HESPERUS DIMENSION: Nahald o sobie i muzycznej przeszłości – 20.04.2008

Image

HESPERUS DIMENSION to stosunkowo nowy zespół z Trójmiasta. Gra muzykę,
którą można zdefiniować jako industrialny black metal. Dotychczas ukazały się dwie płyty kapeli: „Mental Electricity” (2005) i „The Cyclothymic Panopticon” (2008).
Niemniej lider grupy – Nahald nie jest nowicjuszem. Z undergroundem jest związany
od ponad piętnastu lat. Ma bogatą przeszłość muzycznych i brał udział w przeróżnych projektach (z czego chyba najsłynniejszy z nich to NORTHLAND). I właśnie opowie nam o swoich doświadczeniach na metalowej scenie, podziemiu lat `90, kinie, a także nieco o życiu prywatnym…

ImageWitaj Nahlad! Pamiętasz jeszcze swoje początki? Drogę, którą wszedłeś na polu muzyki metalowej?

Dokładnego dnia i godziny to nie pamiętam, ale pierwsze myśli o stworzeniu zespołu metalowego miałem w szóstej klasie podstawówki. Gdy nie byłem jeszcze muzykiem, a tylko zwykłym fanem, moimi ulubionymi zespołami z okresu końca lat `80 były: SEPULTURA, ASSASSIN, TESTAMENT, METALLICA, PROTECTOR, BATHORY, KREATOR, DESTRUCTION, SLAYER, NAPALM DEATH, DARK ANGEL, DEATH, KING DIAMOND, MEGADETH, WILCZY PAJĄK, KAT… Nieco później wysypało OBITUARY, DEICIDE, MORBID ANGEL, MASTER, ENTOMBED, MORGOTH, DARK THRONE, DISMEMBER, CARNAGE, CONFESSOR, CANDLEMASS, SINISTER, OVERKILL, INFERNAL MAJESTY i właśnie death metal z tego okresu wciąż jest najbardziej mi przyjazny, zrozumiały i stylowy. Dalsze jego ewolucje nie szły w parze z moim gustem muzycznym. Wiele z tych grup gra do dziś, ale nie wszystkie albumy z ostatnich lat są w gestii moich zainteresowań. Wolę wracać do starszych wydawnictw. Może to kwestia sentymentu, a może te kapele nie nagrywają już tak fajnych albumów jak te, które po raz pierwszy słyszałem lata temu.

Kiedy wgłębia się człowiek w Twój życiorys, to chyba nawet Fenriz z Mortiisem razem wzięci nie mają tylu projektów w swoim CV, co Ty? Jak to się działo, że – przed HESPERUS DIMENSION – brałeś udział w tylu przedsięwzięciach i w ilu z nich trwasz do dziś? Niech mi się uda je wymienić: NOCTURN, AILMENT, NAHLAD, MYSTIFY, HAWTHORN, KAER MORHEN, NORTHLAND, PANTHEON, LET ME INTRODUCE YOU TO THE END, PAINFUL JOY, PAGAN FOREST i gościnnie: ANTICREATIVE DEATHINITION, TEHACE, MESS AGE. To zwariowana różnorodność muzyczna…

ImageMasz rację, że trochę tych pozycji mam już na swoim koncie. Nie byłem do końca świadomy, że aż tyle… Lata temu dysponowałem większą ilością wolnego czasu, więc mogłem sobie pozwolić na uczestnictwo w wielu projektach mniej więcej w tym samym czasie. Mój głód muzyczny był na tyle wilczy, by różne pomysły realizować z różnymi osobami i w innej stylistyce. Raczej granie tego samego w 5-ciu kapelach na raz nie miałoby większego sensu. Jeśli już coś robiłem pod inną nazwą, to i musiało być to odmienne od poprzedniego projektu. Część z wymienionych powyżej to koleżeńskie przysługi i gościnne wstawki, ale były i momenty, gdzie grałem koncertowo lub w znaczącym stopniu współtworzyłem muzykę. Różnorodność jest mi po drodze, więc mój udział w nich to naturalna kolej rzeczy. A co do porównań do Fenriza czy Mortiisa, to traktuję to jako sympatyczny żartobliwy ton [taki też miał być;) – Ariaman], bo chyba nikt na poważnie nie wziąłby słów tego typu. To zasłużone i dość znane persony, więc jeszcze mi daleko do takiej spuścizny muzycznej. Obecnie gram i wokaluję tylko w HESPERUS DIMENSION. Pozostałe zespoły nie istnieją od lat lub działają bez mojego udziału. Nie planuję żadnych pobocznych projektów, swoją uwagę skupiam całkowicie na HESPERUS DIMENSION, choć niewykluczone, że jak nadarzy się jakaś okazja, to popełnię jeszcze jakieś gościnne fragmenty…

