IN COMA (ex DEFECTOR): „Zmodernizowany” metal klimatyczny – 21.12.2003

Image

Gdy sięgałam pierwszy raz po demo DEFECTOR (obecnie IN COMA)
byłam pełna złych przeczuć, ale na szczęście mile się rozczarowałam!
„Forsaken” to całkiem sympatyczny, sprawnie technicznie i z feelingiem odegrany materiał. A ten krakowski zespół wykonuje muzykę, która ma źródło w gothic rocku,
a ujście w progresywnym metalu. Na wywiad odpowiada perkusista Madey…

 

Witaj. Na początek proszę Cię o pewne wyjaśnienie. Powstaliście i działaliście do połowy ’03 jako DERFECTOR, pod takim też szyldem nagraliście materiał „Forsaken”, o który będę Cię zaraz wypytywać, zaś teraz oficjalnie jesteście IN COMA. Dlaczego zmieniliście nazwę i co poza tym różni te zespoły, stare i nowe oblicze, przeszłość i przyszłość?

Nazwę DEFECTOR znaleźliśmy z Hodurem w bibliotece szkolnej w słowniku języka łacińskiego. Pod tą nazwą istnieliśmy dość długo i przywiązaliśmy się do niej trochę, ale już dość dawno temu stwierdziliśmy, że po prostu nie pasuje do naszej muzyki. Mieliśmy nawet takie sytuacje, że ludzie mówili „ee, DEFECTOR to jakiś punk, to wychodzimy”. Więc zmieniliśmy na IN COMA. A różnica między DEFECTOR`em sprzed paru lat a IN COMA dzisiaj jest tak duża, że nawet ciężko o niej mówić.

Jesteś współzałożycielem grupy… Skąd wziął się pomysł na kapelę DEFECTOR i wykonywaną muzykę? Początkowo graliście covery METALLICA, jak to się więc stało, że złagodnieliście i przerzuciliście się na doom metal?

Zespół DEFECTOR zakładaliśmy na początku liceum i graliśmy w garażu u kumpla. Pomysł na zespół w ogóle był impulsem, zresztą wielu młodych metalowców (!) ma takie pomysły. Nam po prostu udało się wyjść poza garaż. METALLICE graliśmy, bo wtedy jej słuchaliśmy i była dobra na początek, żeby wykształcić sobie jakąkolwiek technikę. Powoli zaczęliśmy wpadać w delikatniejsze klimaty ANATHEMA, MY DYING BRIDE. I tak też zaczęliśmy tworzyć swój materiał, który początkowo i tak nie przypominał obecnej formy.

Dlaczego tak długo, blisko cztery lata, przymierzaliście się do pierwszego dema „Visions Of Serenity”? Czy to przypadek, że jest zatytułowane jak jeden z utworów umieszczonym na kolejnym wydawnictwie „Forsaken”? Opowiedz coś o zawartości tego debiutanckiego materiału. Ja wiem tylko tyle, że gościnnie wspomógł Was w studiu wokalista FORGOTTEN SOULS / DEMENTIA…

Tak długo przymierzaliśmy się do nagrywania, dlatego że IN COMA to pierwszy zespół, w którym graliśmy i na początku po prostu nie umieliśmy grać. Duży problem był też właśnie z wokalistą. Przewinęło się ich nawet kilkunastu, dość długo graliśmy z Malinem, ale później zrezygnowaliśmy z jego usług. W sumie cały „Visions…” to bardziej zapoznawanie się z pracą w studio, nigdy nie podchodziliśmy do tego materiału poważnie. Jest dość toporny kompozycyjnie, aranżacyjnie i niezbyt dobrze nagrany. Akurat w czasie nagrywania „staraliśmy się” o Dyszla z DEMENTII, mieliśmy nadzieję na dłuższą współprace, ale nic z tego nie wyszło. A jeśli chodzi o tytuł „Visions Of Seranity”, to w momencie nagrywania dema pracowaliśmy nad kawałkiem, który znalazł się dopiero na „Forsaken”, a że tytuł się nam podobał, to nazwaliśmy tak całe demo.

