KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI: Legendy ciąg dalszy – 9.12.2006

KAT to jeden z największych, jeśli nie największy z polskich zespołów metalowych – to wyświechtany frazes i rzecz oczywista dla każdego, kto zainteresował się muzyką metalową wcześniej niż w zeszłym miesiącu. Za moich młodzieńczych, radosnych czasów KAT był legendą polskiego mrocznego metalu; słuchali i znali go wszyscy, nawet często osoby nie zainteresowane innymi grupami tego nurtu. Pozwolę więc sobie wysunąć w tym miejscu tezę, iż jest to najistotniejszy (i co gorsze, a także oszałamiająco bulwersujące) black (!!!) metalowy zespół – w pełni tego słowa znaczeniu i piszę to z pełną świadomością ich thrashowej stylistyki, w pełni władz umysłowych, praw publicznych, sił witalnych itp.
Późniejsze oblicze KAT`a czyli okres rozwodów i rozstępów oraz to, co grupa stworzyła (poza kilkoma lśniącymi perełkami) po przełomowym pod wieloma względami albumie „Bastard” oraz pełnej mroku i wisielczego nastroju płycie „Ballady”, to już zupełnie inna bajka.
Choć „Topór Kata” jeszcze kilka razy „opadał”, wbrew sloganom reklamowym – obyło się bez rewelacji. Topór jakby stępiał i pokrył się rdzą, a złowrogi KAT zaczął przypominać nadwornego Błazna.
Osoby odrobinę znające historię i pozycję takiej nadwornej persony wiedzą, że nie wypada się w tym miejscu obrażać. Wszak błazen to mędrzec kpiący i wytykający rządzącym ich błędy i głupotę. I w tym względzie gwiazda KAT`a świeci całą mocą i gdyby jeszcze kat zdołał naostrzyć swoje narzędzie, siarczyście mrocznych i kultowych treści tamtego KAT`a sprzed lat, byłoby – przepraszam za niestosowny synonim – bosko!

[Ukasz / Atmospheric #13]


Image
Na taki wywiad czeka się często prawie całe życie. Będąc młodzieniaszkiem zafascynowanym demonicznym klimatem tekstów i muzyki dawnego KATa, nigdy nie przypuszczałem, że będę miał okazję oko w oko spytać Romana Kostrzewskiego o jego literackie inspiracje. Porozmawiać
o naszym wspólnym „Mistrzu” Tadeuszu Micińskim
i światopoglądzie, dzięki któremu zbliża się moja osoba do tego, co wyrażają treści „katowskie”. Mówiąc szczerze – znam wielu sympatyków KATa, dla których bardziej bliski jest jeden z dwóch wyraźnie zarysowujących się okresów historii zespołu. Z kolei chyba właśnie ja jestem tym nielicznym, dla kogo cała historia
jest tożsama i równorzędna. Każda zmusza do poszukiwań i otwiera ścieżki, którymi podążyć może jedynie wolny duch…


KAT powraca… Dawny image sceniczny KATa to trumny, czaszki i tym podobne elementy, przynajmniej tak było w latach 80-tych i na początku 90-tych. Jaki jest teraz wystrój sceniczny i jak KAT się prezentuje, czy są jakieś rekwizyty na scenie?

Tak do końca trudno to ująć, dlatego że my przyzwyczajeni jesteśmy do rozumienia tak tej sztuki, żeby niedaleko odbiegać od czasów, kiedy było to traktowane jako zwykła praca rzemieślnika. Nie czujemy się w bardziej komfortowej sytuacji jak ci, którzy traktują swoją sztukę jak sztukę. My po trosze jesteśmy wyrobnikami, czasami mamy wrażenie, że już nie ma tam miejsca na zwykłe „brykanie”, więc podchodzimy do niektórych spraw metodycznie. W przypadku tych koncertów staramy się wykorzystać współczesne technologie [chodzi o koncert KAT`a w Krakowie w klubie „Loch Ness” z dnia 09.12.2006 r., podczas którego był robiony ten wywiad – Ariaman]. Mnie zakręciło na punkcie tworzenia różnych obrazów, wizualizacji i tego rodzaju historie próbujemy przemycać, aczkolwiek wszystko to jest w fazie rozwojowej, dlatego że te technologie, choć coraz bardziej dostępne, mają jedną wadę – podnoszą koszty koncertu. Nasza kapela pozostaje mimo wszystko pasjonackim zespołem, ale nie może uciec od pewnego rachunku ekonomicznego i czasami jest tak, że na niektórych koncertach zmuszeni jesteśmy odpuszczać.

Image
Może Romku słyszałeś już wiele pytań o przeszłość, może już tysiąc razy na nie odpowiadałeś – mi jeszcze nie odpowiadałeś, więc będę miał kilka takich pytań, które mnie bardzo frapują od początku, kiedy jestem fanem KATa. Np. kim był Robert Lor, który napisał tekst „Noce Szatana”? Z tego co wiem, był to współtwórca grupy MECH, później zajął się realizacją dźwięku… Robert Milord? Tak się nazywał?

