KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI, RAZOR OF DEATH – 25.04.2009, Lublin

KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI, RAZOR OF DEATH

25.04.2009, Lublin „Graffiti”

ImagePewnie powtórzę się już z dziesiąty raz, ale niezmiennie twierdzę, że „Graffiti” to świetny klub na metalowe koncerty i gdyby tylko realizatorzy zechcieli, nawet takie młode kapele jak RAZOR OF DEATH wypadłyby świetnie. Przynajmniej wizualnie…

Tej lubelskiej thrash’owej bandzie przyszło dziś supportować KATa. Zespół istnieje od pięciu lat, a w tym roku nagrał swoje debiutanckie demo i szczerze powiedziawszy na studyjnym materiale wypadają znacznie lepiej. Chłopaki przyznają się do inspiracji SEPULTURą i SLAYERem, jednak inspiracje inspiracjami, a rzeczywistość rzeczywistością. A ta nieco inaczej się przedstawia od tego, co by niektórzy chcieli, by było. Być może za sprawą nowego frontmana kapela jawi mi się jednak jako thrashowa z naleciałościami HC i na scenie bardziej przypomina wesoły ANTHRAX niż SEPULTURę, ale niech tam. Dajmy im szansę, w końcu to młoda i debiutująca kapela. Nie zmienia to jednak faktu, że entuzjazmu zbytniego nie wywołali.

ImageKATa albo się kocha, albo nienawidzi. A jako że ci drudzy na koncert zapewne się nie wybrali, to i atmosfera była przednia, wręcz rodzinna he he. W sumie zastanawiam się, co ja mogę tutaj napisać… Że było super? No było… Musiało być. Nie mogłem inaczej odebrać tego koncertu, skoro KAT jest dla mnie najważniejszy. Zagrali „Czas zemsty” i aż mnie ciarki przeszły. Gdyby zagrali wszystkie swoje utwory i tak ludzie by czuli niedosyt, koncert, mimo że długi, w każdym momencie skończyłby się za wcześnie. I tak też się stało. Utwory, miejscami lekko przearanżowane, wbijały w podłogę. Co prawda inaczej odbiera się coś, co zna się na pamięć nuta po nucie, inaczej nowości, ale mimo wszystko, co warsztat to warsztat, bez dwóch zdań. Czasem tylko brakowało solówek Piotra, ale niestety nie można mieć wszystkiego… Pomijając fakt, że bisy były i tak w planie, były w zupełności zasłużone. Po zejściu muzyków ze sceny ludzie długo skandowali „KAT, KAT, KAT”… Wreszcie gdy zmienili to na „Nie ma Kata bez Romana”, zespół ponownie wkroczył na deski, a Roman skwitował to słowy „Nie ma Kata bez Metali”… Skromniś… W ogóle pomiędzy utworami Kostrzewski zawsze coś tam powiedział, do każdego utworu miał jakąś tam anegdotkę, więc było i zabawnie miejscami i szyderczo czasami. Na bis poleciały odpowiednio „Łza dla cieniów minionych” i „Ostatni tabor”. Potem z głośników poleciał jeszcze tylko fragment ze „Szmaragdu bazyliszka”, ale to już z taśmy…

Pomimo, że w marcu KAT odwiedził Lublin, a bilety też do najtańszych nie należały (37 zł w dniu koncertu), klub był wypełniony po brzegi. Co prawda do ścisku niczym w puszce sardynek było daleko, ale przemieszczanie po sali w celu robienia fotek z różnych ujęć miałem z lekka utrudnione. Jeśli ktoś ma ochotę obejrzeć fotki, są one tutaj.

[Paweł]