O ile nie zdecydowaliście się, chyba z powodu niezadowolenia z jakości muzyki i brzmienia, rozpowszechniać tamtej dymówki, o tyle o promocję „Forsaken” już dbacie. Jak się Wam podoba ten materiał? Muzycy rzadko, kiedy są zadowoleni z efektu swojej pracy… Jak to jest z Wami w tym przypadku?

:-), no nie mogę przecież powiedzieć, że „Forsaken” jest zajebisty, bo po pierwsze to nieładnie, a po drugie nie mnie to oceniać. W miarę obiektywnie mogę powiedzieć, że jest bardzo dobrze nagrany jak na nasze możliwości (ukłony w stronę Jarka Barana z DELIGHT). Na pewno duże nadzieje pokładamy w tym materiale, w związku z czym staramy się go promować. Parę w miarę pochlebnych recenzji i reakcje ludzi na koncertach dają nam dużo satysfakcji.

Image„Forsaken” jest nieźle zrealizowany… Nad pomyślnym przebiegiem sesji czuwali: Jarek Baran i Sławek Biela, czyli… kto?

No właśnie. Sławek Biela to taki pan, który pracuje w TVN, a poza tym w Staromiejskim Centrum Kultury Młodzieży na Wietora, gdzie mamy próby i jest też urządzone studyjko. On w całości zajmował się „Visions…”, a przy „Forsaken” nagrywał tylko bębny (on ma ciągoty jazzowe, więc jako realizator nagrania metalowego nie bardzo się chyba nadaje). Cała reszta to już zasługa Jarka Barana, gitarzysty DELIGHT. W jego jednopokojowym mieszkanku w bloku znajduje się zupełnie niepozorne studio, ale to co on tam wyprawia, jest godne podziwu. Jest naprawdę świetnym gościem, muzykiem i fachowcem. Dużo nam pomógł przy nagrywaniu (tzn. chłopakom, bo ja nagrywałem u Sławka).

Nagrywaliście ponownie w Skawinie, w domu jednego z w/w panów i w kompletnie mi nie znanym SCKM Vietora Studio. Czym się kierowaliście dokonując wyboru tych miejsc? A wiecie coś o krakowskim Green, gdzie pracowali m.in. TROMSTAR, MUTILATION?

Jak mówię, na Wietora mamy próby, więc mieliśmy na miejscu i tanio, natomiast wybór studia Jarka był też prosty, bo słyszeliśmy jego poprzednie dokonania, m.in. płyty THY DISEASE, w którym gra nasz (były) klawiszowiec Kuba (nawiasem mówiąc, teraz gra z Jarkiem w DELIGHT). Głupio się przyznać, ale o Green nie słyszałem nic, a to dlatego że opcja Wietora i Jarek była pewna i w zasadzie sprawdzona, no i tania.

Zarejestrowanie „Forsaken” trwało prawie dwa miesiące. To chyba dużo, zważywszy, że nagraliście tylko pięć utworów? A w latach 70-tych wiele klasycznych już dziś albumów rockowych powstawało w kilka dni:-)… Rzeczywiście tyle czasu potrzebowaliście na dopieszczenie brzmienia i nie spieszyliście się, zgodnie z przysłowiem „co nagle to po diable”, a może raczej długość sesji wynikała z jakichś problemów technicznych, konieczności licznych poprawek, Waszego małego obycia ze sprzętem i studiem, czy też był jeszcze inny powód i przebieg tej akcji?

No to też śmieszna sprawa: bębny nagraliśmy w parę godzin i więcej na Wietora nie siedzieliśmy, Sławek dał surowy materiał Jarkowi i on się już dalej zajmował. A dalsze dwa miesiące wynikały z tego, że Jarek nie ma czasu w tygodniu i nagrywanie odbywało się raz w tygodniu w niedziele. Podchodziliśmy do sprawy poważnie i chcieliśmy, aby wszystko było wycackane, a przy Jarku nie ma to tamto, musi być równiutko i czyściutko.

Jak powstawał Wasz materiał? Kto jest głównym twórcą muzyki, melodii, riffów, aranżacji, tekstów?. Zważywszy, iż zespół jest 6-osobowy, czy macie ustalony jakiś podział ról, który np. pozwala utrzymać pewną dyscyplinę i ujarzmić burzliwy proces komponowania? Wiesz typu: wokalista pisze słowa piosenek, skoro je śpiewa itp.

