KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI, TURBO, BETRAYER, KREON, 230 VOLT – 17.04.2015, Kraków

2015.04.17_katOld School Festival:
KAT & ROMAN KOSTRZEWSKI, TURBO, BETRAYER, KREON, 230 VOLT
17.04.2015, Kraków, „Fabryka”

Dnia 17 kwietnia 2015 r. w krakowskim klubie „Fabryka” odbył się Old School Festival, na którym wystąpiły dwie legendy polskiej muzyki metalowej, a także kilka mniej znanych również rodzimych składów. Niestety, jak to w życiu bywa, nadmiar codziennych obowiązków i zobowiązań zawodowych wpływa niekorzystnie na ramy czasowe, w których się poruszamy. Do „Fabryki”, wraz ze swoim kumplem, dotarliśmy samochodem na koniec występu zespołu KREON. Ominęły nas dźwięki 230 VOLT oraz prawdopodobnie supportu niespodzianki.

230 VOLT miałem przyjemność oglądać na festiwalu, który sami zorganizowali w dawnym klubie „Lizard King” dwa lata temu, zamienionym obecnie na wiejską dyskotekę dla mało wymagających odbiorców…

Co do występu KREON, widziałem trzy ostatnie kawałki. Publiczność dopiero leniwie spływała do „Fabryki”, więc frekwencyjnie szału nie było, za to starzy wyjadacze brzmieli nadzwyczaj selektywnie w porównaniu z BETRAYER, ale o tym za chwilę. Plus składów z jedną gitarą, które grają jako rozgrzewacze przed tuzami wieczoru, sprawia, że ich własne brzmienie ma większą szansę na obronę. KREON zabrzmiał czytelnie, a nad wszystkim górował głos wokalisty.

Po krótkiej przerwie technicznej, którą wykorzystałem na zwiedzanie „Fabryki”. Jak w przypadku tego typu spędów, udało się spotkać kliku starych znajomych, choć przyznam szczerze, że jak na piątek i dwa główne dania w postaci TURBO i KAT, to do „Fabryki” można było spokojnie wepchnąć jeszcze trochę ludzi. Cóż, zespoły te nie przyciągają już takich tłumów jak kiedyś, a jakie obecnie gwarantuje choćby BEHEMOTH. Stara gwardia powoli odchodzi w cień, a i coraz więcej współczesnej młodzieży delektuje się dźwiękami Gangu Albanii, Donatana i Cleo, czy innego plastikowego gówna, które niewiele ma wspólnego z prawdziwą organiczną muzyką, niosącą za sobą coś więcej niż tylko przeszywające powietrze wibrujące dźwięki.

Tymczasem na deskach sceny zaczął instalować się BETRAYER. Byłem ciekawy, jak wypadnie, nie słyszałem przed ich koncertem nowego wydawnictwa „Infernum In Terra”, więc nie wiedziałem za bardzo, czego się spodziewać. Niestety koncert wypadł średnio interesująco. Brzmienie kapeli po prostu tragiczne. Tutaj pretensje należałoby skierować w stronę osoby odpowiedzialnej za konsolę. Ciężar i bezkompromisowość BETRAYERa uleciała za sprawą całkowicie schowanej za ścianą rozmytych gitar perkusji. Brak werbla i ledwo słyszalne centralki spowodowały załamanie pulsu. Przy wolnych utworach było lepiej, ale kiedy tylko zespół przyspieszał, znowu uaktywniał się chaos. Poza tym chłopaki z BETRAYER nie za bardzo potrafią się zachować na scenie. Zabrakło zdecydowania, płynnych przejść pomiędzy utworami, odpowiedniego dawkowania konferansjerki… No bo jak to wygląda, jak Berial ryczy do mikrofonu zapowiadając utwór, później pije wodę mineralną, a do prawdziwego startu utworu mija z półtorej minuty hehe. Od kapel tego pokroju wymaga się już zdecydowanie więcej. Chciałoby się rzec, że wręcz oczekuje się skomasowanego ataku na narządy słuchu, bez zbędnego pierdolenia. Wyjść – zagrać, później ewentualnie pozamiatać scenę lub zebrać szczątki nieżywych fanów. Zabrakło energii i pomysłu, także set dłużył się w nieskończoność.

Gdy BETRAYER skończył, przyszła pora na TURBO. Byłem spokojny o kondycję muzyków. Ostatnie wydawnictwa w postaci genialnego „Strażnika Światła”, czy może odrobinę słabszego „Piątego Elementu” pokazują, że TURBO przeżywa teraz drugą młodość i dawno nie nagrał tak świetnych płyt, jak od czasu „Kawalerii Szatana”, czy „Ostatniego Wojownika”. Ponieważ każdy zespół miał dość sztywne ramy czasowe, Wojciech Hoffmann i spółka nie mogli zaprezentować setu, jaki znalazł się na wybornej koncertowej płycie „In The Court Of The Lizard”, jednak stanęli na wysokości zadania wybierając kilkanaście najpiękniej lśniących pereł szybkiego jak diabli heavy metalu. Brzmienie poprawiło się, aczkolwiek dalej był problem z perkusją, którą ginęła za ścianą riffów gitarzystów. Tego wieczoru usłyszeliśmy: „Przebij Mur”, „Szalony Ikar”, „Strażnik Światła”, „Serce Na Stos”, „This War Machine”, „Jaki Był Ten Dzień”, „Ktoś Zamienił”, „Seans Z Wampirem”. Ehhh, Wojciech Hoffmann to klasa sama w sobie, doskonały popis gitarowych umiejętności. Mam wrażenie, że ten człowiek z każdym rokiem staje się coraz lepszy. Wspaniałe riffy, niesamowite solówki, precyzja, wyczucie, profesjonalizm!!! Zresztą cała reszta składu TURBO prezentowała się równie wspaniale. Bogusz Rutkiewicz ozdabiał wszystkie stare hymny przenikającym i świdrującym wnętrzności basem, Szalony Bobiś masakrował zestaw perkusyjny, a i Dominik nie pozostawał w tle, ścigając Wojtka w gitarowych pojedynkach. Bardzo mocnym akcentem tego wieczoru było wykonanie w języku polskim „Ostatniego Wojownika”, a także godnych reprezentantów „Kawalerii” – „Żołnierz Fortuny”, „Kawaleria Szatana Cz. I” i na bis „Dorosłe Dzieci”. TURBO opuściło scenę przy gorącym aplauzie publiczności. To był doskonały koncert.