Szczerze powiem, że część projektów, w których brałeś udział, nie jest mi zbyt dobrze znana, ale jak Ci się udało pogodzić tak skrajne klimaty jak blackowe NORTHLAND i PAGAN FOREST z grupą LET ME INTRODUCE YOU TO THE END, która z metalem raczej wspólnego ma niewiele?

To wcale nie było pogodzenie. Zwyczajnie nie widzę problemu, by jednego wieczoru przy stole zjeść ser pleśniowy, szynkę konserwową, krewetki i brokuły. Podobnie jest z muzyką. Mam silnie rozwinięte kubki smakowe, więc, przekładając to na smak muzyczny, nie mam ograniczeń. Problemem może się pojawić, jeśli konsumuję coś trzy dni z rzędu, a menu jest takie same. NORTHLAND od około 1997 nie istnieje, więc klimaty typowo black metalowe powoli we mnie zanikały. Mimo że PAGAN FOREST może nie jest dla mnie wyzwaniem, to po koleżeńsku pomogłem chłopakom na kilku koncertów, nagrałem parę rzeczy do ich repertuaru, który wciąż mi się podoba, mimo że już wspólnie nie gramy. Podobał mi się materiał z „Pure Harmony Of The Night”, więc zgodziłem się ich wesprzeć. LET ME INTRODUCE YOU TO THE END w rzeczywistości nie zawiera na swoich wydawnictwach ani jednego dźwięku z moim udziałem, poza wspólnymi próbami i moim sesyjnym udziale w składzie koncertowym po USA (niestety wtedy nie doszły do skutku koncerty). Właśnie to mi się najbardziej podobało, że miałem okazję pograć coś zupełnie innego od metalu. To daje większe zdystansowanie się do rzeczy, które robisz od lat. Dzięki takiej odmianie można fajnie i ze świeżym spojrzeniem ponownie zabrać się do pracy, której od lat się uczyłem i do której byłem przyzwyczajony. LET ME INTRODUCE YOU TO THE END całkiem dobrze radzi sobie na rynku polskim i wciąż jestem informowany o ich postępach.

Image


Gdybym miał wskazać pierwszy zespół, z jakiego Cię pamiętam, to będzie to NORTHLAND – kapela wyrosła na bazie kwitnącego wtedy black metalu. Płyta „Czernoboh” została wydany przez Astral Wings… Czy to była dobra wytwórnia w tamtym czasie?

ImageI tak, i nie. Dobra, gdyż wydała kilka fajnych płyt, ale nie dobra, bo zaprzepaściła szansy na swój rozwój oraz kapel pod jej banderą. Nie miałem większych problemów w kontaktach z jej szefami (parę osób mnie przestrzegało przed nimi). Były jednak pewne zgrzyty, które w sumie doprowadziły do tego, że nasze relacje przestały istnieć. Niedawno rozmawiałem z Sabesthorem z NORTH na temat tej stajni i miał podobne zdanie, co do jej podejścia. Astral Wings dało mi więcej niż wiele innych wytwórni oferowało w tamtym czasie swoim kapelom. Budżet na nagranie płyty był znacznie większy niż kilku znanych nazw, które w kółko oblegały Warrior Studio/8.

