KHROMA Collapse `14

CD `14 (Inverse Rec.)
Ocena: 4/6
Gatunek: industrial-electro-groove metal

Koncertowi bywalcy pewnie dobrze już znają fińską KHROMĘ – na dwóch trasach zespół zagrał ostatnio kilkanaście (!) koncertów w naszym kraju – niedługo przed i tuż po wydaniu swego debiutu, którego premiera miała miejsce 28.03.2014 r. Album „Collapse” trwa trochę ponad pół godziny, ale traktowany jest jako pełnoprawny długograj. Osobiście bardzo lubię takie granie: zrytmizowane łojenie gdzieś pomiędzy VOIVOD, MESHUGHĄ i NEUROSIS, „powyginane” walce pełne sprzężeń, ciężaru i mocy, w których nie chodzi o melodie (oj, na „Collapse” nie znajdziecie raczej żadnej chwytliwej melodii!), a o eksploatowanie ciężkich brzmień, poszukiwanie „nieskażonej” siły i drapanie świeżo zakrzepłej rany. Na FB swoją muzykę zespół podpisuje jako „electronic alternative metal”, ale równie dobrze można napisać industrial-electro-groove… Jest tu kosmiczny odjazd oraz dość sporo ciężkich, „zimnych” sampli i klawiszy przedniej próby, które doskonale balansują trzy (jak to wynika z wkładki) wiosła. Dla mnie najwięcej jest tu z „poetyki” VOIVOD z okolic albumu „Phobos” i gitary nieodżałowanego Denisa D’Amour. Panowie na pewno znają i lubią tę płytę, a złośliwy powiedziałby, że trudniej byłoby znaleźć różnice, niż podobieństwa. Podstawowa różnica to siedemnaście lat, jakie upłynęło między realizacją obu tych albumów i postęp techniczny, jaki się w międzyczasie dokonał. Co by nie mówić, kiedyś było trudniej wykreować na płycie taką atmosferę… W realiach cyfrowych teoretycznie da się dużo więcej, ale na ostatku i tak liczy się tylko muzyczne wyczucie, talent i smak. A muzyka wyszła KHROMIE niebanalna! Elektronika – choć wszechobecna – w rzeczywistości tylko ją ubarwia, podkręca, dodaje smaczków. Nie musimy się jej obawiać. Metalowców-ortodoksów zapewniam, że ciężary są na miejscu – leżą stabilnie na samym środku, nadając kształt muzycznej bryle. Recenzowanie jednak nie polega jedynie na nieustannym klepaniu się po plecach, bo konstruktywna krytyka może przecież pomóc! (A klepanie pozostawiłbym fan(k)om.) I tak na „Collapse” wszystko gra jak najlepiej, kompozycje są dopracowane – aranżacyjnie i brzmieniowo dołożono wszelkich starań. Za to zawodzą niestety… wokale. Trochę przykro mi to pisać, ale tak dobrej (!) muzyce nie licują tak nędzne voxy. Szczególnie mam tu na myśli Riku Rinta-Seppala, głównego krzykacza i równocześnie człowieka od elektroniki w KHROMIE. Otóż Pan Wokalista wszystkie linijki własnych tekstów zaśpiewał tu tak samo! Żeby nie być gołosłownym, proszę porównać sobie frazy w refrenach „A Vessel to Steer” i w „Panopticon” (gdzie tak samo zaśpiewa „…the size of your mind”) i nie są to tutaj żadne wyjątki, to reguła nieznosząca odchyleń. Riku warsztat ma raczej przeciętny, podobnie jak warunki głosowe, do tego nie wykazał się praktycznie minimalną inwencją i w rezultacie wyszło po prostu słabo. Rezultat jest taki, że ciekawa muzyka dzięki wokaliście wydaje się… nudna. Poprzeczki nie podnosi też zbyt wysoko i alternatywą dla zespołu nie powinien być drugi wokal, gdzie spełnia się gitarzysta Janne Aulavouri. Prawdziwym objawieniem za to okazuje się ostatni na płycie „The Martyr Acts”. Tam panowie z KHROMY zatrudnili do śpiewania nijaką Sarę Sayed (na co dzień wokalistkę z pogranicza popu i jazzu). Efekt jest zaskakująco dobry (mnie przypomniała się P.J. Harvey z „Desert Sessions”), więc może to jest droga? Nie lubię doradzać „w sprawach artystycznych”, ale KHROMA powinna zmienić wokalistę, a kobiecy wokal zadziwiająco dobrze się już tam sprawdził. Więc może Pani Sara Sayed miałaby ochotę pośpiewać z nimi trochę dłużej? [Herr B.]

Khroma, www.khromaband.com, www.facebook.com/khromaband
Inverse Rec., info@inverse.fi; www.inverse.fi