HELLIAS, WHOREHOUSE, MARKIZ DE SADE, FORTRESS … – 30.10.2009, Kraków

Metal Maniac Festiwal:
HELLIAS, WHOREHOUSE, MARKIZ DE SADE, FORTRESS, DEADLY FROST

30.10.2009, Kraków, „Underworld”

Dnia 30 października 2009 w krakowskim klubie „Underworld”, mieszczącym się na ul. Dietla 50, odbył się pierwszy koncert organizowany w ramach festiwalu Metal Maniac. Za całością tego przedsięwzięcia stoi znany chyba wszystkim krakusom (i nie tylko) Leszek Wojnicz-Sianożęcki (DEADLY FROST, HOLY DEATH). Zamiłowanie Leszka do muzyki metalowej i wszystkiego, co związane jest ze światem podziemia, musiało w końcu doprowadzić (prędzej czy później) do tego typu imprezy. Zacznijmy jednak od samego początku…
Misterium odbywało się w piątkowy wieczór, także wszystkie zbłąkane duszyczki, po wypiciu większej ilości alkoholu, mogły spokojnie odfrunąć do domowego zacisza. Bez strachu, że o szóstej rano zadzwoni budzik, przypominający o tym, że trzeba wstawać do roboty.

Image

Bramy „Underworld” zostały otwarte zgodnie z planem, czyli o godzinie siedemnastej. Punktualnie o wyznaczonej porze, razem z zegarkiem w ręku, w towarzystwie koleżanki z redakcji (Kasi) przekroczyłem oszklone drzwi wejściowe.
Była to moja pierwsza wizyta w tym „Underworld”, a doszły mnie słuchy, że nie należy on do zbytnio pojemnych… Nie wiem, skąd taka obiegowa opinia? Siedziba klubu zajmuje jakieś stare, podziemne, odrestaurowane lochy (wiecie, jak wyglądają piwnice na starym mieście Krakowa?). Wystrój knajpy typowo podziemny, to znaczy, że na ścianach są cegły i kamienie, będące zwykłym elementem architektonicznym. Dosyć skromnie tutaj, ale przecież to nie galeria obrazów, wystawa alabastrowych rzeźb, tu się przychodzi oglądać koncerty, nieprawdaż? Knajpa – moloch składa się z wielu szerokich korytarzy (ku uciesze muzyków noszących tony sprzętu), kilku pomieszczeń ze stolikami, trzech toalet (a może na górze też były?), dwóch barów i jednej sceny. Gdyby nie srogie przepisy wydane przez konserwatora zabytków, rozwaliłbym jedną z tych kamiennych przegród, dzięki czemu sala „koncertowa” przypominałaby swoją budową kwadrat, a nie prostokąt. Dzięki tej jakże subtelnej kosmetyce ludzie mieliby więcej miejsca na podsceniczne harce. Niestety na remonty się jakoś nie zanosi…
Jako iż ludzie napływali dosyć powoli, to i pierwszy koncert rozpoczął się z nieznacznym opóźnieniem. Wykorzystując ten czas niebytu, biegałem jak wariat, szukając szatni, której nie było, bo jak zauważyłem później, wyrosła ona nagle z jednej ze ścian i pożarła moją kurtkę i czapkę za równowartość jednego dukata. Następnie odwiedziłem (nie, do kibla jeszcze nie poleciałem) stoisko z płytami i koszulkami, by później dostać ataku śmiechu, który nie opuszczał mnie już do samego końca. No cóż, sami wiecie, że na tego typu koncertach czasem zdarzają się miłe sytuacje, a takowych tego wieczora nie brakowało. Tylu dawnych kolegów, których los bezlitośnie porozrzucał po świecie, dziwnym trafem, zebrało się na Metal Maniac Festiwal, by celebrować swój wielki powrót. Szybko odkryłem rozlewnię alkoholu i racząc się mrożonym piwkiem z plastikowego kubka, przystąpiłem do ataku dziennikarskiego…

Tego wieczoru na pierwszy ogień poszedł DEADLY FROST, kapela wykonująca prymitywny neandertal raw metal. Fajnie się tę muzykę łykało, kawałki oparte na dobrze skonstruowanych riffach Krzysztofa Pieczonki (który czasem wplatał jakieś „wajhowe” jęki) miło wkręcały się w uszy. Lechu, co jakiś czas zagadywał niemrawą (jeszcze trzeźwą) publikę i zachęcał do zabawy, sypiąc czarnymi tekstami do mikrofonu, jak prawdziwy diabeł. DEADLY FROST to zespół składający się z pasjonatów, widać to od pierwszego rzutu okiem. Tworzenie hałasu sprawia im przyjemność, są autentyczni w tym, co robią, na scenie dobrze się ze sobą czują i bawią – weterani.