Obecnie nagranie materiału w jednoosobowym projekcie nie jest już takim problemem jak kiedyś. Mamy komputery, wirtualne studia, dość tanie i dobrej jakości karty dźwiękowe, pozwalające nagrać materiał w profesjonalny sposób. Jak więc nagrywałeś materiały dawniej? Fundowałeś sobie studio, czy też podziemnie dłubałeś wszystko na analogowym sprzęcie?

Image Sam proces twórczy był bardzo typowy i raczej mało oryginalny, a wyglądało to tak w różnych okresach… Podczas komponowania nagrań na demo, głównie riffy powstawały w domu na gitarze elektrycznej, a partie akustyczne na gitarze „pudłowej”. Pożyczałem klawisze od kolegi z klasy i aranżowałem dodatkowe rzeczy na nich. Później udało nam się zorganizować salę prób, gdzie co poniedziałek ogrywaliśmy kilka kawałków w całości. Ja grałem na perkusji i wokalowałem, a Beliar grał na gitarze. Nie posiadałem własnego zestawu perkusji, więc całe moje granie było ograniczone do dwóch godzinnych prób raz w tygodniu przez parę miesięcy. Przez to nie byłem w stanie opanować porządnie gry na tym instrumencie. Po kilku miesiącach poprosiliśmy władającego domem kultury, by nas zarejestrował na dwuśladowy magnetofon. Podczas dwóch dni nagrań udało nam się nagrać całe demo, które on miksował. Nie było mowy o świadomości ustawienia brzmienia w większym zakresie. Podobało nam się bzyczenie z przesteru Metal Zone i takie właśnie słychać na demówce „The War Into The Dark Old Forest” (1995). Jak najbardziej było to organiczne granie i nagrywanie. Nie ma tam nakładek, graliśmy wszystko na tzw. setkę. Później, gdy zostałem sam, moja gra opierała się na gitarze i klawiszach. Podczas rejestrowania pierwszego CD NORTHLAND, nadal istniejące SL Studio w tamtym okresie było najlepszym studiem pod kątem sprzętu w regionie północnym, a także jednym z najdroższych. Ale jego bliskość od miejsca zamieszkania i zestaw dobrej perkusji na stanie były decydujące przy wyborze. Oczywiście wówczas nie było komputerów na takim poziomie jak dzisiaj, więc automat perkusyjny odpadał. Jedynie Atari Studio potrafiło to wykonać, ale ja chciałem nagrywać instrumenty na żywo. „Czernoboh” został nagrany na 24-śladowym magnetofonie analogowym. Sam finansowałem nagrywanie EPki „Nadchodzące Zło”, które zapewniło mi kontrakt z firmą Astral Wings, a ta potem opłaciła tygodniową sesję „Czernoboh” (1996). Po zawieszeniu NORTHLAND dołączyłem do trójmiejskiej grupy NOCTURN i z nią grałem regularne próby trzy razy w tygodniu. Po ograniu materiału na pierwsze demo, nagraliśmy je w zaimprowizowanych warunkach w klubie muzycznym Burd’l, gdzie ćwiczyliśmy. Następny materiał na „Anthems In Favour Of Atropos” (1999) zrobiliśmy we wspomnianym SL Studio w trzy lub cztery dni. W domu, między próbami ćwiczyłem nowe pomysły, a na próbach dalej szlifowaliśmy je razem, klejąc kawałki w całość. Czasami ja chwytałem za gitarę, a Czarny grał na klawiszach i w ten sposób wzajemnie się inspirowaliśmy.

Kiedyś wspominałeś w rozmowach ze mną o różnicy muzyki i podziemia metalowego połowy lat `90 oraz obecnego. Tak jakby minione lata miały jakiś magiczny charakter, w muzyce było więcej dbałości o klimat i jakiś przekaz. Czego nie ma obecnie? Jak myślisz o tym teraz, mając perspektywę lat i nawet w pewnym sensie zmiany pokoleń?

