Internet – nowa religia czy masowa zaraza?

Internet – nowa religia czy masowa zaraza?

Czasami myślę, że internet zawojował świat niczym chrześcijaństwo dwa tysiące lat temu. Zjawisko to ma miliony wyznawców, którzy nałogowo wręcz przeszukują gigabajty bzdur, aby dać zarobić tym, którzy wiedzą, czym tak naprawdę jest internet. Nasuwa mi się na myśl analogia ze sługami bożymi, lecz choć każdy wie, że kościół jest doskonałą maszynką do robienia pieniędzy, wydaje się, że nikt jeszcze nie odkrył tej prawidłowości względem internetu, który jak narkotyk uzależnia od siebie i pozbawia ogromnej ilości szarych komórek, o mamonie już nie wspominając…
Nie, nie napiszę tutaj nic odkrywczego. Ot, spostrzegłem kilka rzeczy, które wydają mi się bardzo bezsensowne, albo…

Każdy z nas zauważył, jak podziemie zachłysnęło się internetem z miejsca adaptując go jako wręcz najlepszy środek przekazu. Często zaśmiecając jeszcze bardziej to wysypisko. Tak, uważam internet za wysypisko wszelakich odpadów, pierdnięć małoletnich umysłów i naciąganych interesów. Każdy zapewne zauważył, że w całym tym bajzlu może 5%, może 10% to rzeczy godne uwagi. Reszta to śmieci, którymi zresztą zapchana jest nie tylko sieć, ale wszystko dookoła, począwszy od reklam, na stronach z gołymi pizdami i audiotele skończywszy.

Często siedząc w kafejce zastanawiam się, po jaką cholerę wymyślono takie debilstwo jak chat. Czy po to, aby fani Big Brother czytali jak to „Grzegorz na czacie unikał odpowiedzi na pytania dotyczące uczuć do Karoliny, a nawet stwierdził, że najbliższą mu kobietą była Manuela” (Angorka z 13 maja 2001 r.)? O matko… Przecież nikt tam nie jest sobą, a gdy widzę siedmiolatka wypisującego, że jest 25-letnią sexbombą, to boki bolą mnie od śmiechu. Nie widzę najmniejszego sensu, ani w udawaniu kogoś innego, ani tym bardziej w udzielaniu odpowiedzi na głupie pytania od głupich ludzi przez sztucznie lansowane, nic nie warte gwiazdki typu ludzi z domu Wielkiego Brata. I jakoś nie chce mi się wierzyć, że ten kto wpadł na pomysł chat`u, miał taki szczytny cel, żeby umożliwić ludziom bezpośrednią dyskusję nad „jakże ważnymi i mądrymi tematami”. Owszem, nie negowałbym tego typu rozwiązania, gdyby ludzie umieli je wykorzystać, ale skoro zaczęły się w to bawić dzieci udające dorosłych… Tak samo zresztą nie widzę sensu w płaceniu kilku złociszy, aby w kafejce zagrać sobie w Milionerów, co też zresztą można zrobić przez internet.

Oczywiście zgodzę się, że każdy ma inny system wartości i gdy dla mnie strony z mangą są po prostu śmieciem, dla innych strony z metalem mogą być tym samym. I czasem tak jest…

ImageNiestety, ale duża część stron opisujących zespoły metalowe, nie tylko z polskiego podziemia, przedstawia najwyżej taki sobie poziom. Często prócz biografii, paru zdjęć, logo i kilku słów o demówce nie ma nic na takiej stroniczce szumnie nazywanej official homepage. Często myślę sobie, po jaką cholerę błaźnić się taką stroną, kiedy zamiast przyciągać, odpycha ona potencjalnych zainteresowanych od danej kapeli. Na palcach można zliczyć naprawdę dobrze zrealizowane strony takich kapel jak np. BEHEMOTH czy MARILYN MANSON, gdzie znaleźć można masę wiadomości, zdjęć, plików mp3, teledysków czy też chociażby tekstów, wywiadów, wieści i innych takich. Takie strony świadczą o tym, że komuś jednak zależało, aby zrobić wrażenie, a tym samym w jakiś sposób przyciągnąć ludzi do danego zespołu. I chociaż najczęściej, w przypadku zespołów formatu MARILYN MANSON ma to podłoże finansowe czyli komercyjne, mi to nie przeszkadza. Wali mnie to. Przynajmniej można na czymś oko zawiesić. Promocja wielu kapel w sieci jest dumna, lecz mało warta. Ktoś powie: „właściwie u nas to wszystko jeszcze raczkuje, więc bądźmy cierpliwi i nie zestawiajmy od razu stron kapel podziemnych z witrynami takiego MANSONa”. Owszem, może i przesadziłem z tym MANSONem, ale porównajcie stronę ASGAARD, na której oprócz tekstów, zdjęć, biografii, news’ów, linków, opisów płyt (dwóch), recenzji, wywiadów, mp3 i ciekawej oprawy graficznej można znaleźć nawet wyjaśnienie znaczenia i pochodzenia nazwy zespołu; lub stronę LUX OCCULTA i VIA MISTICA ze stronami np. INSOMNII czy DREAM, które – co tu ukrywać – od strony wizualnej są niezbyt przyciągające, a i nie tak rozbudowane. I trzeba tu powiedzieć, że zarówno ASGAARD jak i DREAM mają po trzy materiały na swoim koncie (w tym momencie nieważne jak się je zwie: demo czy płytą).

