HYPOCRISY, DECAPITATED, SURVIVORS ZERO – 26.01.2010, Katowice

HYPOCRISY, DECAPITATED, SURVIVORS ZERO

26.01.2010, Katowice, „Mega Club”

Spore zamieszanie towarzyszyło polskiej części trasy HYPOCRISY. Zmianie ulegały kolejno miejsce imprezy oraz kapele supportujace szwedzki zespół. Początkowo impreza planowana była w gdyńskim klubie „Ucho”, a w jej skład miał wchodzić fiński SURVIVORS ZERO, duński HATESPHERE oraz rzeczona ekipa Tagtgrena. Ostatecznie koncert przeniesiono do katowickiego „Mega Clubu”, a middle act, który w międzyczasie zaliczył poważne zmiany personalne, zastąpił nasz polski, tak zwany „towar eksportowy”, czyli reaktywowany DECAPITATED. Jak dla mnie obie zmiany można zaliczyć jak najbardziej in plus – grup HATESPHERE niespecjalnie mnie interesowała po ostatnim popisie w Polsce, który dała przed BEHEMOTH. Ominęła mnie także 600 km podroż nad morze w środku zimy. Pozostała jedynie kilkudziesięciominutowa podróż po katowickich duktach, aby stawić się na miejscu koncertu i posłuchać, co wymienione kapele mają do zaoferowania.
Kilkanaście minut po otwarciu bram, kiedy zobaczyłem pustawe wnętrze sporej wielkości „Mega Clubu”, wróżyłem temu wydarzeniu frekwencyjną porażkę. Na sali szwendało się kilka grupek mniej lub bardziej rosłych metalowców, znudzony barman podpatrywał, jakby tu ukradkiem walnąć kielicha, a szatniarz, widocznie pozbawiony zysków, widząc mój spory bagaż ze sprzętem foto od razu wyłudził ode mnie piątaka, twierdząc, że jest „niewymiarowy”. No cóż, załatwiłem sprawy bieżące (kibelek, piwko i takie tam) i pod scenę, aby dzielnie notować w pamięci przebieg wieczoru.
Ostatecznie, na kilka minut przed rozpoczęciem występu pierwszego supportu, klubowa przestrzeń zapełniła się rządną uciechy metalową gawiedzią, choć określenie „tłok” byłoby stanowczo przesadzone – jak na moje starcze oko i powonienie, nie było więcej niż 200 osób. Jak dla mnie ok. W duchu podziękowałem Panu Rogatemu, że w ten sposób ukarał organizatorów, którzy nie raczyli przygotować fosy dla tych cykających zdjęciu (by nie rzec, tfu po trzykroć, „fotoreporterów), skazując ich na mękę przeciskania się z kilkukilogramowym aparatem wśród ściśniętych przy barierkach widzów, narażając się na wilcze spojrzenia i od czasu do czasu soczyste „kurwy”.

ImageSURVIVORS ZERO był dla mnie kompletną niewiadomą. Przekopując przepastne czeluści internetu (no dobra, wszystko znalazłem na MySpace) dowiedziałem się, że zespół jest z Finlandii, posiada pięciu członków, ma na swoim koncie jedna płytę „CMXCIX”, ma endorsement z Dean Guitars i gra średnio-szybko-wolny, do bólu przewidywalny death metal. Więc bez szału. Ale na żywo było konkretnie i z przytupem. Z góry proszę o wybaczenie mojej pseudodziennikarskiej indolencji, jednak nie zakupiłem przed koncertem tego albumu i nie nauczyłem się tytułów poszczególnych numerów na pamięć, więc nie mogę przytoczyć ani jednego z nich. Ogólny klimat występu odebrałem jako całkiem pozytywny, SURVIVORS ZERO zagrał równo, z kopytem i należną porcją rock`n`rolla. Jednak wszystko, utwory, image kapeli i oprawa koncertu zmieściły się w ramach metalowej przeciętności, więc jak płyty nie kupiłem, tak nie kupię, a na gig to też przy tak zwanej „okazji”.