ImageDzisiejsze czasy niosą inne emocje oraz okoliczności zawiązywania kontaktów. Bezproblemowy jest również dostęp do muzyki, instrumentów wysokiej klasy i studia nagraniowego. Na przykład w okolicy połowy lat `90 tak naprawdę liczącymi się zespołami z okolicy Trójmiasta były wówczas tylko trzy czy cztery kapele, a w stosunku do całej Polski było ich około 60-70. Dzisiaj pewnie taka ilość funkcjonuje w samej Warszawie. Może magia to za mocne słowo, ale wyczuwalna była pewna atmosfera wokół tamtego okresu. Być może to przesyt w obecnej chwili jest powodem mniejszej wrażliwości dla tworzących i słuchających. Dla wielu z nas w tamtym okresie nagranie dema czy płyty było czymś wyjątkowym i szczególnym. Nieliczni mieli szansę na realizację w profesjonalnym studio. Powszechne były taśmy z prób, a otrzymanie propozycji wydania czegoś na kasecie czy płycie było najwyższą nagrodą. Teraz są zupełnie inne możliwości. Nawet przy braku zainteresowania wytwórni możesz sam wydać album w profesjonalny sposób. Nie ma już w tym takiej aury niesamowitości. Każdy przeciętny sklep muzyczny ma w ofercie solidne, dobrze nastrojone gitary, dobrze brzmiące perkusje, pełną gamę mikrofonów etc. Na każdym domowym komputerze możesz nagrać nieźle brzmiące demo. Jakość nagrań jest dziś mocno posunięta do przodu. Bo połowa, jak nie więcej płyt z początku lat `90 nie brzmiała tak dobrze, jak nagrania z komputera dzisiaj. Jednak jakość jakością, ale muzyka obecnie tworzona wydaje mi się mało rozwojowa, nie idzie w parze z postępem technologicznym. Klasyczne albumy są już nagrane, a większość kapel obracających się w tradycyjnej stylistyce nigdy ich nie przebije. Wiele razy zdarza się, że zespół jest przygotowany, ma ekstra brzmienie, ale muzycznie to wszystko już było słyszane kiedyś, gdzieś tam. Pomijam celowo oryginalność, bo nie ona stanowi o atrakcyjności muzyki, lecz jest jej dodatkiem. Im dłużej w tym tkwię, tym bardziej jestem przekonany, że zalew mnogości grup wpływa gorzej na kondycję samej muzyki. Niby mamy więcej do wyboru, ale więcej jest też przeciętności, wtórności zawoalowanej niezłym brzmieniem. Totalnie nudne są wywiady na temat retro death/black metalu. Czytając je mam wrażenie deja vu. Każda zmiana nowego pokolenia niesie zmiany, które według oceny poprzedniego są na niekorzyść. Ale wskazywanie różnic niewiele daje, ważne by umiejętnie się odnaleźć w tych nowych wydarzeniach. Warto mieć własne zasady i nie ulegać wpływom bez przemyślenia ich wartości. Nostalgia i sentyment za tym minionym rozkwitem polskiej sceny jest czymś wspaniałym, ale w wymiarze obecnym ma nikłe znaczenie. Część ludzi ze starszego pokolenia znalazło swoja niszę i skutecznie opiera się źle rozumianemu postępowi w sprawach podziemia. A wielu też odeszło, co jest naturalne. Cieszę się, że mogłem uczestniczyć w tamtym okresie i mieć własne zdanie na ten temat, a nie wiedzę nabytą z opowieści innych.

Ok, przenieśmy się do teraźniejszości. Jeśli chodzi o płyty HESPERUS DIMENSION, starasz się nawiązywać kontakty raczej za granicą. Stąd współpraca z hiszpańską Goimusic Rec. i brytyjską Serpene Heli Music… Czy uważasz, że w Polsce wydanie albumu to niezbyt dobry pomysł? Jaki jest tego powód według Ciebie?

