IRON MAIDEN, Łódź, Atlas Arena, 03.07.2013

iron maiden

IRON MAIDEN, ŁÓDŹ, ATLAS ARENA, 03 VII 2013

Na ten moment czekałem z utęsknieniem bite siedem miesięcy. Bilet zakupny w łódzkim „Empiku”, w „Galerii przy Piłsudskiego” oczekiwał w kopercie pocztowej, gdzieś w otchłani sekretarzyka. Leniwie upływały kolejne miesiące, tygodnie, dni oraz godziny odliczane do koncertu największej grupy heavymetalowej świata. Koncertu w „mojej Łodzi” oddalonej jedynie o 15 km drogi od rodzinnych Pabianic(…)

„Ajroni” grali już tutaj dwukrotnie, w 1984 i 1986 r. Ten „trzeci raz” miał okazać się najbardziej imponującym – jednak nie wyprzedzajmy faktów.

W końcu nadeszła ta wiekopomna chwila, środa, trzeci lipca 2013, o godzinie 14:40 wraz z ojcem – pojechał z czystej ciekawości – wyruszyliśmy w kierunku pabianickiego Dworca PKP. Już po kilku minutach drogi oczekiwaliśmy na przyjazd pociągu linii InterCity, który to na peronie Nr II miał się pojawić dokładnie o 15:04. Pociąg, podobno pospieszny (sic!) spóźnił się o całe 20 minut, jak się okazało – „nowoczesny międzymiastowiec” pamiętał chyba epokę Edwarda Gierka.

Na szczęście w przypisanym nam wagonie napotkałem panów oraz panie
w koszulkach wiadomego zespołu, zmierzających w jedynie słusznym kierunku. Po około 20 minutach średnio komfortowej przejażdżki dotarliśmy na teren Dworca Kaliskiego, mieszczącego się nieopodal Atlas Areny, w której tego wieczora mieli zagrać Brytyjczycy.

Do otwarcia bram obiektu pozostawały ponad dwie godziny, które wraz
z moim rodzicielem spędziliśmy owocnie na konwersacjach, okolicznych rekonesansach, tudzież smakowaniu specjałów miejscowej jadłodajni (frytek z „garnuszka” nie polecamy!). Widywaliśmy także tłumy jednolicie umundurowanych zwolenników wiadomej formacji.

W końcu nadeszła „godzina wymarszu” – około 18:30 znaleźliśmy się na terenie parkingów znajdujących się w pobliżu Atlas Areny. Rzesze fanów z Łodzi i pozostałych miast Polski zdążyły już wypełnić okolicę. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, ileż to ludzi zjechało się specjalnie na ten wieczór. Oczywiście rzucał się w oczy charakterystyczny wystrój z dominacją czerni i wszelkich możliwych wariantów maskotki zespołu – EDDIE’go, wiele do myślenia dawała także analiza przedziału wiekowego licznie zebranych widzów: małe dzieci, ich rodzice, dziadkowie i młodzi ludzie w przedziale (13 – 35 lat). Tak, to już niemal czwarta generacja fanów kultowych „Ajronsów”.

Wśród oczekujących na występ nie brakowało osób wyposażonych w tekturowe tabliczki z napisem „Kupię Bilet”. Również deklarujących graniczną kwotę, którą fan-gapowicz byłby skłonny wyasygnować na zakup wejściówki. Cóż – pula docelowa (13,500) skończyła się wczesną wiosną. W pamięć zapadł mi widok kilkunastoletniego fana dzierżącego ręcznie malowany obraz z ilustracją znaną z albumu „Live After Death”(1985) – nota bene, pomysłowy sposób na gromadzenie funduszy, czy uwieńczony sukcesem (?), niestety nie wiem.

Po wejściu na teren sali, pozytywnej weryfikacji naszych biletów oraz kontroli wyprowiantowania, wraz z rzeką fanów udaliśmy się w kierunku stoiska z oficjalnym marchendis’em. Było w czym wybierać: kilkanaście wzorów oryginalnych koszulek, bluzy, flagi, postery, naklejki, kartonowe kubki, bandamy, chusty, tudzież rozkładany folder – plakat robiący za tour program. Przystępna cena (20 PLN) skutecznie przekonała mnie do zakupu.

