KAT Mind Cannibals `05

digi CD `05 (DBC)
Ocena: 2/6
Ocena: 3/6
Ocena: 3/6
Gatunek: thrash

„Mind Cannibals” stanowi dla mnie zagadkę. Nawet nie wiem, ile już się naczytałem zapowiedzi tej płyty? Ile kontrowersji towarzyszyło jej promocji? Coś nieprawdopodobnego… Nie wierzyłem, że Luczyk i Oset pociągną KATa dalej. Bez Kostrzewskiego na wokalu? To nie mogło się udać, zwłaszcza, że po śmierci Regulskiego coś pękło. Chłopaki nie mogli się ze sobą zupełnie dogadać. Efekt jest taki, że KATy są dwa i jeden coś robi, a drugi nie. Najsmutniejsze jest właśnie to, że taki legendarny zespół zaczyna toczyć ze sobą zacięty bój o prawa do nazwy, kasę i inne rzeczy. Zamiast jakoś się dogadać i dalej tworzyć super płyty i robić koncertowe trasy, na które ludzie walą drzwiami i oknami… Niestety słuchając płyty „Mind Cannibals” czuć, że została nagrana na siłę. Nagrywać płytę anglojęzyczną tylko po to, żeby wylansować się na Zachodzie i to po ponad dwudziestu pięciu latach gry? Kiepski pomysł, zwłaszcza, że zmieniła się również stylistyka. Piotruś „wszedł na schodek, który mu poderwano spod stóp (…)”. Jedyne, co mi się podoba na tym krążku, to oprawa graficzna. A co do zawartości muzycznej to… Tytułowy „Mind Cannibals” jest przeciętny, bezpłciowy. Brakuje mu tej schizofrenicznej aury niedopowiedzeń. Wokal Becka zupełnie mi nie pasuje. Jest taki wypolerowany i grzeczny. Totalna porażka. Jeśli ktoś twierdzi, że nie ma ludzi niezastąpionych, to myli się bardzo. Jedynie w utworze numer dwa przebrzmiewa echo dawnych lat. W „Light Or Hell” jest coś z „Ostatniego Taboru” (ale to tylko przebłysk, dobrze przytłumiony resztą kompozycji). „Judas Kiss” czy „Voodoo Time” przepełniają czarę goryczy… Polska to dziwny kraj, pełen niespodzianek. Na szczęście możemy dokonać wyboru, jakiego KATa chcemy słuchać. Nasuwa mi się cytat odnoszący się niegdyś do płyty „Szydercze Zwierciadło” – [„Mind Cannibals – nie ma o czym mówić…]. Tę płytę kupili chyba ci, którzy mieli sentyment do zespołu. [Sabian]

Do „Mind Cannibals” postanowiłem wrócić po latach, sprawdzić czy coś w mojej dawnej, niestety negatywnej ocenie płyty się zmieniło. Mieszane uczucia dotyczące ówczesnej i obecnej działalności Piotra Luczyka pozostały we mnie takie same. Wydanie płyty „Acoustic – 8 Filmów” zwróciło moją uwagę na dwa kawałki z tej płyty i pozwoliły spojrzeć inaczej na twórczość zawartą na pierwszej po wielkim medialnym rozłamie płycie zespołu KAT. Gdy dzisiaj słucham tego krążka, próbuję sobie dopasować do niego wokale Romana Kostrzewskiego, ułożyć perkusyjne ślady Ireneusza Lotha, wreszcie – znaleźć ten diabelski pierwiastek, który nadawał muzyce KATa ten niepowtarzalny sznyt. Odbiór „Mind Cannibals” pozostaje jednak podobny, płyta nie urywa dupy, nie przyprawia o dreszcze rozkoszy, jest po prostu zagrana w sposób profesjonalny i tyle. Brakuje jej klimatu znanego ze wszystkich poprzednich wydawnictw grupy. Brzmienie krążka, mimo iż żywe i organiczne, nie jest na pewno tym, o czym czytaliśmy w wywiadach opowiadających o przygotowaniach tejże płyty. Aż dziwne, że PL tak jedzie po „Szyderczym Zwierciadle”, dla mnie tamta płyta brzmi naprawdę spoko, a wypowiadanie się w samych superlatywach o niebieskim medialnym kanibalu to na pewno spora przesada. Dziś patrzę na „Mind Cannibals” bez emocji, żalu o ten cały rozpad, medialne przepychanki muzyków. Krążek na pewno jest warty uwagi, choćby dla samej konfrontacji ze starym materiałem, można go sobie na spokojnie odsłuchać, myślę, że PL nie musi się niczego wstydzić. Dźwięki, które zostały tu zapisane, to w końcu nie disco polo, wstydzić można się tylko głupiej gadaniny, a tej jest ciągle sporo, a mamy już przecież 2016 rok. Otwierający długograj tytułowy „Mind Cannibals” nie wnosi niczego nowego i ciekawego do odświeżonego wizerunku grupy. Wokale Becka są po prostu nie do zniesienia pod tą banderą. Facet nie pasuje do tego zespołu, może w innym projekcie w innej stylistyce. Tutaj jest to takie trochę wszystko na siłę. Gdybym miał wskazać utwór, któremu najbliżej do starej twórczości grupy, wskazałbym „Light Or Hell”. Nawet mam wrażenie, że odpowiednio zmodyfikowany mógłby trafić na „Róże”, ten refren przypomina mi tamtą płytę. To oczywiście luźne skojarzenie, jednak coś w tych dźwiękach siedzi i być może powstało jeszcze za dawnych czasów. „Judas Kiss” krytykowałem wiele lat temu, jako utwór nagrany na siłę. Widać, że są tu pomysły warte rozwinięcia (wolny początek, połamany refren), ale w dalszym ciągu brakuje mi tego, za co tak bardzo ceniłem KATa. „Uninvited Guest” zaczyna się w sposób niepokojący, również odnosi się do „Róż”. Ten riff z tamtym mixem i nagrany w ten sam sposób (brzmieniowy) mógłby naprawdę zabrzmieć szalenie ciężko. O ile sama kompozycja jest całkiem niezła, to nie mogę strawić tej cholernie napompowanej angielszczyzny. Perkusja brzmi zbyt miałko, brakuje skonkretyzowanych akcentów. Cały walcowaty charakter tej kompozycji rozmywa się. Kolejny w kolejności to „Religious Clash”, z porcją kilku solówek i rozpędzoną końcówką. Zakończenie tej kompozycji również pobrzmiewa starym duchem katowskiego toporu. Może zaskoczy was fakt, ale niegdyś przeleciała mi przez uszy, dziś uważam ją za doskonałą balladę (przynajmniej wersję z „8 Filmów”). „Dark Hole: The Habitat Of Gods” to naprawdę fajny i solidny numer. Dobre melodie, fajnie zbudowany tekst. Riff trąca dziwnym smutkiem, rosnące napięcie przy końcu fajnie przechodzi w kolejną falę uspokojenia. Zdecydowanie najlepszy utwór na płycie, można z niego wiele wyciągnąć, przerobić na balladę, co stało się faktem przy „Acoustic”. Co mamy dalej? „Coming Home” i jak dla mnie można wcisnąć skipp na pilocie. Nic, co by moją uwagę przykuwało na dłużej… „Voodoo Time” zaczyna się w iście „piracki” sposób. Kalka riffu „Gets Me Through” (notabene wykorzystano fragment tego riffu na „Somewhere In Poland”), więc nie wiem, po co powtórka z rozrywki. Utwór przerwany jest szamańskim obrzędem w stylu „Roots”  SEPULTURY, mhh, sam nie wiem, co o nim myśleć. Chyba pasuje do całości. Płytę zamyka „I’ve Been Waiting”, kolejna świetna balladowa kompozycja, doceniona przeze mnie dopiero teraz… Wersja z „Acoustic” bardziej przypadła mi do gustu, jednak tą też lubię. Reasumując, krążek „Mind Cannibals” puszczę sobie raz na ruski rok, kiedy mnie najdzie taki fetysz, zdecydowanie jednak wolę spotkać się z „Bastardem” na piwo, poczuć na karku lodowaty „Oddech Wymarłych Światów” albo przynieść na cmentarz „Róże Miłości”, medialne informacje walą do mnie zazwyczaj prosto z TV. [Sabian]