Image Przeciwnie, wydanie płyty w Polsce jest dla mnie ważne. Niestety większe wytwórnie skupione są na zespołach o innym pokroju stylistycznym, a mniejsze mają, w czym przebierać, bo tyle się namnożyło kapel i małych wytwórni, że zauważalny jest przesyt na rynku. HESPERUS DIMENSION pokazuje, że zainteresowanie i oddźwięk ze strony świata jest znacznie bardziej intensywny niż w naszym kraju. Tu nie chodzi wcale o promocje, bo wydaje mi się, że bardziej zorientowany metalowiec kojarzy naszą nazwę. Co pewien czas pojawiamy się w ważniejszych pismach tematycznych, więc problemy z rozpoznawalnością czy też walką o jakieś bardziej trwałe zaistnienie mamy już chyba za sobą. W tej chwili ważne jest byśmy mieli szansę na częstsze wygenerowanie kolejnych materiałów, bez opóźnień ze strony wydawców, a jednocześnie by ci zapewnili łatwiejszy dostęp do naszej muzyki. Wiadomo, że pisma wiodących wytwórni metalowych z Polski są poszerzonymi katalogami wydawniczymi, gdzie prym wiodą w kółko te same nazwy, najczęściej te, które sami wydają. My, z racji parcia pod prąd muzyczny, wizualny i mentalny, nie jesteśmy dla nich zbyt atrakcyjni, więc podejrzewam, że ignorują nasze istnienie. Od większości polskich wytwórni słyszałem same dobre słowa na temat muzyki HESPERUS DIMENSION, ale spora część z nich argumentowała „dyplomatyczne spławienie” zbyt ryzykowną formą naszej muzyki pod kątem sprzedaży. Inni prosto z mostu mówili, że muzyka jest świetna, ale profil wytwórni nastawiony jest na klienta ortodoksa, maniaka purystę, co mogłoby im zaszkodzić. Cieszę się, że Diachell Musik [dystrybutor ostatniej płyty HESPERUS DIMENSION na Polskę – red.] nie podziela tak wąskiego myślenia i daje szansę pokazać nieco inną muzykę niż ta, która masowo zalewa rynek oficjalny i podziemny. Po długich rozmowach z jej szefem utwierdziłem się w przekonaniu, że nasza muzyka nie niesie dla wydawcy ryzyka wtopy finansowej. Nawet usłyszałem zapewnienie, że daje ona spore możliwości. Pozostałe wytwórnie wolą się kurczowo trzymać modelowej stylistyki, a ekwilibrystyczne zapędy w stylu HESPERUS DIMENSION wolą słuchać z poziomu fana niż wydawcy. Nie chcę oczerniać tych, co nie byli zainteresowani wydaniem HESPERUS DIMENSION na Polskę, tylko z tego powodu, że brak ich akceptacji ma stanowić dla mnie kontrargument do odgrażania się. Nie będę przecież prosił na siłę, są jeszcze inne wytwórnie i ludzie, którzy na pewno będą chcieli z nami współpracować. Ale faktem jest to, że skoro zachodni wydawcy mają większe możliwości promocyjne/marketingowe/budżetowe, zwiększają szansę na rozwój zespołu na każdej niemal płaszczyźnie. Bo dla mnie normalne jest to, że zamiast zaprzątania sobie głowy szukaniem pieniędzy na sprzęt lub studio, można się skupić na komponowaniu, a później na nagrywaniu, gdzie pozostałe sprawy prowadzi wytwórnia z prawdziwego zdarzenia. Mniejsza hermetyczność słuchaczy zachodnich na anomalie gatunkowe jest odpowiednią alternatywą dla HESPERUS DIMENSION. Ja nawet jako fan muzyki potrafię zrozumieć pobudki, jakimi się kierują polscy wydawcy, ale jako muzyk nie do końca podzielam ich stanowisko. Wątpię również, że któraś z wiodących rodzimych wytwórni zechce promować grupę, która nie gra koncertów. Takie rzeczy zdarzają się tylko w nielicznych przypadkach. W pewnym sensie zamyka nam to wiele drzwi, ale nie jesteśmy „universal casting band”, żeby dopasowywać się do oczekiwań każdego z wydawców. Wtenczas byśmy stali się karykaturalni jak jakiś „cheeseburger band for nobody”. Mamy wizję swojej tożsamości i suwerenności, a pewne kompromisy po prostu nie wchodzą w grę. To mój zespół, a nie jakiejś wytwórni. Okres ciśnienia na wydanie płyty mam już dawno za sobą. Teraz przykładam wagę do jakości i formy współpracy, a te relatywnie różnią się między ojczystymi a zachodnimi, na korzyść tych drugich.

