IRON MAIDEN, MOTORHEAD, MASTODON, VOLBEAT … – 10.06.2011, Warszawa

Sonisphere2011_poster_800Sonisphere Festiwal 2011:

Scena A: IRON MAIDEN, MOTORHEAD, MASTODON, VOLBEAT, DEVIN TOWNSEND PROJECT, KILLING JOKE

Scena B: HUNTER, CORRUPTION, MADE OF HATE, LEASH EYE, CHASSIS

10.06.2011, Warszawa,
lotnisko Bemowo

Na lotnisko Bemowo przybyłem tuż przed godziną 13-rą, więc musiałem trochę poczekać, aż wpuszczono mnie na teren festiwalu. Pierwsze wrażenia? Tysiąc ludzi na imprezie, która powinna liczyć koło 50 tyś? Niestety tak to wyglądało na początku. Po jakimś czasie ludzie zaczęli się schodzić i zajmować miejsca przed sceną. Część z nich oblegała stoiska z merchem kapel, które dzisiejszego dnia miały się zaprezentować przed polską (i nie tylko) publicznością. Ale każdy w sercu z niecierpliwością czekał na pierwsze dzięki wydobywające się z gitar i innych instrumentów.

Pierwszy zaprezentował się KILLING JOKE. Jeśli mam być szczery, to był to najsłabszy występ polskiej edycji Sonisphere. Wokalista wyszedł w wojskowym kombinezonie i „śpiewał” tak, jakby stracił głos. Reszta kapeli była niezauważalna i przyćmiona przez wokalistę. Bardzo się zdenerwowałem, gdy śpiewak zaczął mówić, jak to bardzo Ameryka nas kocha i gdy wybuchnie wojna, pierwsi pójdziemy do odstrzału. Przyjechał nas obrażać?

Pora przenieść się na Scenę B, gdzie natychmiastowo pojawiła się kapela, która zajęła II miejsce podczas konkursu w Antyradiu. Nazywa się CHASSIS i zaprezentowała kawał dobrego hard rocka połączonego ze stonerem.

Następnym artystą na scenie głównej był DEVIN TOWNSEND PROJECT. Nie przepadam za muzyką graną przez tego artystę. Nie będę się długo wypowiadał na temat muzyki oraz owijał w bawełnę, że jak to nie było fajnie. Po prostu to nie dla mnie.

Na scenie B pojawia się grupa LEASH EYE. Szybko, potężnie, na temat. Krótki, zabójczy set.

Teraz czas na pierwszą gwiazdę, w moim mniemaniu. Na scenie pojawiają się panowie z VOLBEAT. Pierwsze słowa do publiczności „We are IRON MAIDEN from Dennmark. Okay, we are VOLBEAT from Denmark”. Super wypadły ich największe hity jak „Sad Man’s Tongue” czy „Fallen” z ostatniej krążka. Do zabawy przyciągnął ludzi szalony i zagrany z niebywałym polotem „Radio Girl”. Lider zespołu, a zarazem wokalista Michael Poulsen miał wyśmienity kontakt z publiką, której w sumie nawet nie było trzeba mocno namawiać do zabawy. Oczywiście można narzekać i przeklinać organizatorów, że Duńczycy zagrali krótko i że zabrakło kilku hiciorów (nie było np. „Garden’s Tale”), ale moim zdaniem naprawdę zafundowali publiczności niesamowity show. Rock the Rebel! Metal the Devil!

Po zabawie przy VOLBEAT musiałem sobie odpuścić koncert MADE OF HATE.

Następnie na głównej scenie pojawił się zespół MASTODON. Co prawda zagrał tylko godzinę, ale i tak był to arcypotężny i monolityczny występ, złożony z samych najintensywniejszych utworów. Zagrali praktycznie same bomby z krótkim lontem, odpalane jedna po drugiej. Muzyka MASTODON jest bardzo zakręcona, rozbudowana, wielowątkowa, ale zagrana została wyśmienicie.

Przedostatnim zespołem na małej scenie był CORRUPTION. Chłopaki zagrali najlepszy koncert z wszystkich kapel z Polski. Według mnie ich miejsce to scena główna, na miejscu wspomnianego wcześniej KILLING JOKE lub DEVIN TOWNSEND PROJECT. Tak trzymać, chłopaki!

Kiedy na kotarze zawisł baner MOTORHEAD, a chwilę później, bez zbędnych zapowiedzi i introdukcji, na deski warszawskiej sceny weszli panowie Dee, Campbell i Kilmister, serce zabiło mi mocniej. „We are MOTORHEAD and we`re play rock`n`roll” – zakrzyknął Lemmy i zaczęli swoje rock`n`rollowe misterium od dobrze znanego, starego killera „Iron Fist”. Ten koncert był jak zrzucenie bomby na Hiroszimę i Nagasaki – szybko, powalająco, bardzo głośno oraz zabójczo! Na koniec „Ace Of Spades” i „Overkill”. Show był wyborny, jak sączenie whisky.

I przyszedł czas na gwiazdę wieczoru! Odczuwam dysonans poznawczy, bo IRON MAIDEN usilnie pcha się na pierwsze miejsce w mojej klasyfikacji zatytułowanej „Najlepszy koncert ever”. Bruce Dickinson niczym nastolatek biega po scenie, raz jest tu, raz już gdzie indziej. Jest w świetnej formie wokalnej, śpiewa czysto, potężnie, bez żadnych problemów. No i cały czas zagaduje do ludzi – po przyjacielsku, nie z pozycji jakiegoś tam guru. Scenografia była jakby wyjęta z Gwiezdnych Wojen. Oczywiście zagrali kilka utworów z nowego albumu, np. „Satellite 15…The Final Frontier”, „El Dorado” czy super numer „Coming Home”. Nie zabrakło także piosenek – legend, w postaci „Running Free”, „Iron Maiden”, „Fear Of The Dark”. Cały koncert miał super koncept, początek to nowości, następnie publika szalała przy klasyce. Show Ironów nie odbyłoby się, gdyby na scenie nie pojawił się Eddy, pierwszy raz wyszedł na scenę i chodził po niej, po czym muzycy dali mu gitarę i grał na niej. Drugi raz pojawiła się tylko jego gigantyczna głowa i wielkie przenikające oczy, które patrzyły jakby na każdego z osoba. Ciężko pisać o czymś takim. Tam trzeba było być. Up the Irons!

[Papież]