Dokładnie dwa lata zajęło mi rozgryzanie płyty „Mind Cannibals”. Dalej stanowi ona dla mnie zagadkę. Nawet nie wiem, ile już się naczytałem zapowiedzi tej płyty? Ile kontrowersji towarzyszyło jej promocji? Coś nieprawdopodobnego… Nie wierzyłem, że Luczyk i Oset pociągną KATa dalej. Bez Kostrzewskiego na wokalu? To nie mogło się udać, zwłaszcza, że po śmierci Regulskiego coś pękło. Chłopaki zupełnie nie mogą się ze sobą dogadać. Odnoszę dziwne wrażenie, że Luczyk chciał nam coś udowodnić. Może chciał pokazać, jaki jest dobry? A może zrobić na złość Romanowi? Jedno jest pewne! Nie wyszło mu to dobrze. W muzyce czuć, że album „Mind Cannibals” nagrany jest na siłę. Nagrywać płytę anglojęzyczną tylko po to, żeby wylansować się na Zachodzie i to po ponad dwudziestu latach gry? Kiepski pomysł, zwłaszcza że zmieniła się również stylistyka tego KATa. Piotruś „wszedł na schodek, który mu poderwano spod stóp (…)”. Jedyne co mi się podoba w tym wydawnictwie, to oprawa graficzna. A co do zawartości muzycznej to… Tytułowy utwór „Mind Cannibals” jest przeciętny, bezpłciowy. Brakuje mu tej schizofrenicznej aury niedopowiedzeń. Wokal Beck’a zupełnie mi nie pasuje. Jest taki wypolerowany i grzeczny… Totalna porażka. Jeśli ktoś twierdzi, że nie ma ludzi niezastąpionych, to myli się bardzo. A płytę kupują chyba ci, którzy mają sentyment do zespołu. Jedynie w drugim utworze przebrzmiewa echo dawnych lat. W „Light Or Hell” jest coś z „Ostatniego Taboru” (ale to tylko przebłysk, dobrze przytłumiony resztą kompozycji). „Judas Kiss” czy „Voodoo Time” przepełniają czarę goryczy… Polska to dziwny kraj, pełen niespodzianek. Na szczęście możemy dokonać wyboru, jakiego KATa chcemy słuchać. Kostrzewskiego i Lotha z wynajętą świtą koncertową (pod wdzięczną nazwą KAT & Roman Kostrzewski)? Czy Krzysia Oseta z upartym panem Piotrem? Do wyboru, do koloru… [Sabian]

Kat, www.facebook.com/katofficialprofile
Mystic Prod., ul. Olkuska 8, 32-043 Skała; tel. 012-3892135; zamowienia@mystic.pl, m.kapusciarz@mystic.pl; www.mystic.com.pl