4 oryginalnego BLACK SABBATH. Co ciekawe HEAVEN & HELL zapowiedziało ze sceny, ustami Dio, nagranie studyjnego albumu. Więc chyba możemy zapomnieć o powrocie z Ozzym. Po tym, co widziałem, a był to naprawdę wyśmienity koncert, z całym szacunkiem dla Księcia Ciemności, dziś króluje Dio. Czy to w niebie, czy to w piekle, czy też na sabacie :-).

[Yanus]