HOLY DEATH: Światło w mroku tajemnym – 29.04.2007

Image

Wyjątkową sytuacją jest chwila, kiedy spotyka się osobę, o której wiele się słyszało, czytało i która w pewien sposób była jakoś bliska. Wtedy nie starcza czasu, żeby o wszystkim porozmawiać, o wszystko zapytać – a taką okazję miałem goszcząc w mojej audycji w Radiu Bez Kitu Leszka Wojnicza-Sianożęckiego alias Mercuriusa (dawnej Necronosferatusa) z zespołu HOLY DEATH. Jak się okaże, nie jest to jego jedyna działalność, a ludzi o tak szerokich horyzontach twórczych i myślowych jest na naszej scenie bardzo niewielu. Przedstawiając Wam tę rozmowę, dodałem jeszcze kilka pytań, które nie zostały powiedziane na antenie, więc tym bardziej można wczytać się w słowa nawet już znając je z radia… Ja serdecznie zapraszam do lektury!


Nazwa HOLY DEATH oznacza oczywiście „świętą śmierć”. Jak to się zaczęło, że tak akurat nazwaliście projekt muzyczny budowany wtedy bodajże z Gerardem?

Koncepcja „świętej śmierci” narodziła się z bolesnej prawdy o tym, co działo się w średniowieczu – jeśli chodzi o inkwizycyjny terror czy fanatyzm chrześcijan nawracających siłą inne często bardziej znamienite starożytne kultury, bezmyślnie niszcząc dorobek naszej cywilizacji. Oprócz tego miało to głębsze znaczenie – chodziło nam o śmierć jako pierwiastek nierozłącznie towarzyszący ludzkości od samego początku, a co za tym idzie bardzo bliski naszemu światu. Śmierć dla nas to nie koniec naszej wędrówki, to raczej uwolnienie nieśmiertelnej duszy z ograniczającej nas materii. Ciało materialne jest tak niedoskonałym tworem, który prędzej czy później musi ulec całkowitemu rozkładowi. Dlatego należy zaakceptować fakt, że każdy z nas ulegnie temu procesowi tak czy inaczej. Nie traktuję tego jako przekleństwa, a otwarcie przed naszą nieśmiertelną duszą nowych drzwi do innego bardziej duchowego wymiaru.

ImageWspominałeś o Średniowieczu – czy to były pierwsze zainteresowania w HOLY DEATH? Pierwsze demówki (np. „Sodomy Of Megido”) nawiązują do tego klimatu, zdjęcia w zbrojach imitujących tamten okres… Czy z tego to się rodziło?

Jeśli chodzi o historię religii związanej nie tylko z okultyzmem, a wspominającą o praktykach składania krwawych ofiar czy też swoistej eksterminacji rodzaju ludzkiego podczas średniowiecza, byłem tym od dawna zainteresowany i starałem się zrozumieć, dlaczego człowiek jako istota rozumna czynił tyle złego swojej populacji. Osobiście nie popieram tego typu praktyk, a swoje zainteresowania ograniczam jedynie do zdobywania bolesnej wiedzy na ten temat.

Początki HOLY DEATH to rok 1989. Można powiedzieć, że HOLY DEATH zahacza o starą polską scenę metalową – można ją bowiem podzielić tak, że od lat 90-tych, od fali black metalu zaczyna się to podziemie bardziej współczesne, a HOLY DEATH pamięta te czasy trochę dawniejsze. Jak to wyglądało, kiedy HOLY DEATH się tworzył, jak wtedy wyglądało podziemie metalowe, jak funkcjonowało?

Wtedy było mniej zespołów i na pewno było dużo ciężej zaistnieć nowej grupie. Ponadto mało kto miał możliwość profesjonalnej rejestracji materiałów. Co niektóre kapele grały koncerty, więc automatycznie mogły w jakiś sposób zaprezentować się szerszemu gronu ludzi. Natomiast my, jako że byliśmy projektem dwuosobowym, mieliśmy utrudniony kontakt z potencjalnymi fanami, bo nie graliśmy koncertów. Poza tym byliśmy związani jeszcze wtedy z GLADIATOR`em, z którym nagraliśmy demo „Eternal Torment”. Ten zespół jak najbardziej koncertował. Był to speed/thrash metalowy band, grający w klimacie wczesnego KREATOR, METALLICA czy SLAYER. Kawał dobrego starego metalu!

Słyszałem, że GLADIATOR ma zamiar się odrodzić?

Jest duże prawdopodobieństwo. Wiem, że może na początku nie będzie łatwo, ale jest szansa, żeby mimo wszystko doszło do tego i ufam, że to zrealizujemy! Wszystko zależy od tego, czy uda się przekonać chłopaków, że warto przypomnieć o sobie choćby kilkoma koncertami albo nagraniem na nowo starych numerów w profesjonalnym studio. Oj, działoby się wtedy, działo!

Czy ten pierwszy materiał GLADIATOR`a jest w jakiś sposób do zdobycia?

Tak, jest na oficjalnej stronie HOLY DEATH jako pliki mp3. Można sobie go odtworzyć. Nie jest to nagranie może najlepszej jakości – bo wtedy jednak możliwość rejestracji była bardzo ograniczona. Nagrywaliśmy to na setkę, przepuszczając stuff przez mikser na próbie. W takich warunkach nie można było za wiele z tym materiałem zrobić. Ale mimo wszystko „Eternal Torment” ma coś w sobie i spokojnie można sobie posłuchać tego demo i zobaczyć jak się wtedy grało!