Na sam koniec wystąpił KAT z Romanem Kostrzewskim. Na ten występ czekałem z niecierpliwością. KAT był, jest i będzie najważniejszym dla mnie polskim zespołem metalowym, bez którego bez wątpienia nasza krajowa scena nie byłaby tym, czym jest dzisiaj. Postać Romana to również żywy przykład na to, że można żyć cały czas swoją pasją pozostając wiernym swoim ideałom i mając tak nieprawdopodobne zdolności tańca scenicznego, nie brać udziału w istniejącym już dziesięć lat programie „Taniec z gwiazdami” hehe… Po jesiennych wojażach w „Rotundzie” miałem nadzieję, że będzie to lepiej zagrany i przygotowany koncert. O ile wcześniejszy gig powalił mnie na kolana setem akustycznym, tak część z prądem przypominała zlepek przypadkowo ustawionych utworów, opatrzonych fatalnym nagłośnieniem. Zespół chyba nie za bardzo miał pomysł na połączenie tych dwóch różnych światów. Na Old School Festival KAT postawił na set opierający się wyłącznie na mocnym przekazie ostudzonym trzema kultowymi balladami. W nastrój euforii wprawiło mnie cieknące jak smoła z głośników intro w postaci „Szmaragdu Bazyliszka”. Później ruszyły „Czarne Zastępy” i stało się coś, czego się nie spodziewałem. KAT zabrzmiał po prostu fenomenalnie, mega głośno, nadzwyczaj selektywnie i ciężko. Zaliczyłem wiele koncertów tego nowego i starego KATa, ale dawno Kostrzewski i spółka nie zmietli sceny tak jak w „Fabryce”. Widać, że zespół dużo koncertuje. Muzycy byli świetnie zgrani, utwory sunęły jeden za drugim, nie dając wytchnąć rozgrzanym do czerwoności fanom. Roman w świetnej formie, dalej bawił nas miłą konferansjerką, jednak w wydaniu skróconym, co nie pozwoliło na ostudzenie emocji i zbytnie przeciąganie przerw między utworami. Piotrek i Krzysiek dali z siebie wszystko, żeby wykrzesać z gitar jak najbardziej diabelskie dźwięki. Irek tworzył monumentalne podwaliny rytmiczne, ciosając mocne i precyzyjne uderzenia. Jego niepowtarzalne podejście do metrum pokazuje, że warto poszukiwać w muzyce siebie, nie starać się na siłę kopiować innych. KAT zagrał tego wieczoru wspaniały koncert. Z płyty „666” usłyszeliśmy: „Metal i Piekło”, (zagrane niezwykle świeżo) „Diabelski Dom Cz. I i Cz. III”, „666”, „Wyrocznia”, „Morderca”. Z „Oddechu Wymarłych Światów” poleciały odśpiewane chóralnie: „Śpisz Jak Kamień”, „Głos z Ciemności”, „Dziewczyna w Cierniowej Koronie”. „Bastard” reprezentowały: „W Bezkształtnej Bryle Uwięziony” i „Łza Dla Cieniów Minionych”, przy której zawsze następuje apogeum szczęścia wśród publiczności; każde słowo z tekstu tej piosenki zostało niemal wydarte Romanowi z ust. Jest w niej coś niepokojąco pięknego. Roman zresztą w dość niekonwencjonalny sposób zadedykował utwór zmarłemu przed laty Jackowi Regulskiemu. Koncert KATa bez tej piosenki jest po prostu niekompletny. Kiedy przyszła pora na „Róże”, usłyszeliśmy bezkompromisowy „Odi Profanum Vulgus”, ociekające erotyzmem „Purpurowe Gody” (w których Irek z Michałem Laksą fajnie zaakcentowali końcówkę przed „…wyciągam ostry nóż”) oraz jadliwy „Strzeż Się Plucia Pod Wiatr”. Koniec koncertu to oczywiście „Ostatni Tabor”, co nie zmienia się już od dłuższego czasu. Dużym zaskoczeniem było dla mnie przygotowanie muzyków. Czułem, że naprawdę odrobili zadanie domowe, bo z tym przez lata bywało po prostu różnie. Pojawiło się sporo zmian aranżacyjnych, czy to w solówkach czy śladach bębnów. Chłopaki dopracowali chaotyczne niegdyś zakończenia, coś na wzór końcówek z „Somewhere In Poland” i co najważniejsze, Romek nie mylił tekstów, cały czas trzymał fason. Odpowiedni time, wyczucie i ekspresja. Brawo!!! Tyle lat upłynęło, a oni wciąż grają. Gdy ich zabraknie, nic nie będzie już takie jak dawniej, niech ich okręt płynie jeszcze wiele, wiele lat…

[Sabian]