8462_568995436484150_1033877684_nWejście na widownię zajęło nam trochę czasu. Musieliśmy pokonać strome, betonowe schody, pozbawione bocznej poręczy o dość wąskich stopniach. Nie jest to najszczęśliwsze rozwiązanie, bowiem nieoznakowane rzędy fotelików (około czterdziestu), trzeba było sobie policzyć (serio). Dało się również zauważyć mnóstwo osób wałęsających się zapamiętale

w poszukiwaniu właściwego miejsca, trochę żenada.

Kiedy w końcu zajęliśmy nasze miejsca korona areny była wypełniona dopiero
w 30%, natomiast ogromna płyta w około 70%. Widzów sukcesywnie przybywało, nasz wzrok przykuła ogromna estrada ustawiona w głębi płyty. Na jej skrzydłach, wysoko w górze, zawieszono dwa telebimy. Całość robiła imponujące wrażenie – nie mogło być inaczej, skoro sprzęt przyjechał aż trzynastoma czterdziestotonowymi TIRami a przy montażu sceny zatrudniono ponad 100 osób obsługi! Była to zaledwie zapowiedź wspaniałej audio-wizualnej uczty.

Punktualnie o 19:25 na estradzie zainstalował się support – VooDooSix. Muszę przyznać, że panowie z VD6 zaprezentowali czterdziestominutowy recital bazujący na programie swojej debiutanckiej płyty „Music To Invade The Lands”(2013). Sprawnie wykonany hard rock / metal oparty o najszlachetniejsze, brytyjskie wzorce – wywarł pozytywne wrażenie na zgromadzonych fanach. Wokalista formacji kokietował widzów „łamaną polszczyzną”, co wzbudzało zrozumiały entuzjazm. Grupa dysponowała nawet własnym wystrojem estrady.

VD6 to zdecydowanie „strzał w 10” w kategorii najlepiej przyjętych zespołów rozgrzewających. Przełomu w muzyce raczej nie dokonają, niemniej mogą zawsze liczyć na zacne miano „zdolnych rzemieślników”.

Punktualnie o 20:05 rozpoczęły się intensywne przygotowania do występu gwiazdy wieczoru. Na estradzie częściowo przesłoniętej kotarami, pojawili się techniczni Iron Maiden, zaś Atlas Arena wypełniała się całymi legionami fanów, wędrujących tłumnie na płytę
i kolejne rzędy trybun. Z potężnych głośników dopływały dźwięki klasyków ZZ Top, Ozzy’ego Osbourne’a, Judas Priest, Van Halen, Deep Purple, Whitesnake czy Black Sabbath.

bvghhhZgromadzeni fani zachowywali się niezwykle kulturalnie a w powietrzu wyczuwało się naelektryzowaną aurę ogromu ekscytacji oraz oczekiwań. Podczas samego koncertu łódzka publiczność pokazała, co to znaczy gorące przyjęcie!

20:40 z głośników dobiega znane nam intro: „Doctor, Doctor” UFO. Wypełniona do granic możliwości Atlas Arena (około 15,000 widzów) wybucha wrzaskiem tysięcy gardeł! Wiadomo, iż za kilka minut rozpocznie się wielki spektakl.

20:45 na telebimach pojawia się film ukazujący epokę lodowcową. Ogromna aparatura nagłaśniająca (150,000 Watt) wyrzuca tysiące dźwięków – słyszymy orkiestrową introdukcję „Dancing With The Knives”. Areną wstrząsa ryk: „Maiden! Maiden! Maiden!” – błyska główna rampa świateł, słyszymy znane nam słowa: „Seven Deadly Sins, Seven Ways To Win, Seven Are Your Paths To Hell And Your Trip Begins” – oczywiście odśpiewane chóralnie przez kilkanaście tysięcy widzów.

Na telebimach towarzyszy im kolejna wizualizacja, tym razem utrzymana
w konwencji okultystycznej. Klawiszowe intro, kontrapunktowane przez cięte uderzenia gitar – scena dosłownie eksploduje – muzycy wybiegają na estradę. Tak oto rozpoczął się utwór „Moonchild”.