Jak były nagrywane pierwsze materiały HOLY DEATH? Jestem ciekaw, jak to wyglądało wtedy? Teraz, wiadomo, są komputery, są edytory – każdy może się tym spróbować pobawić, ale wtedy to albo na „kasprzaku” nagrywano próby, albo wielkie pieniądze od rodziców i jazda do studia…

Mieliśmy w ogóle bardzo zabawną historię z rejestracją „Sodomy Of Megido”. Nagrywaliśmy to właściwie w ciągu 5 godzin. Podczas świąt Wielkiej Nocy. Mieliśmy udostępnioną salę prób, gdzie wykorzystywaliśmy czteroślad, na który dogrywaliśmy kolejno partie danego instrumentu, a potem zgrywało się to szybciutko na drugą kasetę, żeby nie zapychać miejsca na czterośladzie. Zresztą mieliśmy już wcześniej ten materiał opracowany, tak że mogliśmy sobie spokojnie pozwolić na tak szybką pracę. Zamiast żywych bębnów wykorzystaliśmy automat perkusyjny – Gerard robił bębny ręcznie. Nie było jeszcze wtedy programatorów perkusyjnych, które po zaprogramowaniu wybijają jakiś rytm. Gerard wybijał wszystko palcami, stąd może przypomina to bardziej normalny instrument a nie automat.

Początki HOLY DEATH to rok 1989, ale to w sumie nie Twoje początki, jeśli chodzi o zainteresowanie i fascynacje muzyką metalową. Czy możesz właśnie coś w tym kierunku przybliżyć…
ImageMoje fascynacje muzyczne wywodzą się z początku lat 80-tych, kiedy jako młody człowiek miałem szczęście, że akurat w moim otoczeniu było dość dużo starszych kolegów i ludzi, którzy mieli dostęp do muzyki, a nie było to łatwe. Wtedy pamiętam walczyło się, żeby cokolwiek nagrać z radia, czekało się z niecierpliwością z nastawionym magnetofonem ZK140, żeby chociaż jeden albo dwa utwory nagrać, a gdy coś udało się zdobyć było to tak niesamowicie ekscytujące, że szok! Oczywiście od czasu do czasu pojawiały się jakieś audycje, które puszczały klasyczny heavy metal czy hard rock. Miałem to szczęście, że akurat sporo muzyki trafiało do moich rąk, która na pewno odcisnęła wielkie piętno i stała się bardzo ważna w moim życiu i tak już zostało i chyba zostanie do końca. Muzyka metalowa nierozerwalnie łączy się z moim życiem!

Po tylu latach to już chyba musi:-)… Wtedy kiedy nagrywaliście pierwsze demówki, jednocześnie zacząłeś robić pismo „Equilibrium Of Noise”. To będzie jeszcze jedno pytanie związane z początkami, bo to chyba razem z HOLY DEATH się zaczynało?

Konkretnie w 1993 r., kiedy udało się nam już nagrać pierwszy materiał, więc parę lat później. Ponieważ jednak Gererd grał wtedy w kilkunastu zespołach, powiem ci szczerze, że faktycznie nie mieliśmy zbyt wiele czasu, żeby robić muzykę. Poza tym wiadomo, nie mieliśmy żywego perkusisty, nie mieliśmy basmana, więc automatycznie Gerard grał na wszystkim, ja śpiewałem i ewentualnie dogrywałem jakieś elementy klawiszowe, które się tam pojawiały. Jednak generalnie 70-80% muzyki robił Gerard, więc byłoby dość ciężko, powiedzmy, grać próby normalne – trzeba było by to rejestrować, puszczać część materiału jakby z playbacku i resztę dogrywać, więc wtedy nie było szans na coś takiego. Poza tym, jak mówię, dopiero w 1993 r. zacząłem myśleć o stworzeniu zina. Wtedy akurat byłem bardzo blisko Mariusza Kmiołka – jeździłem praktycznie co wtorek do niego do Legionowa, przy okazji zahaczając o giełdę pod Hybrydami – tam była piękna giełda płytowa, gdzie można było zdobyć niezłe rarytasy, które gdzie indziej się nie pojawiały. Mariusz zajawił mnie swoim „Thrash’em All”, tym małym w formacie A5. To było niesamowite – ta gazeta była chyba najlepsza w Polsce – to było coś niewiarygodnego. Dzięki „Thrash’em All” zapragnąłem wspierać podziemne kapele, pisząc o nich w swoim zinie.

Jedną z osób, która wymieniona była w redakcji „Equilibrium Of Noise” był Jarosław Szubrycht (Jaro Slav z LUX OCCULTA), czy to była większa współpraca?

Tak, jak najbardziej. Jarosław włożył wielki wkład w proces tworzenia naszego zina, to samo Barbara Mikuła, Leszek Dudkowski, Łukasz Orbitowski i wielu innych, którym pragnę bardzo podziękować! Bez Was by nie było „Equilibrium Of  Noise”.

Wracając do HOLY DEATH… Ta muzyka chyba jest kierowana do ludzi o szerszej perspektywie i zainteresowaniach? Jednocześnie są w niej muzyka, literatura i duże związki okultystyczne…

Na pewno jest to w jakiś sposób mocno ze sobą powiązane. Tym bardziej, że twórczość HOLY DEATH zawsze niosła w warstwie tekstowej idee mistyczno/okultystyczne – to było zawsze dla mnie bardzo ważne, żeby w jakiś sposób to ze sobą współgrało. Myślę, że przekaz poprzez muzykę dość dobrze trafia do słuchacza, potrafi też stworzyć klimat i w jakiś sposób pobudzić wyobraźnię czy zainteresować obszarami do tej pory nie znanymi dla słuchacza.