Nie. Nazywał się Robert Milewski, choć był bardziej skłonny używać pseudonimu i wówczas korzystał z takiego pseudonimu: Lor. To był muzyk warszawski z grupy MECH, którego nam podłożono, bo wyobrażano sobie, że nasza kariera się łatwiej potoczy, kiedy dojdzie do nas jakiś Warszawiak z prawdziwego rynku muzycznego. Bo przecież nikt nie wątpi, że kapela MECH była jakąś złą kapelą, to była rzeczywiście fajnie grająca grupa, ale występowały tam jakieś zgrzyty, co utrudniało im dalszą karierę. W którymś momencie Lor zgłosił się do różnych managementów, które w tamtych czasach funkcjonowały w Warszawie i nam sprzedano taki temat, że może będzie łatwiej, gdybyśmy kogoś z Warszawy zachęcili. Na tacy nam podali nazwisko. Okazało się, że Robert jakby wkleił się w tę kapelę. Trochę żeśmy mu wytłumaczyli, o co chodzi i on popełnił dwa teksty znane fanom tego KATA pierwszego, bo jak się okazuje fani KATA to bardzo różni ludzie, bardzo różnie odbierający historię zespołu i nie wszystkie płyty odpowiadają każdemu. Wracając do Roberta, napisał dwa fajne teksty. Brał to troszkę klasycystycznie i oparł go na wątkach Fausta, Twardowskiego itp. Myśmy to jednak troszkę inaczej widzieli, dlatego że ja w tych czasach może nie byłem dysydentem, ale zdarzyło mi się siedzieć. Jakoś ta zawierucha stanu wojennego gdzieś mnie tam zawirowała… To raczej wynikało z pewnej chwili. Mój wybór, i owszem polityczny (o ile młodzi ludzie mogą dokonywać wyborów politycznych), nie był taki gruntowny i świadomy. Ja się przecież uczyłem, więc moje myśli sięgały bardziej w kierunku spełniania oczekiwań wykładowców a nie świata polityki.

Tak, właśnie środowiska uniwersyteckie były tymi, które opierały się rządom w tamtym czasie…

Wówczas pracowałem na kopalni i próbowali ci ludzie w stanie wojennym sprzedać mi tego ducha odpowiedzialności za poglądy. Wyszli z założenia, że skoro studiuję to dobrze, kiedy bym ich pewnymi pracami na tym strajku pokierował. To w konsekwencji przeniosło się później na jakiś taki grunt w związku z policją i takie kilka różnych wykopek. Po czym wróciłem do zakładu pracy, ale żeby za głęboko nie wchodzić w te tematy, to nie sądziłem wówczas, że moje poglądy, takie jakie każdy z nas zdobywa pod wpływem zwykłej edukacji szkolnej, że one się przerodzą w rodzaj kontestacji. Ja wówczas nie myślałem o tym, że będę artystą. To jakby życie i pewna forma utrudnień w związku z normalną dalszą edukacją spowodowały, że zainteresowałem się taką formą działalności człowieka, która wydawała się wolna od przymusu. Tym czymś była muzyka. I gdy w ten temat muzyczny wszedłem, to starałem się jako wokalista przydać temu jakąś logiczną miarę, do tych dźwięków, ostrej muzyki itd. Warta zachodu wydawała mi się estetyka pewnej negacji jakiejś określonej wartości. Chwyciłem się za ten rodzaj pióra, który później pod wpływem czasu okazywał się coraz bardziej nie przystawać do głównej linii oceny i trendów społecznych, które sprawiały wrażenie, jakby w tym kraju wszyscy chcieli nieść czy demonstrowali związek z krzyżem, tak jakby tutaj nie było czegoś takiego jak laickość, lewicowość itd. Przy czym ja lewicowości wcale nie rozumiem jako komunizmu czy coś w tym rodzaju. Świat artystów zna mnóstwo ludzi ogólnie wolnościowych – takich, którzy często pytają, zadają dość trudne pytania, zastanawia ich problematyka człowieka i humany do tego stopnia, że ich ewentualne wnioski czy też wartość twórcza nijak się później nie ma i nie jest zbieżna z ustanowionymi czy też szanowanymi przez wszystkich wartościami czy katolickimi, jakbyśmy je nazwali, czy też komunistycznymi, uniwersalnymi. Ja pamiętam, przecież w jednym z tekstów napisałem: „Nie z krzyża jestem zdjęty bóg, ani czerwonej gwiazdy starzec”, jakby chętny do tego, żeby nie przystawać ani do tego ani do tego świata…

W tym tekście mamy parafrazę Tadeusza Micińskiego bodajże…

No jest tam… Być może jest to ten sam wątek. Mi się wydaje, że zawierucha Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej zatrzymała pewne procesy myślowe ludzi, którzy sprawiali wrażenie ludzi wolnych. Bo otóż po pewnych rewolucjach typowo technicznych, typowo naukowych, filozofowie nagle dotykają problemu ewentualnego boga. Nagle wyczuwamy – zaraz, zaraz, może ten świat nie jest wykreowany przez kogoś, prawda? Może on się jakoś inaczej stwarzał? Te ciekawe pytania niektórych filozofów skłaniały do tego, żeby odrzucić ten rodzaj brzękadełek myśli, które były związane z człowiekiem dawnych wieków, chcącym z jednej strony żyć zgodnie z naturą a z drugiej wcale jej nie rozumiejąc. I w ramach tego zastępczego sprawcy wymyślono kogoś takiego jak kreator, bóg i tak dalej. Tak ja sobie to oczywiście wyobrażałem. Każdy człowiek dzisiaj ma szansę, żyjemy w kraju, w którym, wydaje mi się, jeszcze można sięgnąć po różne sposoby traktowania świata, w którym żyjemy i na tyle to są wolne wybory. Wierzę w to, że żyjemy w kraju, w którym te wolne wybory są jeszcze dokonywane.

