IRON MAIDEN Book Of Souls `15

2xCD/LP `15 (Parlophone)
Ocena: 6/6
Gatunek: heavy metal

Nie ukrywam, gdy tylko dowiedziałem się, że IRON MAIDEN zdecydowali o wydaniu podwójnej płyty, pomyślałem: „Aha, mam ich! Chyba im dowalę, zanosi się na niestrawność w stylu „Nostradamus” JUDAS PRIEST”. Układałem sobie w głowie inwektywy, którymi obdarzę Steve’a Harrisa i kolegów. Z krwawiącym sercem, miałem „zjechać” ukochaną kapelę. I jak na złość, a może na szczęście – całą koncepcję trafił szlag. Po pierwszych taktach utworu otwierającego album „Book Of Souls” instynktownie odpuściłem. Początek płyty kompletnie mnie zaskoczył. „If Eternity Should Fail”, z introdukcją w stylu starego RAINBOW, najzwyczajniej w świecie mnie uwiódł. Utwór jest niezwykle klimatyczny, miarowy, ciężki – z „lotną premią” w środku i demoniczną recytacją Bruce’a w kodzie na tle klasycznych gitar – cudo! Najlepszy „otwieracz” Maidenów od lat. Potem singlowy „Speed Of Light” (daleki krewny „2 Minutes To Midnight”) i wchodzimy na otwarte wody oceanu. Kolejny numer „The Great Unknown” to typowy Maidenowy „żaglowiec”, z którym wpływamy w ową oceaniczną, muzyczną przestrzeń. Tak, „Book Of Souls” to album – ocean. Ocean będący muzyczną wypadkową starych patentów Maiden, ze świeżością solowych produkcji Dickinsona. W każdej nucie, słowie, czuć oddech Bruce’a. Krążek – poza wyjątkami w postaci „The Red and The Black” – Harrisa czy dość mocnego numeru tytułowego duetu Gers/Harris – to jego płyta! Zespół po raz pierwszy od niepamiętnych czasów znalazł klucz do pogodzenia ekspresji muzycznej tandemu Dickinson/Smith z majestatycznością geniuszu kompozytorskiego Steve’a Harrisa. A może prawda jest kompletnie inna? Może to Steve wreszcie zrozumiał, że IRON MAIDEN to nie tylko on? Wielkim plusem „szesnastki” jest jej brzmienie. Gdy w samych superlatywach mówię o postawie Dickinsona, nie mogę pominąć roboty Kevina Schirleya. Facet, który robił płyty największym artystom globu, w moich oczach nie sprawdzał się jako producent płyt IRON MAIDEN. Jednak na „Book Of Souls”, po latach, odnalazł receptę na właściwe brzmienie Maiden. Album oscyluje między ostrością ostatnich solowych poczynań Dickinsona, a typowymi odcieniami progresywnych produkcji a’la RUSH. Nie będę Was zanudzał bezproduktywnymi charakterystykami poszczególnych numerów, jednak nie mogę pominąć finałowej kompozycji. Mowa o kolosie „Empire Of The Clouds”. Utwór opowiada tragedię brytyjskiego sterowca. Zaczyna się delikatnie, jak poetyckie kompozycje Loreeny McKennitt (tak, wiem, co piszę), by w mgnieniu oka przekształcić się w istną heavymetalową symfonię. Dickinson, niczym rockowy Mozart, wprowadził w nim kilka tematów muzycznych, którymi umiejętnie się bawi. Największą maestrią wykazał się przemycając w majestatycznych gitarach sygnał SOS! „Empire Of The Clouds” to mistrzostwo, godne muzyki klasycznej. „Księga Dusz”, mimo tak pokaźnej ilości muzyki, nie męczy. Wręcz przeciwnie. Album przepływa przez słuchacza z witalnością górskiego strumienia. Jeżeli ma to być ostatnia płyta w dorobku IRON MAIDEN – niech tak będzie! [Sebass]

Iron Maiden, www.ironmaiden.com
Parlophone, www.parlophone.co.uk