ImageHOLY DEATH dużą wagę przykładał do oprawy graficznej. Ja wspominam jeszcze pierwszą płytę „Abraxas”, która miała wyjątkowo rozbudowaną okładkę z mnóstwem grafik. Jak powstała ta koncepcja, czy miała jeszcze coś wyjątkowego na celu?

Powiem szczerze, trochę się rozminął ten projekt z rzeczywistą wizją końcową, ale niestety ponieważ firma Baron Rec. wyłożyła dość duże pieniądze na tę okładkę, nie było już szans, żeby to zmienić. Pierwotnie miała przypominać twórczość Borisa Valleyo, coś w klimacie MANOWAR „The Triumph Of Steel”. Niestety plastyk to skrewił i wszedł z tego komiks „Thorgala”.

To pewna synteza… Wspominałeś chyba o pierwszym Waszym wydawcy Baron Records…

Pierwsze wydanie „Sodomy Of Megido” wyszło w krakowskiej wytwórni Night Metal, będącej metalowym oddziałem wydawnictwa Fala. HOLY DEATH był pierwszą metalową rzeczą, jaką wydała ta wytwórnia. Night Metal sprzedała 5000 sztuk tego dema, więc jak na demówkę to niezły wynik. Zresztą demówki wtedy sprzedawały się w takich nakładach, to fenomen tamtych czasów. Pamiętam, że TARANIS czy MORDOR sprzedawały 10-12 tysięcy egzemplarzy. Nie jedna kapela dzisiaj by chciała sprzedawać płyty w takiej ilości.

Baron Rec. był wydawcą, na którego wielu ludzi narzekało. Ty, Leszku, też wspominałeś w wywiadach, które czytałem, o ciągłych problemach z wydawcami – jak to wyglądało?

Jeśli chodzi o firmę Baron, to byliśmy bardzo zadowoleni ze współpracy z tą wytwórnią, ponieważ zapewniła nam możliwość zaistnienia na rynku. Jedynym mankamentem była dystrybucja. Nie było to zbyt dobrze rozwiązane, więc te materiały trafiały z opóźnieniem –  często zespoły we własnym zakresie rozprowadzały je po sklepach czy po zainteresowanych ludziach. Ale generalnie myślę, że dzięki tej firmie wiele kapel miało szansę wydać jakikolwiek materiał. Baron wydawał swoje wydawnictwa naprawdę schludnie. W czasach gdy kserowane okładki demo były na porządku dziennym, tu każda kaseta czy cd były full kolor na kredowym papierze. Ponadto wytwórnia ta finansowała sesje w studio każdego zespołu! Czegóż więcej potrzeba młodej grupie?

Z Barona byliście więc zadowoleni, ale później właśnie coś było nie tak?

Kiedy HOLY DEATH związało się z Baron Rec., wytwórnia ta myślała już o zakończeniu swojej działalności. Gdybyśmy związali się z nią wcześniej, na pewno moglibyśmy zrobić wspólnie dużo więcej i wydać kompakt, bo wtedy ta firma wydawała już Cd. Zresztą „Triumf Of Evil” (płyta nagrana pierwotnie dla Barona) miała wyjść jako cd i mc. Wyszła jednak tylko kaseta. Natomiast norweska wytwórnia Head Not Found wydała ten materiał w wersji kompaktowej, a po latach, w 2003 r. Under The Sign Of Garazel wydał reedycje. I dopiero ta edycja spełniła nasze oczekiwania, nie miała błędów czy pomyłek, jak to miało miejsce na niechlubnym wydaniu Norwegów. Ponadto na reedycji pojawiły się dwa bonusy, które miały być, więc wszystko jest ok.

Z Garazelem też współpracowaliście?

Tak. Szczerze mówiąc, jeśli chodzi o Toma, to jest to człowiek, który bardzo dużo robi dla undergrandowej muzyki, a wszystkie wydawnictwa sygnowane logiem jego wytwórni są wydane z pietyzmem i solidnością. Jeżeli jeszcze kiedyś będziemy mieli możliwość współpracy, będę bardzo zaszczycony i chętnie, bez żadnych problemów powierzę tej wytworni materiał HOLY DEATH.

Zapytam jeszcze o Luciforus Art Productions. Jest to Twoja własna wytwórnia, która działa, można powiedzieć, bardzo mocno w podziemiu. Ostatnimi czasy wydała płyty HELLIAS, ale teraz szykują się nowe propozycje – możesz zdradzić, co to będzie?

Działalność Luciforus Art Prod. do niedawna skupiała się wyłącznie na wydawaniu własnych materiałów HOLY DEATH. Zawsze myślałem o stworzeniu oldschoolowej wytwórni, przypominającej swoimi wydawnictwami młodym odbiorcom zespoły, które często odeszły do lamusa i mało kto ich zna. Na pierwszy strzał poszły dwa cd krakowskiego HELLIAS: „Closed In Fate Coffin” z 1991 r. i „Blind Destiny” z 1993 r. W przygotowaniu mamy kolejne wydawnictwa tej grupy – pierwszy nigdy dotąd nie publikowany materiał demo „Revenge Of Hellias” z 1987 r. (CD/LP) i „Night Of The Damned” z 1988 r. (LP). Oba winyle ukażą się nakładem Lucforus Art Prod. i Nuclear War Now. Mamy również w planach wydanie nowego materiału HELLIAS oraz – wspólnie z Under The Sign Of Garazel – cd TARANIS „The Obscurity”, tak więc rok 2007 jest dość pracowity.