Na razie chyba coraz trudniej to się dzieje, tak mi się wydaje… Romku, wspomniałeś – bo tu muszę Cię jeszcze złapać za słowo – o tym, że Lor napisał dwa teksty: „Noce Szatana”, a drugi?

„Ostatni Tabor”.

Jeszcze słyszałem o czymś takim, że przed wydaniem tej EPki powstawały jakieś inne utwory KATA, czy w ogóle istnieją w jakiś nagraniach?

Część z tych utworów przenieśliśmy tam, gdzie się dało. Chyba najbardziej dało się to na płycie „Ballady”, dlatego że to była właśnie taka płyta kompilacyjna, odnosząca się do pewnej sfery. Oczywiście ulegaliśmy namowom ludzi, bardziej producentów, aniżeli wynikało to z naszych własnych oczekiwań. Płyta generalnie się udała, jakieś tam zapotrzebowanie było i żeby dopełnić tę płytę o całe spektrum utworów wolnych, które żeśmy grali, to po prostu przypomnieliśmy te pierwsze „katowskie” czasy. W tamtym okresie właśnie powstał „Robak”, później chyba po roku od wspólnego spotkania powstał „Delirium Tremens”…

A czy są takie utwory, które nie zostały jeszcze gdzieś zamieszczone? Możesz zdradzić jakieś tytuły? Czy są one granie kiedykolwiek przez Was, czy już są zapomniane?

Rejestrowane były, ale… Ja niedawno usłyszałem z Jarocina kasetę, bardzo nieprofesjonalnie dźwięk zrobiony, ale jest! Kilka utworów, które nie znalazły swojego miejsca na żadnej z płyt i tych materiałów ja bym określił na jakieś dwa albumy – tyle tego materiału było. Pierwszy okres zamknął się bodajże sześcioma utworami, których, jak dobrze pamiętam, tytuły to „Zemsta”, „Robak”, „Skazaniec”, „Ciężar”… Z drugiego okresu też było ileś tam utworów, z których pozostał tylko „Delirium Tremens”, zresztą bardzo udany utwór. Nie ukrywam, że ma silne związki z muzyką BLACK SABBATH. Zainteresowania muzyka, który przyniósł wtedy riff do tego utworu a wręcz cały instrumentalny utwór, wahały się w różnych dziwnych, rozbieżnych światach, ale wtedy tak było można. Spokojnie sobie słuchać z jednej strony B.B. Kinga a z drugiej BLACK SABBATH. I to się wcale nie gryzło, wszystko się zgadzało.

Na „Delirium Tremens” znalazł się też klawiszowy fragment, wypełnienie, które było po prostu wzięte, jeżeli chodzi o tekst, z powieści „Mene-Mene-Thekel Upharisim!… Quasi una phantasia” Tadeusza Micińskiego… Kiedy w ogóle Romku spotkałeś się z Micińskim jako poetą i w jaki sposób przetransportowałeś go do muzyki metalowej?

W tamtych czasach to w ogóle był trudny temat. Gdy pierwszy raz wprowadziłem cytaty Micińskiego do swoich utworów [na „Oddechu wymarłych światów” – Ariaman] i zaznaczając je tym samym, to wielu ludzi się pytało i napotykało na pewną barierę. Ja akurat miałem wydanie tej powieści z czasów przedwojennych, to było ksero. Tam były różne wersje. Wiadomo, że ta powieść nie została ukończona, że trzeba było to w jakiś sposób zebrać i nie bardzo wiedziano jak, dlatego że twórca był cholernie hermetyczny. Ja dopiero po jakimś czasie się dowiedziałem, że Witkacy odbierał go jako swojego mistrza, a Polacy uszanowanie dla Witkacego dopiero ujawnili w późnych latach…

Zresztą do Micińskiego podobnie. Wcześniej był uważany za zupełnie niezrozumianego i wręcz troszkę grafomana, a teraz choćby powstają studia o Tadeuszu Micińskim pod redakcją Marii Podrazy-Kwiatkowskiej…