ImageOdniosłem wrażenie, że kolejny support, a raczej gość koncertu jest oczekiwany o wiele bardziej, niż sama gwiazda imprezy. Grupka maniaków spod sceny ze zniecierpliwieniem skandowała nazwę grupy, wymachiwała koszulkami z logiem, rozrzucała włosy, gdzie popadnie i rozsiewała atmosferę napięcia. W sumie owe rozgorączkowanie mnie nie dziwi, ponieważ powrót DECAPITATED, bo o tym zespole mowa, stał pod wielką niewiadomą. Po tragicznym wypadku na Białorusi nie wiadomo było, czy Vacek pozbiera ekipę do kupy i dalej będzie napierdalał śmierć metal ku chwale rock and rolla i Rogatego. Co prawda tu i ówdzie słyszało się plotki, że a to niby jakiś perkusista z Austrii, a to jakiś kolega poszedł na przesłuchanie w charakterze wokalisty, jednak mgła tajemnicy spowijała przyszłość kapeli. Koniec końców, lider, jak na przywódcę przystało, pobierał grupę do kupy, a raczej stworzył ją od nowa, gdyż ze starego składu, poza rzeczonym, nie pozostał nikt. Widać tu analogie do pewnego wielkiego zespołu, chociaż w wypadku DECAPITATED świeża krew wyszła kapeli na dobre. Chłopaki wjechali na scenę niczym średniej wielkości walec i rozpoczęli 40-minutową młockę tych, którzy przed chwilą czeźli w zniecierpliwieniu. Na pierwszy strzał poleciał „A Poem About An Old Man”, który okazał się być oddany ze snajperską precyzją – publika rzuciła się w młyn, który przez cały występ mógł zmielić zapas zboża średniej wielkości europejskiego kraju. Dalej było już tylko lepiej, na linię frontu wypuszczono takich komandosów, jak „Day 69”, „Post (?) Organic”, „Visual Delusion”, „Invisible Control”, „Flash-B(l)ack”, „Mother War” i „Spheres Of Madness”. Nie wzięli jeńców. Zdreadziały brodacz, Rafał Piotrowski, znany z KETHA oraz FORGOTTEN SOULS, w mojej opinii, rewelacyjnie sprawił się w roli wodzireja – bez zbędnego pierdolenia i umizgiwania się do gawiedzi, bulgotał, warczał, ryczał i chrząkał kolejne numery z werwą sporej wielkości niedźwiedzia. Moją uwagę zwróciła również sekcja rytmiczna, która sprawowała się, jak dobrze naoliwiona maszyna. Pulsująca, wbijająca w podłoże, sprawiała wrażenie, że to nie bas z garami, a tłok z turbiną napędzają rytm DECAPITATED. Przyznam szczerze, że do tej pory twórczość grupy była mi obojętna. Teraz, po tym, co usłyszałem w „Mega Clubie”, z chęcią sięgnie po nowe wydawnictwo zespołu, mające się ponoć ukazać w niedługim czasie, żeby sprawdzić, co ta czwórka zdekapitowanych napierdalatorów będzie w stanie wyciągnąć w studio.

ImageNo i czas na tak zwany gwóźdź programu. Na wyczyszczonej ze zbędnego sprzętu scenie, koło godziny 21 pojawił się omnibus sceny metalowej, gitarzysta, kompozytor, producent, realizator studyjny i chuj raczy wiedzieć, kto jeszcze, Peter Tagtgren ze swoja świtą. Jak wiadomo, bębny od dłuższego już czasu obsługuje Horgh, znany z zamiłowania do sprintów w lesie i groźnych póz. Wiejska plotka niesie, jakoby Tagtgren upolował go w lesie koło Abyss Studio, gdzie hasał w lajkrze. Okoliczności nieistotne, ważne, że ten posępny człek ma parę w łapach i w poszczególne elementy perkusji napierdala, jak należy. W sekcji rytmicznej Horghagena wspomagał Mikael Hedlund, natomiast na drugiej gitarze pojawił się niezidentyfikowany dla mnie osobnik. Przedstawiwszy osoby dramatu, przejdę do aktu pierwszego, który rozpoczął numer z najnowszego albumu HYPOCRISY, „A Taste Of Extreme Of Divinity” – „Valley Of The Damned”. Później coś ze starszych dokonań, czyli dwa numery z „Hypocrisy” i „The Final Chapter”, bodajże „Fractured Millenium” i „Adjusting The Sun”. O ile początek koncertu nie rozłożył mnie na cyce, to już po wspomnianym „Adjusting The Sun” chłopaki zaczęli się rozkręcać. W miarę rozwoju wydarzeń rozpoznałem również „A Coming Race”, „Let The Knife Do The Talking” i „Weed Out The Weak” i mix kawałków z „Osculum Obscenum”, „Penetralia”, „Apocalypse” i „The Fourth Dimension”. Po zakończeniu podstawowego setu kawałkiem „Fire In The Sky” z „Into The Abyss”kapela w ramach bisów zagrała „Roswel 47”, „War-Path” i „The Final Chapter”.
Refleksje? Niestety nieciekawe. Pomimo profesjonalizmu i wysokiego poziomu, z jaką HYPOCRISY odegrało swoją rolę gwiazdy wieczoru, grupa pozostawiła we mnie wrażenie, jakby chciała odhaczyć kolejny gig na trasie i tylko czekała na ciepłe łóżko w hotelu. Nie czułem tej energii i zaangażowania, jaka biła z poprzednich bandów. Z zegarkiem w ręku leciały kolejne numery, bez ciary po plecach. A prędkość, z jaką Tagtgren wypowiedział „Thank you, good night”, zawstydziłaby Scatmana Johna. Cóż, i tak bywa. Może z PAIN Peterowi bardziej się będzie chciało. Przekonamy się przy następnej okazji.

 

[Marcin Radecki]