Ostatnia płyta HOLY DEATH to „The Knight, Death And The Devil”. Skąd ten tytuł? Ja znam książkę dotyczącą Romantyzmu „Zmysły, śmierć i diabeł” Mario Praza, a tu mamy „The Knight, Death And The Devil”…

ImageWpłynął na to przede wszystkim Albrecht Durer i jego drzeworyt z roku 1513, który został wykorzystany na okładce. Poza tym planowaliśmy zrobić koncept album: po trzy utwory mówiące o Rycerstwie, Śmierci i Mości Diable. Nie do końca nam się to udało, bo w warstwie tekstowej te postacie troszeczkę się ze sobą splatają, ale tak czy inaczej myślę, że nie bardzo rozminęło się to z pierwotnym zamysłem. Bo te elementy pojawiają się w tekstach, a że nie są wyodrębnione – myślę, że wybaczą mi to fani?!

Taki przekrój historyczny pojawił się na wystawie „Obrazy Śmierci”. Nie wiem, Leszku, czy byłeś w Muzeum Narodowym w Krakowie?

Oczywiście – przepiękna i wyjątkowa ekspozycja doskonałych arcydzieł poruszających temat śmierci i jej wszechogarniającej mocy. Ten temat jest wyjątkowo eksplorowany przez artystów i zawsze pociągał swoją mroczną i nieodgadnioną aurą. A sam fakt, że w jednym miejscu znalazło się tyle wyjątkowych, klasycznych arcydzieł malarstwa był dla mojej artystycznej duszy niezapomnianym przeżyciem. Nic tak nie działa na wyobraźnię jak kontakt ze sztuką! Dlatego ubóstwiam chodzić na wystawy i wernisaże.

Powiedziałeś, że na albumie „The Knight, Death And The Devil” dużą rolę odgrywają trzy postacie. Ja może zapytam o to wnikliwiej. Jaka jest według Ciebie koncepcja Rycerza? Wspominasz często o templariuszach – czy to właśnie byłby rycerz tego typu – rycerz zakonny z ideałami?

Chodziło mi raczej o walczącego Lucyfera, dzierżącego w dłoni świetlisty miecz sprawiedliwości, walczącego z obłudą i zakłamaniem kościoła krzewiącego fałszywa wiarę, która niesprawiedliwie oczerniła majestat Niosącego Światłość Lucyfera, zniekształcając go i nadając mu oczerniające go przywary. Tworząc z najświatlejszego i najprawdziwszego przyjaciela ludzkości kreaturę i potwora, którym straszono w średniowieczu biedotę. Obarczano jego majestat wszelakimi przewinieniami, za które powinien odpowiadać człowiek i religia, która miast nieść miłość, niosła śmierć i zniszczenie, podląc wszystko, co nie było z nią z spowinowacone.

Dla mnie jedną z wyjątkowych rzeczy w twórczości HOLY DEATH jest postać Lucyfera. Wiadomo, mamy mnóstwo zespołów black metalowych, które również inspirują się satanizmem i różnymi jego rodzajami. Tam akurat postać szatana jest zła, agresywna, emocjonalnie związana z czymś mrocznym. A Lucyfer, do którego odnosi się sztuka HOLY DEATH, to Anioł Światła, istota związana z dobrem, tylko inaczej rozumianym – trzeba to później uściślić, jeśli się o tym rozmawia. Ten Lucyfer jest inny niż typowy dla metalu…

ImageW gnozie Lucyfer jest przedstawiany jako bóstwo związane ze światem duchowym, to jego wszechogarniająca światłość pomaga tym, którzy poszukują oświecenia! To On rozświetla mroki niewiedzy, inspiruje i pomaga w byciu lepszym, bardziej wartościowym człowiekiem! Jest jak najbardziej pozytywną energią. Wizerunek diabła, tak mocno zakorzeniony w religii chrześcijańskiej i judaizmie, jest bardzo krzywdzący. Lucyfer nie jest związany z mroczną i negatywna energią. To nasza ludzka wpół zwierzęca natura ulega słabym instynktom i na pewno to nie On jest za to odpowiedzialny, a nasza natura i tylko od nas zależy, czy poddamy się niskim instynktom czy też wzniesiemy się na duchowe wyżyny, porzucając nasze słabości. Religie tworzyły demony, by usprawiedliwiać swoje podłe postępowanie. Prawdziwe zepsucie i robactwo trawi kościół od środka, kryjąc jego mroczną naturę w pięknym z pozoru świecie chrześcijaństwa.

Pojawiają się takie koncepcje Lucyfera, gdzie jego imię wyprowadza się z imienia Phosphoros z greckiej kultury, które oznacza również Niosący Światło, utożsamiany z planetą Wenus, z pierwszą gwiazdą – bardzo pozytywne jeśli chodzi o legendarne pochodzenie…

ImageW różnych kulturach i religiach pojawia się od czasu do czasu odpowiednik Niosącego Światłość Lucyfera. I tak w mitologii perskiej Mithra był bogiem słońca i światłości, jest jedną z głównych emanacji Ahura-Mazdy. Posiadającego wiele wspólnych Lucyferowi cech w Egipcie odnajdujemy Hheka, będącego odpowiednikiem wszechoświeconej, uniwersalnej magicznej energii. W Rzymie Lucyfera utożsamiano z planetą Wenus czy Heliosem – bogiem tarczy słonecznej, „Gwiazdą Zaranną” lub Synem Jutrzenki. U hebrajczyków jego odpowiednikiem był Helel ben Sahar – „Jasny syn jutrzenki”. W Grecji odnajdujemy trzy bóstwa mające bardzo podobne lucyferyczne cechy: Eosphoro, Prometeusz bądź wspomniany przez Ciebie Phosphoros. Myślę, że można by było wymieniać tak bez końca przykłady bóstw w innych kulturach i tradycjach religijnych, mających wiele cech wspólnych Lucyferowi. Tak że jeśli ktoś ukazuje Lucyfera jako siłę, która jest związana z mrokiem, z ciemnością, jest to krzywdzące i błędne. Tak samo, jeżeli ktoś twierdzi, że Szatan a Lucyfer to te same bóstwa… W rzeczywistości są to dwie odrębne, bardzo różniące się postacie!