Jeśli chodzi o teksty, to pisze je Olaf, bo je śpiewa. Wcześniej, jak nie było Olafa, swoich sił próbował Lato i Kuba, ale Olafowi dobrze to idzie, wiec jest git. A z tworzeniem muzyki to cała zasługa Kuby i Lato. Oni komponują kawałki w zasadzie całkiem gotowe, aranżacje tylko robimy na próbach. Akurat na „Forsaken” kawałki są Lato, tylko intro jest Kuby, który napisał dwa kawałki, które są przeznaczone na „…And Some Answers” . Dodatkowo reszta w ramach swojego instrumentu dorzuci swoje trzy grosze i gotowe.

Jako że DEFECTOR / IN COMA porusza się na granicy gotyckiego rocka i klimatycznego metalu, który z tych gatunków muzycznych jest Wam bliższy? Na przykładzie: wybierz gdzie czulibyście się lepiej, grając na Metalmanii czy na Castle Party i dlaczego? Chodzi mi też o to, którzy widzowie byliby dla Was bardziej przychylni?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo jednak każdy w zespole słucha innej muzyki (wystarczy wymienić DEPECHE MODE albo MASSIVE ATTACK). Myślę, że jednak bliżej nam do metalu klimatycznego, przede wszystkim ze względu na wokal, a konkretnie na growla. Ale gitary też są chyba zbyt ciężkie jak na gotycki rock, dlatego chyba pasowalibyśmy lepiej na Metalmanii. Jest jeszcze taka kwestia, jak to się gra, tzn. metal stanowi większe wyzwanie techniczne i to też jest argument, który kieruje nas chyba jednak bardziej w strone doom metalu. Z drugiej strony dostaliśmy recenzję od fana ostrzejszego grania, który twierdzi, że na świecie już jest wystarczająco smutno, to po co jeszcze dołująca muzyka… To chyba kwalifikuje nas na Castle Party. No, jak mówię, Lato lubi LUX OCCULTE, a ja lubię PINK FLOYD.

Wiem, że wystąpiliście na jakimś gotyckim festiwalu w Krakowie – jakie mieliście przyjęcie? Zaś na Waszej liście podziękowań znalazły się grupy ATROPHIA RED SUN, CRONICS itp. Kumplujecie się z nimi, koncertujecie wspólnie?

Był to jeden z lepszych i większych koncertów, jakie udało się nam jak na razie zagrać Przyjęcie mieliśmy super, wziąwszy pod uwagę to, że graliśmy wtedy jako pierwsi.. Mieliśmy też niezłe przyjęcie, bo była darmowa pizza dla zespołów:-). ATROPHIA RED SUN długo była dla nas wzorem, grali jednocześnie z nami próby w sali obok. My dopiero zaczynaliśmy, oni mieli na koncie „Fears”. Zaglądaliśmy do nich przez szybkę z opadem żuchwy (podobno nawet z nas chichotali). Trochę w związku z tym się poznaliśmy, tylko że to była inna ATROPHIA, bo z ówczesnego składu zostały obecnie tylko dwie osoby. Graliśmy z nimi dwa koncerty, zresztą tak samo jak z CRIONICS. Z chłopakami z CRIONICS w dobrej komitywie jest Kuba. Jechaliśmy z nimi kiedyś w jednym busie na koncert i to było spore przeżycie :-). Impreza była taka, że myślałem, że się bus wywróci.

Skoro mowa o koncertach i Krakowie… Jak często i gdzie można Was oglądać na żywo? Parę kapel skarżyło mi się, że w Waszym mieście nie ma odpowiednich sal, klubów, gdzie można zagrać, a publiczność ponoć nie wykazuje tym wielkiego zainteresowania… Jak to jest w przypadku IN COMA?

No teraz niestety nie możemy koncertować, bo nie mamy klawiszowca. Faktycznie w Krakowie nie ma zbyt wiele miejsc do grania, zwłaszcza większych koncertów. Praktycznie jest tylko „Extreme”, gdzie graliśmy tam parę razy. Jest dużo mniejszych knajp, ale akurat niewiele z nich organizuje koncerty metalowe. Jeśli chodzi o publiczność, to mogłoby być lepiej, ale raczej nie można narzekać.