W głębi estrady widnieje olbrzymie tło panoramiczne, częściowo podświetlane przez dwadzieścia punktowych lamp umieszczonych w „latających krach”, ozdobiona arktycznymi motywami estrada ożywa. Potężne rampy ze światłami ułożone w swoisty „plaster miodu”, unoszą się pod sklepienie hali. Z dystansu przypominają górującą nad zgromadzoną widownią, błękitno – białą czaszę lodowca.

hujjBruce Dickinson w stylowym, ozdobionym przypinkami surducie biega jak opętany (nomen omen) po górnym podeście sceny – jest niesamowicie głośno i niestety mało selektywnie. Dominuje bas, perkusja oraz potężny glos wokalisty, jednak w miarę jak Iron Maiden brnęli w głąb prezentowanego repertuaru akustyka ulegała poprawie. Trudno powiedzieć, gdzie tkwiła przyczyna nienajlepszego brzmienia, być może nie poradził sobie nowo-zatrudniony inżynier dźwięku, aczkolwiek Atlas Arena do najlepiej brzmiących obiektów w Polsce również nie należy(…)

„2 Minutes To Midnight” znów zmienia się tło, wspaniale wykonanie oraz reakcja widowni, wiadomo – wszak to klasyk nad klasykami. Zagrali oczywiście „Can I Play With Madness”, znów zmiana wystroju, uderzają potężne fontanny iskier oraz blasty dymu, rampy świateł wędrują w różnych kierunkach estrady, „The Prisoner” – oglądamy fragmenty brytyjskiego serialu z lat ’60-tych XX w. Publiczność w ogromnej mierze wyręcza Dickinson’a.

Kolejny evergreen – „Wasted Years”, wspaniała gra świateł – widownia szaleje, muzycy dają z siebie 120% możliwości. Jest również potwornie głośno, niestety – mało selektywnie. Tymczasem Bruce Dickinson wspomina dawne czasy, nie zabrakło również nawiązania do pierwszych występów zespołu w Łodzi. Słynny frontman zawiesza rzuconą przez widzów polską flagę na ramieniu Janick’a Gers’a, którego próbował nawet nakłonić do wypowiedzenia kilku polskich słów, bezskutecznie. Lukę tą z naddatkiem wypełnił sam Bruce, bowiem słowa „Polska, Łódź, Dziękuje, Razem” co i rusz dobiegały z estrady, atmosfera koncertu jest absolutnie rewelacyjna.

W pamięć zapadał jak zawsze „The Trooper” – w tle klasyczna ilustracja z 1983 roku, Bruce szarżuje w uniformie kawalerzysty (Trooper’a) z czasów „Wojny Krymskiej”, dzierżąc ogromne flagi UNION JACK. Fantastyczna gra świateł, widownia wtóruje zaś na telebimach oglądamy czarno-białe sceny batalistyczne, znane z teledysku. Magia!

Przyszła pora na chwilę wytchnienia: „Afraid To Shoot Strangers”. W tle błękitny horyzont, scenę zasnuwa dym, przestrzeń areny lustrują rewelacyjne światła – rzutniki, na telebimach znów dokumentalia, tym razem z czasów „Pustynnej Burzy”.

Nie zabrakło legendarnego „Phantom Of The Opera” – Atlas Arena eksploduje, na estradzie co i rusz buchają siedmiometrowe (znów siódemka) płomienie. Dickinson symuluje odpalanie kolejnych jęzorów ognia, w tle EDDIE – Upiór w wersji z singla 1985
i jakże fenomenalne wykonanie! To trzeba zobaczyć, tego trzeba doświadczyć, słowa nie wystarczają(…)

Fani usłyszeli również słynny „Run To The Hills”. Oglądamy klasyczny obrazek
z singla (1982), podczas wykonywania tegoż hitu na scenę wkroczył ruchomy EDDIE – Sierżant i w asyście fontanny iskier, wywijając szabelką przemierzył estradę. Publiczność ogarnia ekstaza, na telebimach kolejne przebitki retro – tym razem widzimy komediową wersję walki z Indianami, znaną nam z teledysku do niniejszego utworu.