Na płycie „The Knight, Death And The Devil” znalazł się wiersz „Lucifer” Tadeusza Micińskiego, poety młodopolskiego. Czy to był, według Ciebie, utwór wyjątkowy?

Twórczość Tadeusza Micińskiego jest mi szczególnie bliska, a „Lucyfer” to jeden z najbardziej przeze mnie uwielbianych utworów tego wybitnego mistrza pióra i mimo, iż do końca nie mogę się zgodzić z ostatnimi frazami tego wiersza, twierdzącego „Słońce – mój wróg słońce! – wschodzi wielbiąc Boga”, uważam, że Micińskiemu udało się w dość wyjątkowy sposób oddać tragiczność i cierpienie niespełnionego Lucyfera. To bardzo metafizyczny i wielowymiarowy utwór, który można interpretować na wiele sposobów, za każdym razem odkrywając takie bogactwo, że nie sposób tym się znudzić.

A dlaczego zdecydowałeś się na tego „Lucifera”, właśnie na ten wiersz Micińskiego? Czy brałeś pod uwagę jeszcze inne poezje związane z Lucyferem?

Generalnie postać Lucyfera, Szatana czy Diabła pojawia się w wielu wspaniałych poematach i wierszach np. „Szatan” i „Prometeusz” Kazimierza Przerwy-Tetmajera, „Lucyfer” Jerzego Żuławskiego, „Antychryst” Leopolda Staffa czy genialna „Litania do Szatana” Charlesa Baudelaire’a, ale „Lucifer” Micińskiego jest mi najbliższy, stąd nie mogłem oprzeć się pokusie wykorzystania tego utworu do potrzeb nowego albumu HOLY DEATH.

Jak wyglądało nagrywanie „The Knight, Death And The Devil”? Interesuje mnie ta strona powstawania materiałów i też jest dla mnie ciekawostka… Wcześniej płyty HOLY DEATH były nagrywane w studio, a tu się okazało, że ostatni Wasz album powstał nie do końca studiu…
ImageTak, to prawda – pierwszy raz od rejestracji „Sodomy Of Megido” zrobiliśmy materiał w sali prób. Oczywiście tym razem wykorzystaliśmy do rejestracji bardzo dobry sprzęt i powiem ci, że nie żałuję, bo mieliśmy bardzo komfortową sytuację, a możliwości późniejszej obróbki, długotrwałej pracy nad masteringiem pozwoliły nam zrobić pierwszy raz w historii HOLY DEATH dwie wersje płyty – dwa odrębne zupełnie miksy tego materiału. I tak wersja Mikołaja z KRIEGSMACHINE / MGŁA została wybrana przez nas na cd, a miks Goolarego chcemy umieścić na winylu. Pawłowi udało się zrobić z tego materiału bardzo masywny thrash metalowy stuff. Mam nadzieję, że ktoś się tym zainteresuje, bo jest to naprawdę zajebista wersja i powiem Ci, że mieliśmy poważny problem z wyborem wersji na cd. Jednak ostatecznie zdecydowaliśmy się na bardziej obskurne undergrandowe brzmienie i chyba wyszło nam to na dobre!

Wspominałeś, że to Twoje duże marzenie, żeby wydać płytę winylową. Czy może się to wreszcie zrealizować?

Mam nadzieję, że kiedyś doczekam tej chwili, ponieważ winyl jest dla mnie bardzo szlachetnym nośnikiem. Nie ukrywam, że mam wielki sentyment do czarnych krążków. Jestem wielkim fascynatem i kolekcjonerem właśnie tego typu wydawnictw. Jest to dla mnie najszlachetniejszy rodzaj zapisu dźwięku i nie ukrywam, że w tych czasach, gdy człowiek pędzi za wieloma sprawami, to doskonała odskocznia. Jest to celebrowanie, wręcz rytuał słuchania w skupieniu i uwadze, przekładania na drugą stronę winylu. Musisz znaleźć na to trochę czasu – to nie jest tak, że puścisz sobie kompakt, który nie wymusza twojej uwagi, możesz słuchać go i coś robić. Przy odsłuchu winyli jakaś niewidzialna siła przykuwa twoją uwagę wyhamowujesz ten pęd; siadasz spokojnie w skupieniu, delektujesz się tym, doskonałym analogowym brzmieniem, dynamiką, głębokim basem, jednocześnie oglądając dużą winylowa okładkę, teksty – to wszystko w jakiś sposób powoduje, że zupełnie inaczej odbierasz muzykę. Poza tym mam sentyment, bo jednak kiedy powstawała muzyka metalowa, była ona dostępna właściwie albo w formie kasetowej, albo winylowej. Każdy zespół może uważać się za doceniony dopiero wtedy, gdy w tych czasach ktoś wyda im winyl. Kompakt może wydać każdy, nawet sam zespól. Wydanie winylu to już zupełnie inna, dzisiaj bardzo kosztowna sprawa. Dlatego tym bardziej jestem rozgoryczony, że przez te wszystkie lata działalności nikt nie docenił HOLY DEATH i nie wydal nam czarnego krążka.