Wedle obiegowej opinii Kraków jest miastem na tyle kulturalnym, iż jest ono wręcz stworzone dla muzyki na jej różnych poziomach i niszach. Także metal powinien więc mieć tam swoje miejsce… Nie zaprzeczysz, że IN COMA ma próby w „domu kultury” – na ile tego typu instytucje mogą wspierać działalność kapeli metalowej?

Wiesz, „dom kultury” to strasznie brzmi. U nas jest tak, że domu kultury nie interesuje, jaki typ muzyki gramy. Ale z drugiej strony organizując przeglądy albo konkursy nie przyjmuje się zespołów metalowych, tylko najwyżej jakiś hard rock, o growlu nie ma mowy. Metal jest w podziemiu. Ale wydaje mi się, że gdyby któryś z domów kultury zorganizował jakiś konkurs albo przegląd dla kapel metalowych, to zainteresowanie byłoby spore. Tylko że u nas pokutuje stereotyp, że metal to muzyka ludzi pijanych, kudłatych i w dodatku satanistów. Dopóki tego się nie zmieni, to instytucje typu dom kultury niestety chyba wiele nie pomogą.

Nie da się ukryć, że dana muzyka, a także trendy są związane z atmosferą jakiegoś miejsca i ludźmi ten klimat budującymi. Jakie regiony Polski są Twoim zdaniem z jakiś względów najbardziej przyjazne dla doom metalu?

Ho, to jest dopiero trudne pytanie!! Nie wiem, w ten sposób nigdy nie dzieliłem Polski. Niestety koncertów poza Krakowem graliśmy naprawdę niewiele, wobec czego nie mam jak odpowiedzieć na to pytanie. Znowu niestety.

W jakim stopniu IN COMA jako zespół oraz jego poszczególne osobowości czyli wy sami utożsamiacie się z „subkulturą”, a na ile po prostu tworzycie muzykę zapewne wypływającą z Waszego wnętrza, ale też zarazem osadzoną w pewnej już określonej i mocno utrwalonej konwencji?

Hmmm, jako zespół staramy się być częścią tego „świata”. Nie robimy oczywiście tego na siłę, po prostu trzeba być na czasie. Inna sprawa, że trzeba uważać, bo można spotkać wielu naprawdę fałszywych ludzi. Wiem, że Olaf i Kuba są mocno zaangażowani, ale ja np. nie piję już dużo tanich win i nie mam długich włosów, co nie zmienia faktu, że metal lubię. Wiesz, chodzi o to, żeby słuchać muzyki i czerpać z tego jak najwięcej, a nie o to, żeby w środku lipca, jak na polu jest 30 stopni, chodzić w skórze i glanach i manifestować w ten sposób „słuchaj! jestem metalem!”

Jaka muzyka stanowi dla członków IN COMA bazę artystycznego porozumienia? Czy jest to twórczość własnej grupy, czy generalnie gracie to, co wypływa bezpośrednio z Waszych zainteresowań pewnymi odmianami goth metalu po prostu słuchanego na co dzień?

Spektrum naszych muzycznych zainteresowań jest naprawdę szerokie, ale wspólnym elementem (w sumie jedynym) dla wszystkich jest metal klimatyczny. Ciężko mi powiedzieć, czym inspiruje się Lato czy Kuba komponując. Parę razy słyszeliśmy, że gramy w klimacie MOONSPELL`a. Nie mieliśmy takiej świadomości aż do nagrania materiału.

