INDOMITE Theater Of Life `12

Myśląc o Ameryce Południowej mamy przed oczyma dziki thrash, nieokrzesany black czy wulgarny, smolisty death metal. Chociaż jakby tak podumać, to powyższe przymiotniki można zamiennie dostawiać do każdego gatunku. A tu proszę, kolumbijski INDOMITE tworzy hybrydę będącą mieszanką heavy i power z jakimiś ciągotkami do gothic metalu. Brrrr! Powinno mną wstrząsnąć jak psem, co wpadł zimą do stawu. Twardym trza być, więc odpaliłem „Theater Of Life”. Za pierwszym razem po paru minutach złapałem się na tym, że w ogóle nie słucham tej płyty. Za drugim razem zacząłem się wgłębiać i wyłapywać do nieco. Co nieco, czyli fragmenty, które bądź mnie zainteresowały, budziły niesmak i znużenie (tych nieco więcej), tudzież nasuwały skojarzenie z innymi kapelami. Nie rozumiem, czemu ludziska nagrywają tak długie albumy, kiedy niektóre utwory wręcz zioną pustką i są sztucznie podtrzymywane przy życiu. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, iż członkowie INDOMITE sami chyba do końca nie wiedzą, czego chcą. Gdy już zaczną grać nieco agresywniej, to nagle przestają. Gdy uda im się zahaczyć o przebojowość, to z niej rezygnują. Boją się czegoś, czy ja czegoś tutaj nie rozumiem? Można nagrywać w tej konwencji zajebiste albumy, agresywne, jak HELLOWEEN, albo przebojowe, jak stary BLIND GUARDIAN, takie, które wwiercają się w pamięć. Tutaj pustka, nic. Przydługie intro przekształca się w instrumentalny kawałek „Threshold”. Po nim idzie „Pharaoh”, który ma fajny klimat, nieźle podłożone klawisze, lecz brak mu tąpnięcia, takiego powera, niepotrzebnie się rozmywa, zamiast po prostu trochę pomłócić. Dobry jest „Awaking The Gods”, dobry, bo krótki. Ale im kawałki są dłuższe, tym zaczynają się dziwne i niepotrzebne nikomu rzeczy dziać. A to jakieś przydługie i bezsensowne brzdąkanie na klawiszach i pianinku, równie bezsensowne popisy gitarowe, czy inne tego typu dyrdymały, jak wolne, nudne i sflaczałe granie w „Rain”. Brzmi to wszystko jak e-nta kopia po GAMMA RAY, HELLOWEEN, RHAPSODY i innych. Starsi pamiętają kasety video kupowane na rynku, zazwyczaj filmy na nich to była któraś kopia z rzędu, gdzie obraz się rozmywał, a najbardziej przejrzyste były dialogi. INDOMITE to tak mniej więcej wygląda, bo tu się też wszystko rozmywa, jak we wspomnianym „Rain” czy 12-minutowej etiudzie (przegięcie) „The Curtain That Will Never Fall” – też myślałem, że kurtyna na tym przedstawieniu nigdy nie zapadnie i będę musiał sam to wyłączyć! A, w niezłym utworze „Carnival Curse” słyszę mocno stare TURBO! Niestety potem jest ta wiecznie spadająca kurtyna. Wyciąć z minimum połowę materiału i z tego „Theater Of Life” fajny album by był, byłby. [von Mortem]

 

Indomite, www.myspace.com/indomitemedellin

Norse Music, www.norsemusic.no