Masz jednak kogoś zainteresowanego?

Wiesz, były propozycje m.in. z Valhalla Records i paru innych wytwórni, które w jakiś tam sposób zgłosiły chęć wydania, ale niestety warunki nie były zbyt zadowalające, więc w rezultacie po prostu musieliśmy zrezygnować. Mamy na tyle materiału, że chciałbym to wydać w wersji dwupłytowej, ponieważ fizycznie ponad 70 min muzyki nie jest w stanie zmieścić się na jednym krążku. A poza tym wiadomo, że dobra jakość winylu to maksymalnie 40 min., natomiast powyżej 40 minut winyl traci na dynamice. W tym przypadku byłoby to niezbyt korzystne. Natomiast urywanie, wycinanie fragmentów kilku utworów nie jest zbyt dobrym pomysłem.

HOLY DEATH to muzyka czasem związana, jak wspominasz, z old schoolowym metalem czyli najbardziej z latami 80-tymi. Ja odczuwam również związki z muzyką BATHORY, jeśli chodzi o ostatnią płytę. Czy masz jakiś wzorzec, ku któremu się kierujesz?

Nie ukrywam, że BATHORY czy HELLHAMMER odcisnęły wielkie piętno na muzyce HOLY DEATH i od płyty „Triumph Of Evil” towarzyszy nam taki klimat rozpoczęty przez Quorthona. Pierwszy etap HOLY DEATH był fascynacją przede wszystkim „grecką sceną” – to było słychać. Gerard był maniakiem VARATHRON, NECROMANTIA, ROTTING CHRIST – to w jakiś sposób miało odbicie na naszej muzyce.

ImageBadając wszystkie związki HOLY DEATH z różnymi prądami… Kiedyś miał ukazać się materiał „Slavonic Evil” – dobrze pamiętam? Czy to były fascynacje słowiaństwem?

Ja akurat nie ukrywam, że jest to mocno związane ze mną, ponieważ żyjemy w tym świecie, w tym kraju, gdzie ta religia, kultura była bardzo mocno zakorzeniona i to miał być taki ukłon, hołd dla naszej rdzennej kultury. Jednak nie nagraliśmy tego materiału, bo co niektórzy byli bardzo oburzeni tym pomysłem. Ba, nawet starali się wywrzeć na nas jakiś nacisk. Może kiedyś będziemy chcieli nawiązać do tego tematu. Bo mam w dupie to, czy to się komuś podoba czy nie, że chcę śpiewać o słowiańskich bóstwach, tym bardziej że czuję więź z pogańskimi tradycjami naszych ziem. Ktoś stwierdził, że nie można łączyć lucyferyzmu z pogaństwem. Bzdura! Nawet nie wiecie, ile wspólnych cech mają te dwie z pozoru odmienne tradycje. W tych czasach wszyscy się spieszą, pędząc za cywilizacyjnymi nowinkami, zapominając o zachowaniu równowagi w ekosystemie i tym, co tak naprawdę jest dla nas ważne. Pamiętajmy! Niszcząc środowisko przyspieszamy koniec naszej cywilizacji!

Leszku, Twoje zainteresowania to nie tylko muzyka. To również, można powiedzieć, tematy okultystyczne, ezoteryczne. Skąd to u Ciebie się wzięło? Czy to było już od dzieciństwa, wiązało się z jakimiś zainteresowaniami, fascynacją literacką, opowieściami grozy – bo często stąd się to bierze. Czy też było inaczej i w którym kierunku poszły Twoje zainteresowania?

Mój pierwszy kontakt z „ciemną stroną Mocy” był bardzo przypadkowy – poprzez filmy grozy i literaturę związaną z horrorem. W jakiś sposób coraz bardziej mnie to intrygowało, więc zacząłem poszukiwać, ponieważ nie do końca byłem przekonany do takiego a nie innego wizerunku Lucyfera w tradycji chrześcijańskiej. Dzięki tym mrocznym obrazom pobudziłem swoją ciekawość i wyobraźnię. Dzięki temu zaszczepiłem w sobie chęć poznania nieodgadnionego.

Czasem słyszy się, że to niebezpieczna ścieżka… A jak było z Tobą? Wielu się pojawiało tych, którzy odradzali? Czy trafiałeś na ludzi, którzy zajmowali się tym poważnie?

Na początku moich poszukiwań było bardzo ciężko o literaturę na ten temat. Krążyły kserokopie z „Biblią Szatana” czy „Satanic Ritals” LaVey`a, jeździło się po całej Polsce, żeby zdobyć jakiekolwiek materiały na ten temat, a magazyny związane z ezoteryką i magią naprawdę były rzadkością. Fachowa literatura na ten temat wychodziła w naszym kraju bardzo rzadko. Oczywiście było kilka tego typu undergrandowych periodyków wydawanych na zasadzie zinów, jak „Smok Wadży” przypominający formą kserowanego zina. Miałem to szczęście, że w moim otoczeniu kilka osób interesowało się tego typu zagadnieniami. Niektórzy jeździli na Zachód, przywozili literaturę niedostępną wtedy w Polsce, np. książki A. Crowley`a, które zaczęły ukazywać się dopiero bodajże w okolicach 2000 r.