Wcale nie trzeba być aż tak hermetycznym, żeby nie odkryć dwóch fantastycznych rzeczy: malowniczego ducha – bardzo głębokiego ducha – i głębokiej psyche. To są dwa elementy, które rzucają się, już nie mówiąc o skali złożoności tejże twórczości, dlatego że ona jakby wymyka się współczesnym czasom poprzez to, że jesteśmy na co dzień coraz bardziej banalni, a w głębi duszy my jednak mamy pragnienie być kimś wielkim, chcemy być wielcy, chcemy dużo rozumieć. A skoro tak, to wcześniej czy później spotkamy się z różnymi twórcami, którzy troszeczkę głębiej traktują sprawy i jakby nie mają takiej potrzeby tworzenia tylko dla kotleta, tylko dla pieniążka, tylko dla spraw, które są doceniane przez współczesny marketing, przez współczesną dążność do sukcesu itd. Ja oczywiście ufam, że droga tak pojmowanej sztuki jak Micińskiego jest odległa od współczesnych czasów, dlatego że w ogóle to są rozbieżne czasy. Skoro wojna przerwała te wątki myślowe i czas na myślenie o tych sprawach, to przesunęło się to rzeczywiście, jak się okazuje, o 100 lat, dlatego że w latach pięćdziesiątych nie wypadało o tym pisać, a już na pewno na tych terenach. Przecież wybrzmiewały jeszcze echa wojny, społeczeństwa się zbierały do jakiegoś budowania czegokolwiek, istniało coś takiego jak zbiorowość i zachęcanie do szerszego spojrzenia na siebie jako elementu zbiorowości – a Miciński, cóż, prawdę powiedziawszy sięga właśnie po to indywiduum, jakby idzie za tropem Nitzchego, który szalenie mocno się skupia na człowieku, zdając sobie sprawę, że okoliczności wpływają na człowieka – zgoda – ale z drugiej strony jego rozwinięty umysł i rozwój człowieka jak najbardziej może kreować życie innych.

Miciński też dużo miał odniesień do Nietzschego, choćby „Panteista”, pierwszy z poematów prozą z wydania w Wydawnictwie Literackim…

Największa trudność polegała na tym, że po tak skonstruowanej psyche, jaka wynikała z dziejów historycznych lat chrześcijaństwa, ciemnogrodu, ta walka… Przecież te wolne umysły tak naprawdę funkcjonowały, tylko jakie one miały trudności z wydobyciem, a tu nagle człowiek z tą humaną wpada na pomysł, że on może odrzucić tak rozumiane poddaństwo, jak rozumiana jest istota boga. To jest jakby krytyka od zasady. Nie kłócimy się już z kościołami jako takowymi, które krępują, albo z ludźmi, którzy przynależą do zinstytucjonalizowanej formy kościoła, którzy wpływają na politykę i na takie różne rzeczy, ale kłócimy się z całą zasadą i z tą optyką. Dlatego że pod wpływem czasu okazuje się, iż ta optyka ma wiele wad i jak się okazuje, dzisiaj teolodzy mają wiele do zrobienia, bo muszą sobie poradzić z tym całym balastem pomysłów na wiele spraw, z tą techniką, ze współcześnie rozumianym człowiekiem szlachetnym. Jeżeli się popatrzy na współczesną sztukę, tak potężnie odgrywającą rolę, my na co dzień nie zdajemy sobie z tego sprawy. Przechodzimy obok tego – przecież tu nam coś gra, tu oglądamy filmy… Jakby to z chlebem jemy. W tym momencie ta sztuka jest dostępna dla każdego i codziennie. Kiedyś tak przecież nie było.

ImageNo tak, ale teraz pojawia się znowu taki element, że jest sztuka taka, powiedzmy, masowa i jest sztuka, która zbiera swoje grono nielicznych odbiorców, tych którzy wyrywają się spod tego. Wydaje mi się, że tak z KATem też jest, mimo że jest zespołem dosyć znanym…

Nam jest o tyle sympatycznie, że w latach osiemdziesiątych, kiedy muzyka ta była odbierana jako muzyka modna, wydawało się, że część publiczności nie bardzo tak naprawdę rozumie, o co my w tych piosenkach pytamy, czy ewentualnie jakie sprawy poruszamy. Nie to, że byli to ciemniacy, ale jak to z modą bywa, nie wszyscy w tej modzie chcą usłyszeć to, o co tak naprawdę zabiega artysta. Pomija się ten element i tylko niektórzy wyczuwali, że tam pod tą warstwą, pod tym szatanem może się coś ukrywać.

Chyba z tego wynikły następne płyty KATa. Pierwsza część twórczości, przynajmniej ja mam taki podział twórczości KATa i żadnej nie wywyższam, pierwsza była mroczna, diabelska, okultystyczna w jakiś sposób, a druga jest ironiczna i chyba w tej ironii można to zawrzeć. Sam tytuł „Szydercze zwierciadło”…