„The Number Of The Beast”, mały problem z introdukcją, publiczność pomaga deklamując znane słowa „Apokalipsy św. Jana”. Na ekranach znów przebitki z klasycznego video – tym razem pirotechnika wręcz zdominowała ten standard. W głębi sceny ogromne ślepia bestii (dokładnie te same co podczas trasy 2011), na specjalnym podnośniku wyjechała trzy-metrowa statua Rogatego (argument dla Ojca Rydzyka – na koncercie metalowym pojawił się szatan!), zaś widzowie wylewają z siebie siódme poty! Miazga totalna!

Swego rodzaju przerywnikiem okazał się „The Clairvoyant”, z kolejną zmianą ilustracji za sceną i małą wpadką Steve’a Harris’a w introdukcji. Zaraz po nim czekała nas prawdziwa perełka owej trasy, klasyczny utwór tytułowy z albumu „Seventh Son Of
A Seventh Son”(1988).

Już dla tych dziesięciu minut warto było zapłacić za kartę wstępu każdą cenę. Ale – po kolei. Klawiszowe, niezwykle podniosłe intro, scenę zalewa błękitno-zielone światło, na tle panoramicznej płachty z „Grim Ripperem” pojawia się ogromny posag EDDIE’go – Proroka, dzierżącego wielkie pióro oraz imponującej wielkości szklaną kulę, zamocowaną na otwartej księdze. Widok – monumentalny. Podczas refrenów pojawiają się dyskretne efekty laserowe.

Zdjcie0207Dickinson wolno, majestatycznie przechadza się w długim, czarnym trenczu po górnej rampie sceny, przypominającej kształtem ogromną podkowę. Ma też nową fryzurę, charakterystyczny, napoleoński „dead-lock” opadający na czoło.

Śpiewa wspaniale a z nim kilkanaście tysięcy ludzi. Podczas recytowanego interludium w połowie utworu – dzieją się cuda. Z prawej strony estrady wyjechały srebrne, imponujące organy, scenę zasnuł dym, zaś kończąc wolno recytowane strofy: „So it shall be written / So it shall be done”, wokalista „odpalił” ogromne świece gromniczne – ulokowane odpowiednio na lewym i prawym skrzydle podeście. Zgromadzonych przeszły przysłowiowe „ciarki”.

Najlepsze ciągle było przed nami. Wraz z nastaniem części instrumentalnej rampy świetlne oraz estrada – rozbłyskują setkami różno – kolorowych blastów, buchają jęzory ogni, publiczność omiatają wielokolorowe snopy świateł. Doprawdy, spełnienie wizualnych fantazji każdego fana.

Niemal z marszu „Ajroni” grają „Fear Of The Dark”. Nie muszę rozpisywać się nad emocjami, jakie od ponad 20 lat wzbudza ten hymniczny klasyk. Publiczność wtóruje muzykom nawet do linii melodycznych w partiach instrumentalnych. Dickinson
w fenomenalnej formie. Klasyk!

Na tym jednak nie koniec. Bruce nawołuje: „Screeeam For Me Łódź!”, „Screeeeam For Me Łódź!” – oczywiście „danie firmowe”, czyli nieco punk-rockowe „Iron Maiden”.
W głębi estrady rewers okładki “SSOASS”(1988), na czterech podnośnikach wyjechały ogromne, lodowe rzeźby EDDIE’ch, szaleją światła, publiczność śpiewa razem z wokalistą.

W połowie kompozycji zza perkusji wyłoniła się ogromna wersja EDDIE’go z okładki albumu „SSOASS”(1988) w wersji 3D! W pewnym momencie z mózgo-czaszki stwora buchnęły płomienie, maszkara podryguje oraz obraca głową, w której zamontowano czerwone reflektory punktowe. Podryguje również płód ukryty w ogromnej macicy, trzymanej (jak na kultowej ilustracji albumowej) w dłoni EDDIE’go! Wszystkiemu towarzyszy orgia świateł oraz niesamowita pirotechnika. Szok, oczopląs gwarantowany!