Darek Misiura – to była jedna z pierwszych osób, które Crowley`a wreszcie na polski grunt przeniosły…

Dzięki takim ludziom jak Dariusz Misiuna zaczyna pojawiać się w Polsce coraz więcej literatury o tematyce okultystycznej. Dariusz przełożył na język polski całe mnóstwo klasyki gatunku od „Biblii Szatana” po dzieła A. Crowley`a. Choć powiem szczerze, patrząc na Czechy, w tym względzie jesteśmy dalej w powijakach. Owszem, sam fakt, że udało się takim książkom zaistnieć na rynku, mimo tak wielu utrudnień spowodowanych nietolerancją i fanatyzmem kościoła, jest dość optymistycznym akcentem. Myślę, że idzie to w dobrym kierunku, tym bardziej że mamy również wielowiekowe tradycje ezoteryczne. Pod tym względem Praga i Kraków przodowały w dawnej Europie. W tej chwili Kraków to miasto kościołów – pięknych, monumentalnych, gotyckich, ale jednak chrześcijańskich. Zastanawiam się, czy doczekamy się tolerancji w kulturalnej stolicy Polski, bo niestety jak na razie przypomina to Ciemnogród i nie ma tu nic z dawnego Grodu Kraka.

Co sądzisz o Magii Chaosu – o tym nowym nurcie w ezoteryce? Wspominałeś też o fascynacji elementami różnych kultur i religii, również tych różnych wizjach, z którymi wiąże się postać Lucyfera – wydaje mi się, że to jest bliskie Magii Chaosu?

Nie do końca. Ja raczej skłaniałbym się ku tej wczesnej gnozie i tym nurtom wywodzącym się z misteriów egipskich, związanych z kultami solarnymi, gdzie w mocny sposób było to zaakcentowane. Oczywiście Magia Chaosu ma wiele elementów, które są bardzo ciekawe i pokazuje zupełnie inne spojrzenie na świat, aczkolwiek nie ukrywam, że akurat nie jest to kierunek, który mnie pociąga.

Leszku, zajmujesz się również malarstwem. Zaskoczyło mnie to trochę i poczułem się głupio, że nie zauważyłem wcześniej, jak wiele stworzyłeś… A malujesz m.in. sigile, które są raczej podstawowym elementem Magii Chaosu…?

ImageW każdej religii człowiek dążył do nakreślenia nieodgadnionego wizerunku boskiej niematerialnej siły, do której się zwracał. Tak było mu łatwiej ukierunkować swoją energię. Stąd pojawiały się wyobrażenia mitycznych bóstw czy to w symbolach, sigilach czy też w innych formach sztuki: w rzeźbie, malarstwie ściennym itd. W magii symbole mają szczególne znaczenie. Często zawierają bardzo złożoną symbolikę, łączącą w sobie pewien rodzaj aktywnej energii pomagającej w operacjach magicznych. To również sposób zapisywania magicznych maksym w zaszyfrowanej formie symboli niezrozumiałych dla profanów, ale przemawiających tym wyjątkowym językiem do wtajemniczonych. W średniowieczu było to zrozumiałym postępowaniem wymuszonym ciągłym terrorem kościoła, stąd tak wielkie bogactwo zaszyfrowanych informacji w znakach i symbolach magicznych. Wykorzystywanie symboli i pieczęci podczas magii ceremonialnej to nic innego jak uaktywnianie pewnego rodzaju energii skumulowanej w danym symbolu, mającym odzwierciedlenie w kosmosie! W Magii Chaosu symbole pojawią się nie częściej niż ma to miejsce w innych tradycjach magicznych. Tak czy inaczej, są nieodzownym elementem tych praktyk!

Słyszałem, że pracujesz nad wersją malarską kart Tarota. Jak z tym jest – malarstwo bardziej na poważnie czy tylko amatorska pasja?

Jeśli chodzi o malarstwo czy sztukę w ogólnym tego słowa znaczeniu, to istotnie ta forma ekspresji jest mi bardzo bliska. Od podstawówki wskazywałem na takie zainteresowania. Zacząłem tworzyć różne rzeczy, rzeźby i rysunki, szkice, potem zainteresowałem się malarstwem. Lubię również rzeźbić w glinie – to bardzo plastyczna i wdzięczna materia. Skupiam się na tworzeniu wizerunków inspirowanych mitami, panteonem demonów i bóstw. Oczywiście ulubionym tematem moich prac jest Lucyfer. W pewnym momencie postanowiłem wykorzystywać tę zdolność do tworzenia rzeczy związanych z magią. Kilka lat temu otrzymałem propozycje zilustrowania książki o Tarocie autorstwa Katarzyny Gołąbek, po czym okazało się, że przy okazji promocji książki będzie można połączyć to z wernisażem. Dlatego skupiłem się na większych formatach, rozpocząłem tworzenie olejnych prac w formacie 50x70cm, a cały cykl ma przedstawiać 78 kart Tarota. Jak na razie tworzę Duże Arkany, które składają się z 22 kart.

Utożsamiasz się z tym, co nazywasz lucyferyzmem, ale na pewno nie tak, jak rozumie się to potocznie. Moje pytanie wiąże się z Twoją świątynią – Ordo Hermeticum Iluminationis Luciferi. Jakie ma zasady i jak działa? I co oznacza ta nazwa? Łacińska, tak?