A właśnie, powiedz, jak wygląda „szafa grająca” każdego z Was i – z drugiej strony – w jakiej muzyce wszyscy gustujecie? Podaj konkretne gatunki, nazwy, tytuły…

No więc tak (z tego co wiem) – Wojtek (git. rytm): PINK FLOYD, PRIMUS, TOOL, PERFECT CIRCLE, Lato: LUX OCCULTA, DEMONARCH, MOONSPELL, Olaf: OPETH, SIRRAH, MOONSPELL i dużo rzeczy, których nazw nie pamiętam, Hodur: ANATHEMA, TOOL, MY DYING BRIDE i dużo rzeczy, których nazw wstydzę się wymienić, Kuba: MOONSPELL, DEPECHE MODE, DREAM THEATER i dużo rzeczy których nazw nie pamiętam, no i ja: PINK FLOYD, TOOL, ANATHEMA, MY DYING BRIDE, MASSIVE ATTACK, RADIOHEAD. Trudno wyciągnąć jakąś średnią, chodzi chyba o ambitne, melodyczne granie z dużym naciskiem na klimat.

W swojej biografii napisaliście, że „zmodernizowaliście popularną stylistykę i macie własne oblicze, brzmienie, styl”… A w jaki jeszcze inny sposób zachęciłbyś do sięgnięcia po „Forsaken” metalowców sceptyków i ortodoksów?

Wiesz, z ortodoksami i sceptykami jest generalnie ciężko. Myślę, że eksperymenty z formą są czymś bardzo dobrym i gdyby nie to, to zostalibyśmy wszyscy przy „Kill’em All”. Dlatego zachęcam do sięgania po coś, co nie mieści się w wąskich granicach klasycznego metalu. Jego forma wzbogacona o melodie i odrobinę elektroniki tworzy całkiem ciekawy efekt.

Słuchając Waszego materiału pojawia się automatyczne skojarzenie: TIAMAT, żeby nie wiem co :-). A w manierze wokalnej Olafa jest coś, co przypomina charyzmę Vincenta Cavanaugh z czasu po „Eternity”, z „Alternative 4” i „Judgement”, także Fernando z MOONSPELL, Petera z TYPE O’NEGATIVE i coś z dramatyzmu Tilo Wolfa z LACRIMOSA… Na ile się mylę?

No tak, wiele się nie mylisz:-). Nie wiem jak z tym TIAMAT`em, osobiście chętnie nagrałbym płytę taką jak „Wildhoney”. TAMAT ciężko określić jednoznacznie, wystarczy popatrzeć na płyty „Sumerian Cry” i „Skeleton, Skeletor”. Olaf to faktycznie dobry wokalista, długo szukaliśmy takiego gościa. Barwą niewątpliwie ma bardzo podobną, ale to nie jego wina, a wręcz zasługa, bo to dobre porównanie. Dramatyzm Petera, hmmm, możliwe, że w „Visions…” cos z tego jest. Na szczęscie nie ma dramatyzmu kolesia z HIM’a ani Misia Wiśniewskiego:-).

Kto i co najmocniej Was inspiruje?

Wbrew pozorom wcale nie jest to MOOSNPELL. Nie ma spójności w tej kwestii w zespole, na pewno trzeba wymienić DREAM THEATER, jeśli chodzi o technikę, PINK FLOYD – klimat i TOOL – na całej linii. ANATHEMĘ też wypada wymienić.Mówię za siebie, bo wiem, że Lato miałby obiekcje. On wymieniłby pewnie LUX OCCULTE zamiast DREAM THEATER, a TOOL`a skreśliłby w ogóle.

Wytłumacz mi, jaki jest więc sens tworzenia czegoś wtórnego, mimo że jest to dobre technicznie i przyzwoite warsztatowo?

Nigdy do końca nic nie jest wtórne. Staramy się szukać czegoś, co by nas wyróżniało, czegoś co jeszcze nikt nie zrobił. Ale wiesz, dobrej muzyki nigdy za wiele. Na przykład wolałbym, żeby ANATHEMA nagrała wtórną płytę względem „Eternity” niż nową płytę „A Fine Day To Elit”.

Nie lepiej zamiast prób, sesji, demówek, promocji, koncertów zamknąć się w domu z własnym PC i konstruować mistyczne, mroczne, muzyczne elektro–przestrzenie albo jakiś futuristic black metal na wzór ABORYM?