Image Ostatnia płyta HESPERUS DIMENSION, „The Cyclothymic Panopticon”, niedawno miała swoją premierę…

Niestety płyta ukazała się z opóźnieniem. Przez ciągłe problemy na linii tłocznia-wydawca, miałem wiele dodatkowej pracy przy zmianach w projekcie graficznym. Do tego okazało się, że wyniknęły inne problemy techniczne, co spowodowało dalsze opóźnienia. Pomimo że premiera przełożona z 15 stycznia na 25 luty dawała już tolerancję czasową na dopięcie wszystkich szczegółów bez ryzyka obsuwy, to wspomniane nieprzewidziane trudności po raz kolejny wpłynęły na realne wprowadzenie płyty do obiegu w okolicy 10 marca. Przynajmniej takie informacje otrzymałem z Serpene Heli Music dwa dni po planowanym wydaniu.

Jakie są pierwsze opinie, jaki odzew, jakie reakcje na nowy album?

Do tej pory zostało rozesłanych 40 kopii promocyjnych po krajach zachodniej i południowej Europy oraz do kilku webzinów w USA. Na razie otrzymaliśmy jedną recenzję z polskiego podziemnego zina, którego edytor, mimo że gustuje w innej stylistyce, napisał dość pochlebną recenzje. Niestety z niemieckiego webzine nie dysponuję jeszcze przekładem, więc niezbyt wiele mogę powiedzieć o tonie jej treści. Na pewno z czasem wszystkie opnie będą stale updatowane na naszej witrynie internetowej. Proponuję zaglądać co pewien czas na stronę HESPERUS DIMENSION, by zobaczyć, jak odbierany jest nasz nowy materiał. Publikujemy każdą otrzymaną recenzję, nic nie selekcjonujemy. Poza tym póki co reakcje o charakterze entuzjastycznym i pozytywnym płyną gównie z komentarzy na profilu MySpace i konfrontacji ze zorganizowanym przez nas release party, na którym promowaliśmy album. Niemniej na pewno otrzymamy jeszcze sporo uwag, zwłaszcza że przynajmniej 100 sztuk jeszcze zostanie wysłanych w inne miejsca i kraje. Ze swojej strony zamierzam porozsyłać trochę singli po zinach, gdyż czuję potrzebę, by tym razem sfery podziemnej nie zaniedbywać. Wiesz, skład kapeli, mimo że jawić się może rozbudowany w oczach laika, to jednak w gruncie rzeczy wszystkie ciężary finansowe, jak np. wysyłki płyt spoczywają na mnie i na Czarnym. Nie zawsze możemy pozwolić sobie na wydawanie środków na ten cel w takim stopniu, jakbyśmy sobie tego życzyli. Cieszę się, że teraz w znacznej mierze tę formę promocji przejmie wytwórnia, a my zadbamy o underground.

Image Jakie widzisz miejsce dla HESPERUS DIMENSION na scenie podziemnej w Polsce? Wokół jakich odbiorców i zespołów położyłbyś „The Cyclothymic Panopticon”?

Nie za bardzo potrafię wskazać nasze miejsce na polskiej scenie. Wydaje mi się, że jesteśmy na jakimś obrzeżu, gdzie zacierają się granice. Z pewnością można znaleźć w HESPERUS DIMENSION typowe elementy dla wielu gatunków, ale forma ich podania na pewno nie jest jednorodna, jednoznaczna i jednostajna. Wypunktowanie elementów danej stylistyki nie jest zbyt pomocne. Z pewnością ktoś, kto czyta ten wywiad, załapie sens HESPERUS DIMENSION. Sam sobie wyrobi zdanie, do czego można nas dopasować, a od czego można odróżnić. Wydaje mi się, że mimo wciąż młodego dorobku sonicznego, jesteśmy na dobrej drodze, by znaleźć swoją inność i oczywistą pod kątem rozpoznawalności muzykę. Nie jesteśmy żadnym „tribute bandem/skopiuj-przerób-zagraj” dla ulubionych zespołów i wykonawców, więc podchodzimy ambicjonalnie do własnej twórczości.