Ordo Hermeticum Iluminationis Luciferi to Lucyferyczna Świątynia Wszechogarniającej Światłości. Główną ideą powstania tej Świątyni jest dążenie do oświecenia, gnozy – poznania wiedzy tajemnej, magii, poszukiwania prawdy związanej z Lucyferem, a poprzez to rozwój duchowy i intelektualny. To nie tylko wiedza, ale też praktyki magiczne, rytuały, to też medytacje, różnego typu zagadnienia związane z tymi praktykami. Chcemy ukazać Lucyfera we właściwym świetle, oczyszczając jego imię z plugawych oszczerstw kościoła, które zniekształciły poprzez judeochrześcijańską propagandę przepiękny wizerunek Niosącego Światło, tworząc odrażającą bestię, jednocześnie czyniąc z niego ofiarę, odpowiedzialną za wszelkie zło na tej ziemi, usprawiedliwiając tym samym swoje niecne poczynania! Czas, by ktoś wreszcie stanął w jego obronie! Wielu satanistów przez błędne postrzeganie wizerunku Lucyfera personifikuje to bóstwo ze złem, co jest niedopuszczalnym błędem! W dużej mierze to kościół jest odpowiedzialny za ten stan rzeczy! Tworzył demoniczne opisy mrocznych i potwornych miejsc zwanych Piekłem po to, by w skuteczny sposób zastraszać masy zacofanej ludności. Przez wieki owe wizje sprawdzały się. Na szczęście ludzkość rozwijała się, coraz częściej sięgając po wiedzę, w zamierzchłych czasach tak skrzętnie zarezerwowaną tylko dla chrystusowych sług, a to co przerażało zaczęło fascynować! Bo co tak pociąga człowieka, jak nie zakazany owoc? Człowiek winien cały czas kształtować swoje wnętrze dążąc do duchowej i intelektualnej doskonałości, jednocześnie nie zapominając o tym, co nas otacza i jest nierozerwalnie związane z nami. Natura jest piękna i tak ostatnio za naszą sprawą cierpiąca! Poprzez szacunek dla natury lucyferianie sprzeciwiają się rabunkowej gospodarce Ziemi.

Świątynia ma swój statut i chciałem się zapytać, czy istnieje jej forma zalegalizowana?

ImagePierwotnie myśleliśmy o legalizacji naszej świątyni i poczyniliśmy w tym względzie znaczne przygotowania, mając poparcie i pomoc w Krakowskim Instytucie Religioznawstwa UJ. Niestety status wyznaniowy naszej Świątyni został odrzucony, a w międzyczasie ilość wymaganych członków związku wyznaniowego urosła z 15 osób do 100. Nie zamierzaliśmy trawić niepotrzebnie naszej energii na walkę z purytanizmem i nietolerancją katolicyzmu w naszym kraju. Do krzewienia naszych idei i praktyk nie potrzebujemy zgody urzędu czy też innego przyzwolenia instytucji odpowiedzialnych za tego typu legalizację. Poza tym taka forma działalności jest bardziej tajemnicza, a co za tym idzie pociągająca. Nic tak nie pobudza, jak coś co jest zakazane (w tym przypadku wiara w Lucyfera). Przewrotna natura rodzaju ludzkiego, tym bardziej głodna wiedzy przez kościół zakazanej, z uporem maniaka będzie stymulować nas do poznania i zgłębienia wiedzy tajemnej nie tylko tego świata.

Gdybyście wyszli na powierzchnię z Waszymi poglądami, to wielu ludzi pewnie spojrzałoby na to nie przychylnie?

Widzisz, jednak dla wielu samo to, że w nazwie Świątyni pojawia się imię Lucyfera, jest tak drażniące jak płachta na byka i oni nie są w stanie pogodzić się z faktem, że ta postać może być pozytywną siła i energią. Lucyferyzm stara się w dość dobitny sposób określać swoją drogę, nie mamy czego się wstydzić czy ukrywać. Wielu doradzało nam, żebyśmy zmienili nazwę Ordo Hermeticum Iluminationis Luciferi na nazwę mniej rzucającą się w oczy, ale ja nie dbam o to, czy ktoś to akceptuje czy też nie. Mnie też często boli, jak muszę na co dzień oglądać symbole religii, która splugawiła wizerunek mojego Boga, którego kocham!

Czy kontaktujesz się z innymi grupami okultystycznymi w Polsce? Czy istnieje coś takiego, czy raczej jest na wymarciu?

Istnieją różnego typu świątynie i kościoły, bractwa związane z magią i ezoteryką. Mam kontakt z kilkoma osobami i powiem Ci, że w jakiś tam sposób to funkcjonuje i nie ukrywam, że tylko dzięki temu ten rozwój jest taki bardziej postępowy, gdyż każdy inaczej pewne rzeczy spostrzega, ma inne przemyślenia i doświadczenia, którymi można się wymienić. Wiadomo, że dzięki temu poszerzamy swoje horyzonty myślowe, możemy wielopłaszczyznowo spostrzegać zagadnienie magii, która jest rozległym i bogatym tematem. Nikt z nas nie jest alfą i omegą, która jest wszechwiedząca i ma tak niesamowite kompendium wiedzy, by nie dążyć do jej poszerzania! Człowiek uczy się całe życie, gromadzi doświadczenia po to, by kiedyś porzucić ograniczającą nas materię ciała ludzkiego i połączyć się z wszechogarniającą Lucyferyczną Światłością.

Ja tak myślę, że magia to po prostu życie – podsumowując naszą rozmowę…

Życie jest nierozerwalnie związane z magią. To się ze sobą splata i tylko dzięki temu możemy w należyty sposób funkcjonować. Każdy z nas jest rodzajem magnesu czy lustra chłonącego i emitującego źródło energii. Naturalne otoczenie (Przyroda) to nie wyczerpane bogactwa energii wspierającej działanie człowieka. To nic innego jak siła twórcza pobudzająca wyobraźnię człowieka i stymulująca go do działania.

[Ariaman / Atmospheric #13]

Holy Death / Luciforus Art Prod., Leszek Wojnicz-Sianożęcki, P.O.Box 399, 30-960 Kraków 1; holydeath@wp.pl; www.holydeathhorde.com