Ja miałem niechybne wrażenia jako artysta, że oprócz myśli, które gdzieś tam w sobie zawieram, które drzemią, które mi się czasami kontempluje i nie tylko moich, bo przecież lubię czytać, lubię oglądać, zwracać uwagę na różne formy zachowań, cieszyć się czymś tak prozaicznym dzisiaj dla współczesnego człowieka jak historia, w sumie niemodna dla niektórych. Ale jak się okazuje, gdy się dotknie pewnej struny, wszyscy lecą drzwiami i oknami, żeby coś akurat zobaczyć, jak ta historia filmu, w którym główny bohater odkrywa tajemnice Watykanu czy też Opus Dei. Ja, jako człowiek zainteresowany literaturą, też młodopolską, jak najbardziej już się z tym zetknąłem. Mnóstwo ludzi o tym wiedziało i właściwie nie byłoby to zaskoczeniem dla wielu i żadną rewelacją. W ten sposób czerpiemy pewien rodzaj satysfakcji. Nagle okazało się, że temu zespołowi zdarzyło się przeskoczyć ten trudny okres, który Polska przeżywała. Ona to dalej do dzisiaj przeżywa, bo skoro myśmy w tym kraju mieli bardzo silne wpływy katolickie – wsteczno katolickie! – bo ja nie wątpię, że w kościele tam ktoś próbuje reformować, ale nigdy do stopnia satanizmu czy tak rozumianej wolności, w której wolny umysł sobie pływa i choćby na poziomie doświadczenia czy też zabawy nie odczuwa właśnie tej satysfakcji i myśli. Tak to właśnie powinno być, że myśl w końcu powinna być wolna. A gdy my ją skrępujemy do jakiegoś poziomu czy jakiejś pozycji, no to nie mamy prawa mówić o wolności. Ja nie rozumiem tego słowa inaczej, jak możność wykonania wyboru. Rzeczy można stwarzać, można nazywać, można nawet o nich pleść bzdury, ale jeżeli te bzdury czy też idee stają się jakby usankcjonowane przez prawo czy też system prawny i w myśl tych idei iluś ludzi musi wykonywać pewne swoje zadania, musi żyć, musi na tej kanwie budować życie, to może się okazać, że człowiek nie będzie dopasowany do tej kanwy, że ona jest pełna dziur.

Wydaje mi się nawet z tego, co teraz mówisz, że ta ironia w KACIE, która była np. na „Szyderczym zwierciadle”, to było coś takiego jak śmiech przez łzy, np. „łoże wspólne lecz przytulne” – to taka ironia a jednocześnie mowa o zdradzie i końcu miłości, przynajmniej tak to widzę. „Oczy słońc” to brak a jednocześnie potrzeba wiary w coś pozytywnego. „Stworzyłem piękną rzecz” to uznanie tego rzekomo ładu na świecie, że to oczywiście jedna wielka bzdura…

Tu mi pomógł niewątpliwie krytycyzm Marka Twaina. Zwróćmy uwagę, że generalnie moja twórczość tak naprawdę nie musi się skupiać wcale na katolicyzmie, inaczej mówiąc katolicyzm niesłusznie mnie podejrzewa o to, że moim celem i zamiarem jest szkalowanie kościoła czy też psucie jego dobrego humoru. Nie, nic podobnego. Raczej należę do tych, którzy pokochali myśli niektórych ludzi. Nie spotkałem w życiu Twaina, ale jest dla mnie przekonywujący w swojej argumentacji.

Wiązało się też troszkę dla mnie wydanie „Biblii Szatana” i jednocześnie „Listów z Ziemi”. Jednym z ulubionych pisarzy La Vey`a był Mark Twain i Fryderyk Nietzsche… Jak Ty się Romku zetknąłeś z „Biblią Szatana”?

Podobnie jak z poezją Micińskiego. Generalnie w tamtych czasach funkcjonowały różnego rodzaju środowiska, czy też, nazwijmy to, kluby różnych form literackich itd. No bo w końcu o czym my tu rozmawiamy: tak naprawdę mówimy o literaturze.
ImageDokładnie. I jednocześnie o filozofii…

Tak, ale to też literatura, oczywiście bardzo hermetyczna, ale jednak literatura. Dzisiaj za filozofię chwyta się naukowiec z równie dobrym skutkiem jak wykształcony filozof. Każdy dzisiaj może być filozofem, jednakże musi zgłębić przedmiot swoich dociekań do stopnia wystarczającego, żeby być akademickim. Nie bez kozery my tu mówimy o pewnych zróżnicowaniach. Gdy idziemy do toalety, wiedza potrzebna jest by znaleźć tę dziurę, papier mieć i jazda, sprawa załatwiona. Gdy natomiast poruszamy się w tej sferze, to tu jest już o czymś innym mowa, tu już papier toaletowy nie wystarczy, trzeba trochę więcej. Mnie się zdarzało z tą literaturą spotykać i cieszyć się z tego powodu, jakby utożsamiać się właśnie z tak rozumianym człowieczeństwem, jak było rozumiane przez Twaina. My tego nie rozwiniemy w tej dyskusji, ale warto przypomnieć, że przecież w jego słowach, w jego literaturze – przecież w końcu był Amerykaninem – było o wiele więcej ciepła dla zwykłego człowieka, dla takiego zwykłego zjadacza chleba. On nie miał złudzeń, że w ramach tej gry, tych ustaleń, wyskakują ponad stan ludzie, którzy często są zaprzeczeniem wartości, które sami chcielibyśmy wyznawać. On tu pił czasami do Rokefelerów, różnych takich gostków, którzy na co dzień modlili się, a tak naprawdę byli bandziorami.