Po kilku minutach przerwy przyszedł czas na bisy. Dobiega nas ryk samolotowych silników, to myśliwce RAF’u. Słychać też znajomy wszystkim głos, to „Churchill’s Speech” znane z koncertowego „Live After Death”(1985). Odezwie Winston’a Churchill’a towarzyszy projekcja archiwalnych ujęć z 1940 r. Wielka Brytania przygotowuje właśnie się do odparcia ataku hitlerowskiego agresora. Tak, przed nami „Aces High”. Dickinson w pilotce z II WW, w tle reprodukcja ilustracji z klasycznego singla i (znów) niesamowite efekty pirotechniczne, odpalane w sukurs za komendami wykrzykiwanymi przez Bruce’a: „Rolling! Diving! Screambling!”

W efekcie odnosimy wrażenie, iż właśnie Iron Maiden biorą udział w autentycznej batalii, potęgują je archiwalne przebitki wyświetlane na telebimach. Obserwujemy autentyczne ujęcia z walk powietrznych nad Anglią! Doprawdy – lekcja historii przy akompaniamencie heavy metalu i to z petardami. Efekt edukacyjny – osiągnięty!

Następny w kolejce „The Evil That Men Do” (oczywiście nie mogło zabraknąć kolejnego wariantu tła „z epoki”) – przetoczył się przez ośrodki słuchowe kilkunastu tysięcy fanów niczym tornado. W końcówce wielokolorowe race rozświetliły przestrzeń nad sceną. W tym momencie mój sąsiad pozwolił sobie na mało wyszukany komentarz: „Rammstein, k…a”!!! W sumie nie bez racji.

Przyszedł czas na grand finale. Ostatnim utworem zaprezentowanym tego wieczora był klasyczny, pierwszy singiel z 1980 r. „Running Free”. W tle ukazała się reprodukcja posteru reklamującego trasę „Maiden England 2012/13”. EDDIE’mu i jego oddziałowi „szkieletorów” skrzą się ślepia zaś białe światła lustrują bezkres hali. Publiczność śpiewa cały tekst. Dickinson w sobie tylko właściwym stylu prezentuje poszczególnych muzyków, nie zabrakło chóralnych zaśpiewów z publicznością – „I’m Running Free, YEAH!”. Bruce znów ubrany jest inaczej – po sznurowanej kamizelce przyszedł czas na czarny t-shirt z nadrukiem.

„Biegnąc Wolnym” dobiega (tytularnie) końca. Błysk setek świateł, finałowy blast pirotechniki i muzycy powoli opuszczają estradę. Przygasają nieco rampy jupiterów, jednak
wciąż w tle widzimy wspomnianą ilustrację. Sektory powoli pustoszeją a gdy po kilku minutach zapalono główne oświetlenie Atlas Areny i z głośników popłynęło montypythonowskie: „Always Look At The Bright Side Of Life” – zrozumieliśmy, iż to już definitywny koniec! Trzeba wracać do rzeczywistości.

Podsumowując – jeden z tych koncertów, które uczestnikom zapadną w pamięć do końca życia. Zwłaszcza tym, który zobaczyli Iron Maiden po raz pierwszy. Dwie godziny uczty z wytrawnym, metalowym winem. Jedynym mankamentem okazał się zdecydowanie zbyt mało selektywny, przesterowany dźwięk. Nawet mój 69-letni ojciec był absolutnie zachwycony tym koncertem! Właśnie, twórczość Brytyjczyków z łatwością przełamuje dolne oraz górne bariery wiekowe kolejnych generacji i to od wielu już lat!

Iron Maiden to nie jest tylko muzyka, to zjawisko kulturowe, grupa mająca trzy lub nawet cztery pokolenia fanów. Zdecydowanie jest to jeden z najlepszych zespołów koncertowych w historii. Przecież nie przypadkiem są laureatami niezliczonej liczby nagród oraz wyróżnień – również w Polsce!

Niestety, nie uczestniczyłem w koncercie na Ergo Arenie w Gdańsku/Sopocie, który miał miejsce dzień później (4 lipca). Według naocznych świadków – był równie udany ze wskazaniem na nieco czytelniejsze brzmienie. Rzesze fanów w Polsce już czekają na powrót „Żelaznej Dziewicy” do RP, oby nastąpił możliwie szybko. UP THE IRONS!!!

Rafał Dłużyński