Lubię sobie posłuchać na przykład ambientu, ale trzeba jeszcze mieć radość z grania. Jest naprawdę duża satysfakcja z tego, co się gra na żywo i jest to bez ozdobników. Myślę, że powinno stworzyć się porządną bazę gitarowo-klawiszową, a do tego dorabiać po kolei jakieś bajerki, ale z przewagą bazy. Muzyka to nie choinka. A poza tym próby, sesje, dymówki, koncerty mają swój klimat i to też jest element całej tej „roboty”. Można sobie eksperymentować na PC, ale zespół sobie, a PC sobie. Ewentualnie do gotowego materiału zaprzęgnąć PC w studio po nagraniu bazy.

Obcując z „Forsaken” odniosłam wrażenie, że poruszcie się tylko po pewnej, bezpiecznie określonej już konwencją ścieżce gothic/doom metalowej. Dlaczego? Obawiacie się (np. industrialnych) eksperymentów?

To że zaklasyfikowano nas jako zespół doom metalowy, wyszło po nagraniu materiału. Nie robiliśmy tego świadomie, nie myśleliśmy: „słuchaj tego nie może być, bo to nie pasuje do doom metalu”. Jeśli chodzi o eksperymenty, to jako zespół cały czas się rozwijamy. Do momentu nagrywania dorośliśmy do tego, co nagraliśmy. Eksperymenty zaczęły się zaraz po:-). Można się już ich doszukać na „Forsaken”, ale kolejne kawałki mają więcej eksperymentu w fomie, rytmice, instrumentarium.

A jak wytłumaczycie się z „tanecznych beatów” choćby na początku „Painting My Horrors”, dużej dawki elektroniki (klawisze np. w intro) i przebojowych refrenów? Czyżbyście próbowali się w ten sposób przypodobać także słuchaczom lżejszej muzy?

No właśnie, te „taneczne beaty”, które zawsze wywołują dużą konsternację wśród metalowców ortodoksów, są przykładem eksperymentów i próby znalezienia własnego stylu. Mnie osobiście całkiem się podobają, zwłaszcza, że zaraz po nich wchodzi już normalne ostre granie. U słuchaczy lżejszej muzy jesteśmy spaleni przez growla, w zasadzie chyba gramy możliwie najlżejszą muzykę z growlem. Duża dawka elektroniki to zasługa Kuby, który lubi takie rzeczy i ma ku temu możliwości i pomysły (intro w całości jest jego dziełem). No i te przebojowe refreny:-). Kiedyś na próbie Wojtek powiedział: „mamy już parę fajnych kawałków, ale teraz musimy zrobić hit”. Same przeboje nagrywa na swoich płytach Beata Kozidrak:-). To że mamy przebojowe refreny, to słyszę pierwszy raz. Dobre!

Przy okazji, ile macie lat? Nie przeszkadza Wam, że muzyka, jaką tworzycie jest preferowana przez młodych odbiorców, np. nastoletnie dziewczęta, dla których SLAYER jest za ostry, a BRITNEY SPEARS za bardzo plastikowa :-)?

Teraz mamy mniej więcej po 21 lat. Generalnie tworzymy dla siebie – to brzmi strasznie patetycznie, ale coś w tym jest. Nie wiem, trochę się dziwię, bo wydawało mi się, że dodanie melodii do zwykłego metalu robi go ciekawszym i ambitniejszym. Dlatego ogólnie, nie w odniesieniu do naszej konkretnie muzyki, uważam doom metal za najwyższą i najambitniejszą formę metalu. A nastoletnie dziewczęta, hmmm… czemu nie:-).

A może IN COMA nie ma fanów, bo polscy słuchacze są tacy skostniali – wolą kupić oryginalną ANATHEMĘ itd. i nie obchodzi ich scena podziemna? Przecież „Forsaken” nie ma w sklepach wśród przebojowych nowości…

Wiesz, w sklepach nie ma tego, co w podziemiu. Myślę, że równolegle istnieją niewykluczające się „rynki”. Ten główny z ANATHEMĄ i drugi, na którym kumple wymieniają się płytkami zespołów z podziemia. „Forsaken” nie ma w sklepach wśród przebojowych nowości i prawdopodobnie nigdy nie będzie, tak samo jak nie byłoby ANATHEMY, gdyby dalej grała tak, jak grała w czasach „Serenades” czy „Silent Enigma”. To nie jest muzyka na półkę z przebojami. Ciężko mi mówić, ile mamy fanów, wiem, że ludzie na koncertach bawią się dobrze, a którzy z nich jest naszym fanami, tego nie wiem.