To tak jak ostatni rozdział w „Listach z ziemi” – „List na Ziemię”…

W tym się zawiera oczywiście kpina, ale to był de facto pewien epilog. Bo skoro on  czuł, że skrytykował już coś, wyraźnie powiedział swoje argumentacje i skoro on czuje, że ma rację, to teraz można już się z tego pośmiać. Najpierw trzeba było rzetelnie i rzeczowo przedstawić racje, on oczywiście uczynił to w wspaniały sposób. Ja się nie dziwię, że to nie była wcale jego początkowa twórczość tylko właśnie końcowa. On miał chyba świadomość ciężaru gatunkowego tej literatury. Zresztą w Stanach przecież długo to nie wychodziło, prawda? Wiadomo też, że córka miała problemy z utożsamieniem się z tak ujętą myślą swego ojca.

Romku, Ty zamierzasz jeszcze nagrać coś takiego, takiego „audio-booka”?

To są fajne rzeczy, przy tym się nie tylko fanie śpi, ale…

Nie, no to się fascynująco słucha przede wszystkim. Na przykład moich rodziców nie dałoby rady zmusić do przeczytania „Biblii Szatana” jako książki, ja im to puściłem na kasecie i wtedy wszystko zaakceptowali… Nagle im się otworzyły oczy…

Ja to zrobiłem dlatego, że przecież byłem wychowywany w czasach tej komuny, która pozwalała sobie właśnie na tak rozumiane radio, w którym to jak najbardziej czytanie było dopuszczalne. Ludzie byli wówczas świadomi, że wielu książek nie ma i warto coś tam zapodać. Ja pamiętam, że z różnych powodów Micińskiego nie było przecież na rynku. Miciński chyba był po raz pierwszy upubliczniony w latach osiemdziesiątych i były wielkie trudności, by uzyskać tę literaturę. Jak się okazuje, my Polacy mamy potrzebę, a tym bardziej powinniśmy go przypomnieć sobie, dlatego że to nie tylko jest trudna literatura, ale i piękna.

ImageTeraz chciałem zapytać jak będzie wyglądać to, co teraz będziesz robił z KAT`em. Czy KAT & Roman Kostrzewski zostanie tym projektem, który tak się będzie nazywał i taką drogę już obierze? Jakie masz konkretne plany?

Tak. To jest tylko sformalizowanie czegoś takiego jak kłótnia w KACIE, rozstanie czy rozbicie tego układu i w konsekwencji to była próba wezwania publiczności do tego, żeby tak łatwo nie opuszczała jeszcze tej historii, dlatego że, co prawda ja już wyczuwałem i Irek tak samo, nie sposób jest z Piotrkiem pracować, a przecież Piotr to jedna z osób, które tworzyły pierwsze materiały i z tych trzech postaci jedna wykazuje jakby takie tendencje nieprzystające do uprawianej sztuki. Ja tak nie pojmuję sztuki, nie rozumiem, nie chcę jej pojmować. W tym wszystkim za dużo było tęsknot do monety, do werbalizacji oczekiwań managementu, publiczności, czegokolwiek…

Ale myślisz, że publiczność oczekiwała tego, co np. znajdziemy na „Minds Cannibal”? Bo ja na razie jeszcze się nie spotkałem z dobrym zdaniem…

Często mnie się pytają – jakbyś to ocenił, a ja jednak opuściłbym całą tę historię. W związku z tym jednak, że to nie Piotrek był świadomy tego wszystkiego, co się dzieje w tym zespole, bo przecież nie dalej jak dwa lata temu powiedział, że on wreszcie rozumie, o czym ja pisałem – świetnie! W każdym bądź razie, ja żyjąc w takim świecie wcale nie musiałem przyjmować za zasadne, że jego próba separatystycznego rozumienia tego zespołu de facto jest końcem tej historii. Bo przecież za twórczością kryją się ludzie i owszem, ale ja miałem świadomość tego, że Piotrek nie był… Hm, zdarzało mu się płyty popełnić, w których tylko jeden czy dwa utwory zrobił, instrumentalne w dodatku… Wydawało nam się z Irkiem, że my de facto mamy większe szanse zbliżyć się do tejże kontynuacji, ale czego? Właśnie… Jeżeli my będziemy się trzymali wątków, ja na pewno tych, które legły u podstaw twórczości KATA, czyli zapewne będę próbował dalej kontynuować, wgryzać się w temat na tyle atrakcyjnie, żeby to było dalej ciekawe, interesujące, być może trudne, być może odkrywcze, trudno mi powiedzieć.

A jeżeli chodzi o płytę „Error” ALKATRAZZ, to czy ona będzie się jakoś wiązać z twórczością KAT`a, bo tutaj była ona najbardziej eksperymentalna, pod względem tekstów przede wszystkim i muzycznie również…

Ja należę do tej grupy muzyków, którzy uznają, że skoro w tym naszym przedmiocie działalności jest tak rozumiana sztuka, gdzie słowo jest jakby kluczem do otwarcia pewnych drzwi do tej sztuki, a za nią się kryje dźwięk i vice versa – możesz wejść od strony muzyki. Tam jest kilka różnych drzwi, one funkcjonują w podobny sposób – znajdujemy się w jednym pokoju – to jest KAT. Mam nadzieję, że my do tego samego pokoju wrócimy. Ale wskażemy może na jeszcze inne drzwi… Być może jakaś publiczność odczuje więź tego zespołu z historią. Pierwsze próby wskazują na to, że potencjał twórczy tych ludzi może wystarczyć do tego, żeby taką sztukę robić i w skali złożoności i w jej różnorodności i być może też czasami w pewnych podejściach nowatorskich. Bo KAT w pewnych elementach był bardzo zbieżny, wręcz tożsamy z różnymi zespołami, ale czasami zawierał elementy i klimaty, których de facto nikt nie zawierał, albo które były rzadko spotykane w metalu. Jeżeli chodzi o warstwę tekstową, to wszystko się zazębia, niesie się na jednej fali.

