INCANTATION, CHRIST AGONY, PANDEMONIUM, RELICT – 2.05.2011, Warszawa

2011.05.02_incantationDeath Metal Attack 2011:
INCANTATION, CHRIST AGONY,
PANDEMONIUM, RELICT

 
2.05.2011, Warszawa, „Progresja”

Już od rana szykowałem się na kolejne metalowe święto w Stolicy, jednak po dotarciu na miejsce świąteczny nastrój szybko minął. W oczy rzuciła się od razu mizerna frekwencja. Przy zwyczajowym browarku spożywanym przed koncertem w towarzystwie stałych bywalców „Progresji”, dowiedziałem się jednak, że nie jest najgorzej, bo około dwóch tygodni wcześniej na OBITUARY przyszło około 50 osób. Teraz, gdy ludzie zaczęli się schodzić, było 100-150 fanów.

Impreza zaczęła się tuż po 18-tej. Jako pierwszy na scenie pojawił się warszawski RELIKT. Zespół niezbyt długo działa na polskiej scenie, więc niewiele mogę o nim powiedzieć. Młodzi ludzie brak scenicznego obycia nadrabiają potężną energią i całkiem sporymi umiejętnościami. Prezentowana przez RELIKT muzyka nie jest może zbyt oryginalna (ot, po prostu brutalny death metal), jednak świetnie wkomponowali się w konwencję tego koncertu, na rozgrzewkę dostaliśmy porządnego kopa. Niestety publika się nie popisała i większość przybyłych wolała spędzać czas w sali barowej. Koncert pierwszego supportu obserwowało około 40 osób, a pod sceną szalał młyn złożony z 3 (słownie: trzech) osób. Po sztuce RELIKTu nastąiła chwila przerwy technicznej.

Na scenie spowitej mrokiem nagle rozbłysły pochodnie, pojawił się dym i… wszystko jasne. Swój koncert rozpoczęła jedna z najlepszych koncertowych polskich kapel. PANDEMONIUM, bo o niej mowa, to absolutnie polska ekstraklasa z pogranicza death/black. Już od rozgrzewki widać było kunszt i świetne zgranie muzyków. Na sali znajdowało się w tym momencie około 100 fanów, jednak pod sceną bawili się nieliczni (naliczyłem chyba z 8 osób). Na scenie szał. Mark i Michael trzepali piórami aż miło, także Paweł nie oszczędzał swej łysej dyni. Całości dopełniała potężna sieczkarnia Szymona. Jednym słowem potężna dawka energii, profesjonalizm w każdym calu i świetny kontakt z publiką. Tak właśnie wyglądał koncert PANDEMONIUM. Materiał przedstawiony przez łodzian był bardzo szeroki i zróżnicowany. Mogliśmy podziwiać kawałki ze wszystkich płyt zespołu, zarówno tych starszych, jak i „The Zonei” oraz najnowsze dokonania. Mieliśmy okazję zapoznać się z utworami z nadchodzącej płyty „piekielników” z PANDEMONIUM. Na ich podstawie można łatwo stwierdzić, w jak doskonałej formie się znajdują. Niejako na bis popłynęły utwory z niemal zapomnianego „Devilri” i cóż, to już niestety koniec. Od tego koncertu PANDEMONIUM zyskało w mojej osobie wiernego fana.

Następni w kolejce byli weterani z CHRIST AGONY. Przyznam, że byłem bardzo ciekawy, w jakiej formie znajduje się Cezar i jego brygada, tym bardziej, że nowa płyta ma się ukazać już niedługo. Widziałem CHRIST AGONY już kilka razy i niestety muszę stwierdzić, że warszawski koncert nie należał do najlepszych. Co prawda sala szybko się zapełniła, ale muzycy byli jacyś bez życia. Dobór utworów był doskonały, usłyszeliśmy wszystkie hity grupy, począwszy od najstarszych utworów z „Unholyunion”, przez „Moonlight”, po wspomnianą, już nagraną, a mającą się ukazać we wrześniu płytę „Nocturn”. Nagłośnienie trochę szwankowało i niestety instrumenty zlewały się często w trudny do ogarnięcia hałas. Jednym słowem o koncercie CHRIST AGONY można powiedzieć, że był poprawny, ale tylko tyle. Po zespołach tego kalibru mamy jednak prawo oczekiwać czegoś więcej.

Po kolejnej, krótkiej tym razem przerwie przyszedł czas na gwiazdę wieczoru – INCANTATION. Niewiele jest chyba zespołów, przez które przez 20 lat przewinęło się pół metalowej sceny amerykańskiej. Z obecnych lub byłych członków INCANTATION złożyłoby się z 15 innych kapel. Nawet Reyash z CHRIAT AGONY miał tam jakiś epizod. Ledwo muzycy wyszli na scenę, zaczęło się skandowanie „IMMOLATION, IMMOLATION” (kurwa, nie wiem skąd mi się to wzięło). Chłopaki wyglądali na zaskoczonych. Tylko John McEntee stwierdził z śmiechem, że IMMOLATION to już dla niego zamknięty rozdział…

Muzyka prezentowana przez INCANTATION to klasyczny old schoolowy brutalny death metal. Moim zdaniem, wraz z MASTER, wspomnianym IMMOLATION i SUFFOCATION, INCANTATION należy do absolutnych prekursorów gatunku. Przedstawione w Warszawie utwory to głównie materiał z czterech ostatnich płyt. Były więc utwory z „Blasphemy”, „The Infernal Storm”, „Decimate Christendom” oraz „Primordal Domination”. Muzyka piekielnie energetyczna, więc coraz więcej ludzi trzepało piórami. Na scenie też szaleństwo, tylko wielkość (a raczej niewielkość) sceny ograniczała McEntee`ego i spółkę. Nie było miejsca na jakiekolwiek kompromisy, ze sceny padał bezustanny potok wściekłości i diabelskiego jadu. Kto nie widział i się nie bawił, niech żałuje. Po jakichś 40-tu minutach chyba każdy miał już dość, a Amerykańcy nie dawali odpocząć nawet na chwilę. Fakt, byli trochę statyczni, ale i tak zastanawiałem się, skąd u dziadków tyle zdrowia. Wreszcie po około półtorej godziny koniec. Uff, wreszcie. Przyznam, że ogłuchłem na kolejne dwa dni, a kark napieprzał mi przez kolejny tydzień.

Podsumowując cały Death Metal Attack 2011, uznaję go za dość fajną i udaną imprezę. Były oczywiście minusy – „słynna’ warszawska publika to chyba największy z nich. Do największych plusów zaliczam rewelacyjny koncert PANDEMONIUM oraz to, że sobie odświeżyłem dyskografię IMMOLATION ha ha ha… No cóż, to tyle, do zobaczenia na Death Metal Attack 2012, mam nadzieję.

[Kuba]