A może się mylę w paru powyższych sugestiach i biorę Was pod włos? Jakie są Wasze spostrzeżenia na temat odbioru muzyki DEFECTOR w oparciu o słuchaczy i co piszą o „Forsaken” domorośli recenzenci i „dziennikarzełki” takie jak ja:-)?

Jak mówię, „Forsaken” raczej się podoba, po nagraniu byliśmy bardzo miło zaskoczeni ciepłym przyjęciem. Recenzje również niejednokrotnie miło nas połechtały. Spora część osób chwali, wróży sukcesy i dziwi się, że nikt nas nie wydaje. Oczywiście zdarzają się też głosy negatywne, że co to za elektronika, że kicha i parę takich, ale dużo rzadziej.

Na ile różne sądy dotyczące DEFECTOR są dla Was miarodajne? Czy nie bardziej korzystne dla przyszłości IN COMA wydaje się jedna pozytywna opinia wyrażona przez człowieka, który należy do silnego środowiska opiniotwórczego, choćby w jakimś poczytnym piśmie (pomijam już chyba sporną kwestię, czy będzie to dajmy na to „Metal Hammer” czy też zine typu „Atmospheric” :-)) niż milion zafascynowanych, małoznaczących, anonimowych głosów, których nie bierze się poważnie i z którymi nikt się nie liczy?

Bardziej korzystna dla przyszłości IN COMA jest opinia kogoś „ważnego”, bo to otwiera możliwości, przede wszystkim kontrakt. Ale ten milion małoznaczących, anonimowych głosów jest ważniejszy, bo jest to największa nagroda za granie w kapeli. Więc głównie liczy się dla nas opinia ogółu, z niej można dużo wynieść.

Nie odnosisz wrażenia, że coraz mniej zespołów, prócz tych najbardziej utytułowanych ze światowej czołówki, gra tak jak Wy?

Dokładnie mam takie wrażenie. Bardzo dużo zespołów gra teraz death/black, a doomu wiele nie ma. Nie wiem, z czego to wynika. Z jednej strony to dobrze, bo niewiele takich zespołów jak my otwiera pewne szanse, a z drugiej strony jak ktoś organizuje koncert, to nas nie chce, bo nie gramy death’u.

Jaka jest Waszym zdaniem w Polsce i zagranicą kondycja takiego atmosferycznego goth/doom metalu, jaki prezentujecie?

Kondycja jest zapewne dobra, ale chyba nikt tego nie wydaje. Nie kojarzę, żeby pojawiło się ostatnio coś ciekawego (inna sprawa, że nie jestem na bieżąco).Wiesz, miło było posłuchać ANATHEMY, ale teraz to już nie to samo. Podobnie sytuacja ma się z MOONSPELL`em, chociaż na szczęście w „Antidota” już trochę odbiegli od koncepcji „Darkness And Hope”. Ale to i tak stara nazwa.

Co się dzieje z „Forsaken” obecnie? Gdzie trafił ten materiał? Kogo nim zaatakowaliście? Chodzi mi o odzew potencjalnych wydawców… I jak wygląda sprawa niezależnych wytwórni metalowych na świecie? Czy uderzyliście i w tym kierunku, pchając demo gdzieś na Zachód, do Niemiec albo Stanów, Skandynawii lub chociażby za południową granicę do Czech?

Obecnie czekamy na odpowiedź paru wytwórni, jest pewien odzew, ale na razie żadne konkrety. Wysłaliśmy też „Forsaken” do paru portali internetowych, gazet i zinów, co zaowocowało niezłymi recenzjami i wywiadami. Trudno powiedzieć, wysyłką zagranice zajmował się Kuba, wiem, że chyba wysyłaliśmy płytę do Włoch i Portugalii, ale nastawialiśmy się raczej na rodzimy kraj. Jest chyba nienajgorzej, chociaż tak czy siak, ciężko dostać się do takiej wytwórni, zwłaszcza że część prowadzi specyficzną politykę, tzn. przyjmuje do siebie niewiele zespołów i ładuje w nie cały wysiłek. Tym bardziej trudno się do nich dostać.