Nahald, w życiu codziennym zajmujesz się grafiką komputerową (praca) i rodziną. Jako wyrosły z diabolicznych klimatów metalowiec uważasz się za dobrego męża i ojca? A gdzie znajdujesz w tym życiu czas na swojego Mr Hyde’a?

Oczywiście, że mam zdrowy stosunek do rodziny i obowiązków w życiu codziennym. Praca, poza czynnikiem materialnym, odzwierciedla moje realizacje życiowe, które są miernikiem wartości człowieka. Jestem zadowolony, że moje zainteresowania w sferze artystycznej mogę przemycać w codziennej pracy. Choć odpowiednio dozowana jest wrażliwość twórcza, którą w większym stopniu przelewam na łono HESPERUS DIMENSION, tym samym zachowując umiar w projektach skierowanych do zupełnie innej grupy odbiorców, czyli klientów katalogów, ulotek etc. Mało obiektywne byłoby mówienie, że jestem świetnym ojcem i mężem. Raczej o takie opinie należy zapytać innych, ale sądzę, że nieźle sobie radzę:-). Zaangażowanie w muzykę nie odbija się kosztem rodziny, lecz jest równowagą między dorosłością a chłopięcym entuzjazmem. Sadzę, że nadal posiadam w sobie tę cechę, co na pewno przekłada się na determinację ciągłym ulepszaniu spraw życiowych oraz HESPERUS DIMENSION.

Wiem też, że jesteś maniakiem kina. Jakie filmy robią na Tobie największe wrażenie?

Image To prawda, że jestem zawładnięty kinem i naturalnie swoją fascynację obrazem transponuję do HESPERUS DIMENSION. Nie jestem ukierunkowany na tematykę jakiegoś gatunku, ale mam też swoich faworytów odnośnie aktorstwa, scenariusza, reżyserii, kompozytora ścieżki dźwiękowej… Widziałem tak dużo filmów, że godzinę zajęłoby wskazanie listy tytułów. Ale wspomnę o kilku, jakie ostatnio obejrzałem lub co aktualnie przychodzi mi do głowy. Z filmów fabularnych zrobił na mnie wrażenie dość zjechany przez krytyków „The Good Shephard” Roberta De Niro. Urzekła mnie skomplikowana kreacja Matta Damona w roli agenta będącego jednym z założycieli CIA. Film, pomimo braku akcji, jest wnikliwym studium podejmowania wielu wyrzeczeń, które, mimo że ocierają się o każdego z nas, to jednak w obliczu wyboru pomiędzy prywatnym szczęściem są wysoką ceną do zapłaty. Jak zawsze mistrzowski De Niro tym razem w epizodycznej roli nigdy nie schodzi poniżej i tak mega wysokiego poziomu. Robert jest dla mnie wyjątkowym talentem także jako reżyser – pamiętam jego debiut reżyserski pt. „Bronx Tale” z porywającym scenariuszem i moralnym idealizmem. Bardzo dobrym filmem okazał się również „Mr. Brooks” z udziałem Kevina Costnera, którego rzadko można zobaczyć w roli czarnego charakteru. Tym razem poradził sobie znakomicie z ową rolą, a sam film – ma odbiegający od typowej hollywoodzkiej maniery – wciągający scenariusz. Nie jestem sympatykiem seriali, poza nielicznymi wyjątkami (m.in. „Northern Exposure” znany w Polsce jako „Przystanek Alaska”). Ale trudno mi pominąć brawurowy pod kątem akcji, zachwycający złożonością wątków lepiących się idealnie w ujmującą całość – „24 godziny”. Rewelacyjne aktorstwo przy błyskotliwej fabule dają ogromną przyjemność w oglądaniu.

[Ariaman]


Hesperus Dimension, Sławomir Nietupski, ul. Wodnika 11, 80-297 Gdańsk – Banino;
tel. 0604294689; nahald@tlen.pl;
www.hesperus-d.com / www.myspace.com/hdimension