IN THE NAME OF GOD We Are The War `17

CD (Independent)
Ocena: 5,5/6
Gatunek: thrash metal

Zacznę od tego, że jest coś w twórczości IN THE NAME OF GOD co sprawia, że słuchacz ani na moment nie traci zapału do słuchania. Czym jest ten pierwiastek, za który oddały by głowy setki tysięcy kapel na świecie?

To nieustanne zaskakiwanie, to także wysiłek podjęty przez zespół, ażeby ciągle stawać niewiadome – utwory na „We Are The War” są złożone jakby z dwóch warstw: utrzymującego się na (mniej więcej) stałym poziomie BPM oraz dziesiątek połączonych segmentów riffów, zmiennej pracy bębnów, częstych zmian tonacji wokalu. A nuż gdzieś w zupełnie niespodziewanym miejscu pojawi się solo, a może nawet dwa („Revenge”)? Wyobraźcie sobie kręgosłup człowieka, który składa się z nieregularnego rdzenia (krążki wchodzące w skład rdzenia mają różną średnicę) oraz żeber, które także różnią się wielkością… a jednak tworzą coś niebywale trwałego i doskonałego w konstrukcji. Teraz wyobraźcie sobie, że to porównanie nie odwołuje się do kolektywu utworów na płycie wałbrzyszan, a jedynie do pojedynczego utworu. Taka >segmentowa< budowa nasuwa mi na myśl dodatkowe porównanie do mistrzów modern death metalu ULCERATE, czyli zespołu który także opiera swoje konstrukcje muzyczne na koncepcie pozornej „zmienności”.

Naturalnie, nie wszystkie utwory na „We Are The War” są aż tak dobre, żeby otrzeć się o przymiotnik „doskonały”, ale jest kilka perełek. Podoba mi się, że muzycy absolutnie nie trzymają się łatki „thrash metal”. Gdyby zacząć odsłuch albumu od czwartego „Terror Games” to pewnie można byłoby uznać, że jest w tym więcej death metalu. Słuchając „dwugłosu” w kawałku „Little Boy” można odnaleźć trochę crossover’u (przypominającego TERRORDOME). Natężenie solówek gitarowych to pewnie 1,5/utwór co także nie wskazuje, żeby był to klasyczny thrash. Z wokalem też bywa różnie – raz usłyszymy wokal rodem z  TODAY IS THE DAY, innym razem szybkie thrash’owe okrzyki, a jeszcze innym razem wariacje na punkcie brutal death metalowego growlu.

Słowem… jest bardzo różnorodnie, ale jednocześnie materiał charakteryzuje się dojrzałością. To dopiero trzecia płyta zespołu z Wałbrzycha (założonego w 2009 roku), a już teraz odniosłem wrażenie, że IN THE NAME OF GOD wie czego chce, wie do czego dążyć. Kwintesencją moich wniosków jest utwór „Dark Days”, w którym osobiście odnalazłem niemalże „operowe” zacięcie. To znaczy, że przestrzeń jaką buduje ITNOG oraz podniosłość tego kawałkajasno sygnalizuje, że to nie może być przypadek.

Zawsze muszę się do czegoś przyczepić, ale tym razem nic konkretnego nie przychodzi mi do głowy. Poszedłbym sobie na ich koncert sprawdzić jak ten materiał brzmi na żywo, bo myślę że piekielnie trudno odtworzyć takie kompozycje. Zostawiam w takim razie ocenę 5,5/6 i idę szukać. [Vexev]

IN THE NAME OF GOD, https://www.facebook.com/ITNOGband,
https://inthenameofgod.bandcamp.com/releases;