Image

Image

Po krótkim występie DEADLY FROST na podwyższeniu zainstalował się thrash metalowy FORTRESS. Chłopaki długo nie mogli się pozbierać przed swoim występem, co wskazuje na brak scenicznego doświadczenia (młodzież rządzi się swoimi prawami). Sam koncert zagrali natomiast bardzo fajnie, szybkie jak cholera utwory rozkręciły publikę i wyrwały do pogo pierwszych ochotników. FORTRESS wzoruje się na starej szkole thrashu, choć w ich muzyce można odnaleźć zarówno niemiecką agresję jak i amerykański styl kompozycyjny. Najmniej ze wszystkiego podobał mi się wokal, natomiast super pracowały gitary i perkusja. Grupa ma dobre początki, zobaczymy, w jakim kierunku zacznie się rozwijać.

Image

Niespodzianką tego wieczoru był występ białostockiego staruszka MARKIZ DE SADE. Kapela po latach niebytu powróciła i to w jakim stylu! Panowie może już nie najmłodsi, ale zagrali tak, że wióry leciały. Widać, że mają jaja i wiedzą, że ta muzyka to nie jakaś gratka dla maminsynków z szachowego kółka. Zresztą same miny pana basisty Andrzeja wywoływały wśród gawiedzi popłoch i przestrach. Koncert na dobre rozruszał publiczkę, która stawała się coraz bardziej nakręcona.

Image

Po old schoolowym MARKIZie przyszedł czas na zasłużony krakowski WHOREHOUSE. Na ten występ czekałem z niecierpliwością. Ostatni raz ekipę Seby dane mi było oglądać w „Extreme Club” kilka lat temu. Grali wtedy z DECAPITATED, SOTHOTH i TOTEM. Nie zawiodłem się, bawiłem się świetnie, a chłopaki zagrali bardzo równy i mocny set, z którego sączyły się doskonałe kompozycje z płyty „Execution Of Humanity”. Był znakomity „Violent Storm” i „Slow Burn”. Seba zerwał strunę, ktoś stracił dwa zęby, małe krakowskie Bay Area!!!

Image

Image

Na sam koniec zagrał stary jak świat (a może nawet starszy), również miejscowy skład – HELLIAS. Zespół powrócił z otchłani piekielnych i pokazał, że nadal potrafi grać z pazurem i nagrywać dobre kawałki (przypominam, że grupa wydała za sprawą Thrashing Madness nowy album „A.D. Darkness”). Było trochę staroci: „Golgotha” czy „Kona Bóg”. Piotrek Foreman wyglądał tak, jakby maszyna czasu przeniosła go z 1990 do 2009. Te same pozy, miny, super wokale i ekspresja!!! Miło było na to patrzeć! Goolary i Karol też nie pozostawali w tyle, ba, nawet sam Wojna wycinał, jak oszalały. Zebrani bawili się świetnie, leciało wiele zabawnych tekstów i haseł w stronę kapeli, taka rodzinna atmosfera…

Image

Image

Po koncercie impreza trwała w najlepsze, były „ochy” i „achy” pod adresem Leszka, które tak naprawdę były w pełni uzasadnione. Koncert został zorganizowany profesjonalnie i z najmniejszymi szczegółami, zagrało wiele fajnych zespołów, odbyło się wiele ciekawych rozmów. Czego chcieć więcej? Dzięki takim osobowościom jak Lechu, metal żyje i będzie żył jeszcze wiele długich lat. Ta pasja zaraża również innych, którzy, mam nadzieję, w przyszłości będą kontynuować tę tradycję…

 

[Sabian]