INQUISITION Ominous Doctrines Of The Perpetual Mystical Macrocosm ’11

Doładowany śniadaniem w porze niemal obiadowej mogę dziarsko przystąpić do wygenerowania kolejnej notki na temat płyty, która zrobiła mi diablo dobrze. Metal to rozrywka dosyć tandetna, postronni jedynie śmieją się słysząc te dźwięki, słyszałem nawet raz krótkie podsumowanie brzmiące „darcie ryja to nie muzyka”. Tak czy srak, gatunków mamy w cholerę, każdy znajdzie coś dla siebie. A miłośników ciężaru nie brakuje. Tak samo jak ludzi, którzy zawszę chętnie nagrają jakąś mocną płytę. Można pomyśleć, że długi tytuł tego albumu ma odwracać uwagę od jego zawartości i przykuwać uwagę jedynie przepastnym ciągiem znaków. Gówno prawda jednakowoż, bo ostatnie dziełko Inkwizycji kryje w sobie pokłady zacnego black metalu. Wyklarowany w 1996 roku dwuosobowy skład tej formacji nagrał wszystkie longplaye istniejące w dyskografii kapeli. I choć nazwa istnieje sporo dłużej, bo stara jest tak samo jak ja, to jednak właśnie ów 96. można uznać niejako za przełom. Działający trochę w Kolumbii, później w USA panowie ostatnio wypluli obiekt, o którym tu właśnie mowa. Podoba mi się w nim przede wszystkim świetny, chłodny klimat. Prym wiedzie tutaj „Desolate Funeral Chant”, siedmiominutowy, wolny… Wrył mnie, spetryfikował, skurczybyk. I jeszcze ten skrzekliwy, czytelny wokal – świetna sprawa. Od początku nie mogę oprzeć się skojarzeniom z Immortal. A że kilka ostatnich nagrań Norwegów strasznie lubię, to nie dziwota, że Inquisition wciąga jak kibel. Zmiany tempa, atmosfera, brzmienie – naprawdę niczego tutaj nie brakuje. Po black metal często co prawda nie sięgam, ale od czasu do czasu pojawia się coś takiego na tym poletku, co trafia niechybnie w moje gusta i naprawdę powala. To właśnie jest jeden z takich albumów. Nie podejmę się powtórzenia jego tytułu, ale to, czy potrafi on się zapisać w pamięci, nie jest wyznacznikiem jakości muzyki, jakiej jest werbalnym reprezentantem. Miód.[soulcollector]

Inquisition, http://www.reverbnation.com/inquisition.