Tak, ja mimo wszystko dostrzegam ciągle tą manierę języka modernistycznego, pomimo wszystkich różnych odniesień do współczesności i używania jak najbardziej współczesnych słów.

Ja dokonałem pewnego wyboru, i jak wiadomo np. muzykom punkowym czy też ze świata rap itd., bardziej im pasuje estetyka pisarstwa polskiego powojennego, bardzo realistycznego, wręcz takiego komentującego sprawy i rzeczy, które ja na ALKATRAZ delikatnie też robiłem, tylko przenicowałem mimo wszystko z tęsknotą, żeby zawierał się tam jakiś klimat, dlatego że ja uwielbiam sztukę, która pozwala na uruchomienie wyobraźni i czynię to po to, by ktoś przeżył swoją własną bajkę. Żeby ktoś po wysłuchaniu takich utworów, miał jeszcze ochotę na własną wędrówkę w tym klimacie, w który go artysta wprowadził. Bo to jest też siłą klimatu, by człowieka zachęcić do jakichś przemyśleń, jeżeli mamy o czym myśleć, prawda? Jak wiadomo, utworów KATA bardzo fatalnie się słucha na dyskotekach czy w jakichś centrach handlowych, to nie jest ten klimat. Natomiast jeżeli chodzi o próbę wniknięcia w siebie samego, znalezienia się sam na sam z pewnymi sprawami, to wydaje mi się, że muzyka KATA może być wtedy atrakcyjna. Są pewne wątki psychologiczne w człowieku, które powodują, że ten rodzaj drgań, który zawiera się w tej składni artystycznej KATA, on jest właśnie tożsamy. To trudno powiedzieć, dla jednego to będzie jakiś fragment energetyczny, który w nim wzbiera jakieś pokłady siły, ładuje akumulatory, dla drugiego będą to formuły liryczne, które też tam się pojawiają, jakiś rodzaj delikatności i ckliwości – to też może uruchomić jakąś tam strunę, która może akurat z danym stanem psychologicznym fajnie zakomponować. Te oskarżenia bzdurne, że muzyka ta wpływa zdradziecko na człowieka, to jest krytyczny banał. KAT jest wygodny do krytyki tak rozumianej, ale generalnie w ten sposób banalizuje się sztukę czy też próby jej uprawiania. A u mojej twórczości i twórczości zespołu legły naprawdę dociekania różnego typu, w różnej skali. W niektórych momentach staliśmy się być niebanalni, być otwarci na formy trudniejsze w skali złożoności.

Rzadko który zespół akurat sięgał po takie inspiracje. Inspiracji Micińskim trochę było, ale to już w późniejszych latach dziewięćdziesiątych, po wszystkich odkryciach. Romku, a ostatnia rzecz jeszcze – na stronie internetowej pojawił się utwór „Żyj szybko i giń” jako Twój solowy projekt. Czy to będzie coś osobnego od KATa czy to będzie połączone z KATem?

Ja miałem fatalne pierwsze półrocze. Raz, że komp mi siadł i to tak paskudnie, to jeszcze w dodatku zdrowotnie… Z tym solowym pomysłem to jest tak, że ostatnie pół roku nie pozwoliło mi realizować tego materiału, troszkę podupadłem zdrowotnie, to było jakieś jednostkowe zdarzenie, które wpłynęło na ścięgna na gardle itd., powoli następuje proces leczenia, ale jest to dość trudne. Powoli dochodzę do formy. Mam nadzieję, że pierwszego stycznia ujawnię pierwszy utwór już gotowy.

A gdy pracujesz nad tymi utworami to w jaki sposób, w jakimś konkretnym studiu czy w warunkach domowych?

