ISLAY Islay `12

Bałem się trochę tego ISLAY, że to znowu jakiś chujowy, plastikowy, melodyjny death metal z Germanii. Tymczasem album „Islay” pozytywnie mnie rozczarował. Chociaż znajduje się na nim aż 13 kawałków, a rodzaj muzyki można na upartego podpiąć pod melodyjny death metal, to zaznaczę od razu, że ISLAY często wymyka się w różne strony. Potrafią poszaleć i pograć naprawdę brutalnie, zagrać wręcz przebojowo („Glenkinchie” z kosmicznymi klawiszami w tle), czy dać trochę nastroju. Innym razem poszaleć, jak w „Jura”, gdzie miła atmosfera przeplata się z brutalnym grzańskiem. Zróżnicowane wokale, czyli desperacki, krzyczący i ponury growl, któren go uzupełnia, a chwilami przejmuje pałeczkę. Co jest na plus w tej muzie, to fakt, iż została nagrana bez żadnego napinania się, słychać, że goście zagrali coś od serca, tak po prostu, nie siląc się na nie wiadomo co. Czasem wręcz z humorem, jak w „Dalwhinnie”. Oni się naprawdę dobrze bawią, a przy tym komponują chwytliwe i takie miejscami przaśne riffy i nieraz łapałem się na tym, że mimochodem przytupywałem nogą czy rytmicznie kolebałem banią. Np. „Lagavullin” przy nieco mniejszej ekspresji (dobrze, że akurat nie) mógłby wejść na jakiś folk metalowy album, hehe! Może na koniec niepotrzebnie dali przysłodzoną balladkę, która w krótszej wersji mogłaby pojawić się gdzieś pośrodku płyty, ale niech tam! W zalewie tandety, jaka wychodzi w tym gatunku, widzę tu jakiś przejaw normalności i zdrowego podejścia. Nie sposób im odmówić zgrabnego połączenia melodii i agresji. Jest tu oczywiście sporo wpływów szwedzkiej szkoły, jest nieco starego AMORPHIS przemyconego w melodyce, czy starego PHLEBOTOMIZED. Nie wiem, jak tam kondycja starych goeteborskich załóg, ale ISLAY wysmażył coś naprawdę dobrego i świeżego, niźli stary odgrzany na zjełczałym oleju, kotleta. [von Mortem]

Islay, www.facebookcom/islaymetal