Jak na razie wszyscy zachłysnęli się internetem i starają się, tak mi się wydaje, naprodukować jak najwięcej bezsensownych stroniczek, aby tylko pokazać, że oni też potrafią, że są cool. Pierdzę na to cool, skoro wchodząc na taką stronę nie wynoszę z niej nic więcej od tego, co już wiem z papierowej biografii. Czy to jest śmieszne? Jeszcze przed chwilą myślałem, że tak, ale teraz, gdy to piszę, myślę, że jest to co najmniej powód do zastanowienia się dla niektórych webmasterów. Albo powód do płaczu…

Wiele też słyszałem narzekań na polskie ziny internetowe. Większość zarzutów dotyczyła albo napuszonego tonu wylewającego się ze stron tych webzinów, albo dyletanctwa i nieznajomości podstawowych rzeczy związanych z metalem, podziemiem, robieniem zina przez młodzików i tym większym ich oburzeniem na krytykę (w skrajnych przypadkach kończących się na zbluzganiu krytykującej – tak się składa, że powszechnie uznanej w podziemiu – osoby). Są też tacy, którzy twierdzą, że ziny internetowe wypaczają pojęcie zina jako gazetki promującej takie młode zespoły, „które nie nagrywają co roku płyty i nie stać ich na pakiety promocyjne dla firm (…)”. Tymczasem te „ziny zamieszczają wywiady z DARK FUNERAL, VITAL REMAINS, SATYRICON, VADER. Te zespoły można znaleźć w co drugim oficjalnym periodyku, więc owe ziny internetowe powinny całkowicie zająć się rynkiem oficjalnym, a nie rżnąć głupa w podziemiu, co to oni nie potrafią.
Tak, takie dochodzą mnie słuchy, więc raczej nie żałuję, że do tej pory nie odwiedziłem żadnego z tych inter-zinów, choć zapewne kilka z nich nie pasuje pod żadnym względem do owych zarzutów. Dlatego też bez nazw, aby nie wywyższać, ani nie poniżać tych, którzy na to nie zasługują, tym bardziej, że takie dochodzą mnie tylko słuchy i sam tego nie sprawdziłem i nie sprawdzę. Wolę papierowe ziny i muszę się przyznać, że nawet te periodyki, które egzystują w obydwóch tych formach, znam tylko z tej makulaturowej wersji. Ale nie sądzę, aby taka „Magivanga” czy „Horna” zasłużyły sobie kiedykolwiek na bluzgi. Są zbyt dobre w tym, co robią, a i ludzie je tworzący pod kopułką mają poustawiane. Zresztą ja nie słyszałem żadnego złego słowa na ich temat. Ale co sądzić o innych, skoro znajomi podsyłają mi wycinki z różnych zinów, które mówią same za siebie. Oto fragment jednego z takich e-maili. „Poczytaj sobie Paweł te internetowe ziny, to już w ogóle koszmar. Napisz w księdze gości, że to syf, a kolesie cię zrugają, że jak się nie podoba, to zamknij mordę i wypierdalaj, albo sam coś zrób hehe… Polecam Wyrocznię, syf jakich mało, a goście mają o sobie takie pojecie, ze gacie opadają (http;//www.wyrocznia-zine.prv.pl)”.

Skoro wymieniam wady internetu, powinienem też wymienić jego zalety. Tak, niezaprzeczalnie internet ma swoje zalety. Błogosławieństwem jest dla mnie poczta elektroniczna. Obecnie w większości z niej korzystam. Właśnie to uważam za największą zaletę internetu. Dla mnie najważniejsze jest to, że jest ona tańsza od tradycyjnej. W przeciągu pół godziny mogę wysłać w kafejce wszystkie przygotowane w domu e-maile i napisać jeszcze kilka słów do kogoś na miejscu. Drugą zaletą związaną z e-mail jest szybkość internetu (choć nie zawsze, raz wszedłem na internet u kumpla w domu przez zwykłą sieć telefoniczną, w ciągu pół godziny otworzyliśmy tylko jedną marną stronkę…) – w „gardłowych” sprawach jest ona nieoceniona. Trzecią istotną rzeczą jest także łatwość dostępu i jeśli ma się tylko odpowiednie adresy, to grzebanie po internecie może okazać się nader owocne. Co prawda czasem można znieść jajko, gdy wchodzi się na jakąś zagraniczną stronę (np. do tej pory nie udało mi się wejść na stronę zespołu DEVILEECH z Portugalii).

No i na koniec wymienię jednak dostęp do różnych materiałów. Faktem jest, że chodząc po stronach internetowych najczęściej mam tylko korzyści w postaci paru jpg`ów akurat potrzebnych mi do zina. Przyznam więc, że mam teraz o wiele mniej rzeczy do skanowania. Jednak te zalety nie zmienią mojego zdania o internecie jako całości. Jest to śmietnik, w którym jednak, gdy się wie, czego szukać, można znaleźć coś konkretnego.

No cóż, użytkownikiem sieci jestem od niedawna, a już mam o niej tak złe zdanie. Ale czy staż ma tu jakiekolwiek znaczenie???

[Paweł]