Macie świadomość, że już pewnie na zawsze, pomimo dobrych recenzji Waszego materiału, pozostaniecie polską czwartą ligą o dużym kontrakcie nie mając nawet co marzyć? Co więc zamierzacie zrobić ze sobą i IN COMA, jeśli okaże się, że nikt nie wyraził chęci wydania „Forsaken” oficjalnie, a więc poznało tę muzykę tylko wąskie grono odbiorców? Co będzie dalej z Wami i zespołem?

Image Oczywiście, że wiemy, że o dużym kontrakcie nie ma nawet co marzyć polska druga liga. Dla nas wystarczające byłoby, gdybyśmy mogli w spokoju grać koncerty w gronie ludzi zainteresowanych taką muzyką, nie musi to być koniecznie stadion Gwardii czy Wembley. Kasy i tak z tego nie będzie, nikt nigdy tak tego nie traktował. Nic wielkiego się więc nie stanie, jeśli nikt nas nie wyda, mamy świadomość, jak ciężko się jest przebić. Chcemy nagrać całą płytę „…And Some Answers” i może to będzie silniejszy argument w rozmowie z wytwórniami.

Właściwie „Forsaken” to część 50-minutowego pełnego materiału, jednak przygotowania „…And Some Answers” zostały wstrzymane z powodu „wycofania się sponsora”… jakiego? Widzę, że również Was dotyczy problem młodych i małych kapeli czyli niedostatek funduszy…

To dość ciekawa historia, ale bez happy-endu, niestety. Sponsorem był znajomy znajomego naszego gitarzysty, który dał nam trochę kasy na nagrywanie w studio. Za te pieniądze nagraliśmy „Forsaken”. Reszta, która została u niego do czasu, kiedy będziemy nagrywać dalej (a było tego dość sporo). Kiedy nagraliśmy bębny do „…And Some Answers” i zadzwoniliśmy do niego, żeby dał tę kasę, ale telefon był głuchy. Dopiero po pół roku okazało się, że koleś wylądował w wariatkowie z wielkimi długami. Także tyle, jeśli chodzi o nasze pieniądze.

Jakie są te nowe utwory IN COMA w porównaniu z „Forsaken”? Ile kompozycji macie jeszcze w zapasie i kiedy ponownie nagrywacie? Interesuje mnie też, jaki wpływ na premierową muzykę ma ostatnia zmiana personalna w grupie. Nie ma już z Wami Jakuba, który komponował, a przede wszystkim grał na syntezatorze – bardzo ważnym instrumencie w DEFECTOR? Poszukujecie jego zastępcy… Z jakim skutkiem i wymiernym efektem?

W mojej opinii nowe utwory różnią się wyraźnie. Jeden kawałek jest dużo ostrzejszy od tego, co proponowaliśmy wcześniej, a dwa inne dość mocno eksperymentalne z dużą dawką elektroniki. W ogóle prezentują inne podejście do tematu. Nagrania są zaczęte, tzn. mamy nagrane bębny do łącznie 8 numerów. Na razie wstrzymaliśmy się z nagrywaniem z dwóch powodów. Po pierwsze nie mamy kasy, a po drugie mamy niejasną sytuację z klawiszami. Kuba nagra z nami te numery, ale gdyby później przyszło zagrać koncert, to nie ma z kim. Poszukujemy zastępcy, niestety jak na razie z miernym skutkiem. Postawiliśmy dość wysoko poprzeczkę, nie chcemy przyjmować byle kogo, więc trochę to może trwa. Kuba jest dobrym muzykiem i kompozytorem, ale to nie znaczy, że bez niego nie możemy grać. Kawałki komponuje też Lato. U niego z kolei można zauważyć tendencję do ostrzejszego grania (staram się go ograniczać :-), więc zobaczymy co z tego wyjdzie.

Ok, już wiem wszystko o IN COMA:-). Dziękuję za rozmowę.

Dzięki!

[Kasia, Nienor / Atmospheric #12]


In Coma (ex Defector), Wojciech Placek, ul. Lubomirskiego 37/24, Kraków; madey@poczta.onet.pl; tel. 0502974672