Samemu. Właściwie nawet nie dlatego, żebym nie chciał, tylko u samego zarania tego osobistego spojrzenia na muzykę legły z jednej strony kłopoty KATa, a z drugiej strony prace nad Twainem, nad „Listami z Ziemi”. Nagle to rozwinęło u mnie pewne tęsknoty do rozszerzania tej formuły i udało mi się zakupić ileś urządzeń, które mnie wspomagają w tym. Są tam same symulacje, ale szukam takiego rodzaju symulacji, która byłaby tak jakby bardzo dla ludzkiego ucha zbliżona, czasami wręcz idealnie tożsama. Np. zrobiłem w taki sposób bębny, że Irek się pytał – zaraz, jak Ty to zrobiłeś? Czasami robi to wrażenie, jakby to były żywe instrumenty. Materiał od dłuższego czasu ma ogólną formułę, ostatnio pracowałem tylko nad polskimi tekstami, nad aranżem. Jak pamiętasz, jak pojechałem po Polsce z tym materiałem, były to niejako surogaty, były to piosenki, które zawierały już zasadę klimatyczną, ale nie były jeszcze doprawione tą ornamentyką, a nad tym jest niestety dużo pracy. Wykorzystuję tu warunki studia domowego nie dlatego, że jest to złe czy konieczne. Ja oczekiwałem, że jest to dobra droga właśnie dla uprawiania tego rodzaju sztuki. Czasy się zmieniają, coraz więcej ludzi, zresztą na zachodzie tak samo, ma możliwość wykorzystywania współczesnej technologii do tego, żeby uruchomić swoją własną wolę, skupić się dobrze nad wątkami, które drzemią gdzieś tam w nas, spotkać się z różnymi fantastycznymi brzmieniami i zacząć dłubać, dłubać, dłubać… I w którymś momencie wychodzi. No skoro takie beztalencie jak ja będzie do takich rzeczy zdolne… Przecież ja sobie nigdy nie wyobrażałem dalszej części swojego życia w towarzystwie komputera, a dzisiaj to jest fajny kumpel i jest ok. Czasami mnie zdradza, bo się psuje…

Dobrze Romku. W zasadzie mniej więcej zakres pytań wyczerpałem, ewentualnie mogę Cię jeszcze zapytać o to, co mnie zainteresowało ostatnimi czasy, że pojawiłeś się na płycie BESSAT „Sacrifice For Satan” – to znajomi?

To z grzeczności. Oni mieszkają w Bytomiu, czyli w miejscu, w którym mamy szanse się spotykać, ostatnio bardzo rzadko. Ja od roku czasu odpuściłem sobie częste chodzenie do knajp itd., chcąc skupić się nad robotą. Chłopcy oczekują, że wreszcie tę historię zakończę, co pozwoli jakby przyśpieszyć z pracami nad oczekiwaną płytą zespołu. Ja jeszcze dokończę, KAT z Romanem jest de facto wypadkową. Niewątpliwie stało się tak, że koniec tego zespołu wywołał niejako rodzaj niezadowolenia. Myśmy oczywiście wyczuwali to, że publiczność tak nie do końca jest przekonana, że to powinien być koniec. To tylko zależało od muzyków. Stało się tak, że ci muzycy zaproszeni do projektu końcowego, koncertów końcowych, oni doskonale spełnili swoje zadanie i sami wyczuwali ochotę na jeszcze. I tylko dlatego to mogło się ciągnąć dalej i dlatego to jeszcze rokuje.

ImageA czy jakieś nowe utwory są przygotowane na dzisiejszy koncert?

Nie. Dzisiaj dodane są tak jakby wolne treści muzyczne, które są wplatane w program koncertowy. Nie usłyszymy dzisiaj żadnego utworu zgrabnie ujętego do poziomu już wydawniczego, ale będą tam fragmenty, które funkcjonują na koncertach jako pewne prywatne zdanie na ten temat… i mam nadzieję, że to będzie skutkowało. Oni tak naprawdę siedzą i czekają na mnie. I już tak rok czekają i ja myślę, że w następnym roku to będzie. Moje prace naprawdę już zmierzają ku końcowi. A jako że następna będzie płyta KATA, to płyta podobna do „Listów z ziemi” będzie nie wcześniej jak za dwa lata. To jest wdzięczna praca i bardzo szybko się takie płyty robi. Problem polega na tym, że one też wymagają jakiegoś tam wysiłku i zazwyczaj jest to około czterech, pięciu miesięcy pracy nad takim projektem. To jest trochę czasu.

Pomysł jakiś już jest?

Nie zdradzę właśnie pomysłu, bo to by było za wcześnie. Mnie często publiczność jakby wskazuje – a to by było dobrze, a tamto by było dobrze itd. Prawdę powiedziawszy, gdy myślę o czymś takim to niektóre rzeczy są fajne, ale wymagają większej adaptacji. „Listy z ziemi” były szybkie do zrobienia, bo treść była komentatorska, prawie że mentorska, ładnie można było ściąć niektóre wersy i wymyślić z tego jakby fragmenty, które de facto nie wpłynęły tak strasznie na całość treści i ta treść zubożona – bo fragmentaryczna – jednak zawiera dość dużą ilość zasadniczych elementów tej książki.

Czekałem na ten wywiad kilkanaście lat, w końcu mi się ziścił, udało mi się z Tobą porozmawiać, tak że wielkie dzięki za ten wywiad…

Może następnym razem będziemy jakby bardziej weselsi, mniej retrospektywni, być może z odrobiną społecznie rozumianego sukcesu, aczkolwiek jak ja dzisiaj słyszę, że tu wejść nie można, no to z jednej strony sympatycznie a z drugiej strony przykro jak wiadomo.

[Ariaman / Atmospheric #13]

Kat management, manager@kat.info.pl / kasia@kat.info.pl; tel. 0511407238; www.kat.info.pl / www.myspace.com/katandrk666