KORPIKLAANI, NIRTHER, TROLL GNET EL’ – 27.11.2009, Warszawa

KORPIKLAANI, NIRTHER, TROLL GNET EL’

27.11.2009, Warszawa, „Progresja”

Jest 27 listopada 2009, dwa dni przed koncertem KORPIKLAANI dowiaduję się – „masz wejściówki i idziesz”. No cóż, „naczelny” każe, Kuba musi he he.
29 listopada, niedziela, godzina 16, Warszawa, Dworzec Zachodni. Do koncertu dwie godziny, bary pełne „czarnych”. Przy wspólnym piwku poznaję czteroosobową ekipę z Litwy, wiek na oko 16 lat. Razem jedziemy do „Progresji” i po 40 minutach jesteśmy na miejscu. I tu pierwsza niespodzianka – pod klubem jest jakieś 200 osób. Mało, cholera. Około 18:15 otwierają się bramy, ludzie wchodzą, a tu druga niespodzianka. W środku jest może ze 100 osób, kiedy nagle trzask i drzwi znów zamknięte. No cóż, czekamy. Sztuka miała się zacząć o 19:00, już dawno jest po, a tu ludzie dalej na dworze. Padają różne informacje, a to kłopoty z prądem, a to KORPIKLAANI są gdzieś na mieście i udzielają się medialnie… Urozmaicam sobie czas rozmową. Chcę zaczerpnąć informacji o supportach i tu kolejna niespodzianka – TROLL GNET EL’ jest z Rosji. A o NIRTHER nikt nic nie wie, poza tym, że to death metal. Za wiele się nie dowiedziałem. Kolejka rośnie, teraz pod „Progresją” czyha już ze 350 osób. Razem z tą setką w środku to i tak nie najlepszy wynik. W końcu wpuszczają. Około 19:40 wszyscy są w środku.

Jeszcze 10 minut i na scenę wychodzi TROLL GNET EL’. Mieli być Rosjanie, a tu widzę facetów w kiltach, wszędzie runy i te sprawy. Hmm… Nie wiem, co o nich mogę powiedzieć, nie znam ich twórczości. Zaczęli dość niemrawo, ot gitara, flet i skrzypce. Nie, myślę, że to chyba nie dla mnie. Pod sceną ze 20 osób, reszta podpiera ściany, część okupuje bar. Jednak nagle coś się zmienia; niemrawa jak zwykle warszawska publika zaczyna doceniać to, że muzycy dają z siebie wszystko. Muza jest w sumie całkiem konkretna. To oczywiście lekka podróba KORPIKLAANI, ale z dość dobrym warsztatem i muzycznie nic im nie brakuje. Skrzypaczka szaleje po scenie, flecistka również jest niesamowita. Chłopakom w kitlach jaja się nie pocą, więc też jest ich wszędzie pełno. Publika się bawi, więc myślę, że ten mniej więcej 40-minutowy set nieźle wszystkich rozgrzał.

No cóż, teraz czas na NORTHER. W przerwie przed ich występem umilam sobie czas rozmową z flecistką TROLL GNET EL’. Pijemy jakieś słodkie wino. W trakcie tej rozmowy wychodzi na jaw, że to jednak Rosjanie z Sanktpetersburga. Po pewnym czasie dołącza do nas wokalista, częstuje piwem, więc jest jeszcze fajniej. Przechodzimy na rosyjski i o dziwo, świetnie się rozumiemy, a tymczasem na scenie rozgrzewa się NORTHER.
Podczas tej rozgrzewki wiele sobie obiecywałem, gdyż wszystkie partie gitar były ok, bębny niezłe, wokal przypominał pannę z ARCH ENEMY ale to szczegół. Zapowiadało się nieźle. Pod sceną około 100 osób, w „młynie” ze 20. Twórczości NORTHER również nie znam, więc się nie wypowiadam. Na każdym innym koncercie byliby pewnie nieźle odebrani, ale niestety tu nieco przegięli. Jest niedziela ok. 22:00, wszyscy czekają na gwiazdę wieczoru, a NORTHER nie zamierza kończyć. Sam nieco się pobawiłem, ale w końcu po prostu się znudziłem. Od sceny w kierunku baru odchodzą kolejni ludzie, dobrze bawi się może z 15 osób, a NIRTHER ciągle gra. Wreszcie, po ponad godzinie, koniec. Uff… Gdzie bym nie patrzył i kogo nie pytał, otrzymywałem tą samą odpowiedź: za długo, zbyt statycznie i ogólnie rzecz biorąc nudno. Jedno jest pewne, po rozgrzewającym TROLL GNET EL’, NORTHER był irytujący i publika musi na nowo wchodzić w rytm.

Image

W końcu przed 23:00 zaczyna gwiazda wieczoru. Dla wszystkich było jasne od czego – „Vodka”. Podczas dwóch ostatnich koncertów w Polsce zawsze tak zaczynali.  Jonnie w indiańskim, skórzanym wdzianku odwala na scenie „szamańskie tango”. Zestaw utworów to totalny przekrój twórczości KORPIKLAANI. Mamy te nowsze, jak „Vesaisen Sota” i te na wpół zapomniane, np. „You Look Into My Eyes”. Wśród nich oczywiście największe hity: „Wooden Song”, „Keep Of Galloping”, Metsamies”. Poza tym doskonała zabawa dla wszystkich… Na scenie tańczące panny (groopies?), które jednak nie reagowały na ryk 100 gardeł: „Pokaż cycki, pokaż cycki!”. Lalki były fajne, więc i tak było na co popatrzeć. Basista Jarkko, o wyglądzie sympatycznego tatusia, trzepie dynią aż miło, Hittavainenowi skrzypce palą się w rękach równie mocno jak papieros w dziobie raz na 5 minut. Akordeonista Juho tonuje towarzystwo – typowy niewzruszony Fin, przez cały koncert nawet się nie uśmiechnął. Kaile w stylowym kapelusiku co parę minut rzuca dowcipne komentarze. Matson w doskonałym urodzinowym (?) humorze (sala odśpiewuje mu „100 lat”), głosem z kreskówki przypomina o swoim istnieniu. Chłopaki grają aż miło, piwo się leje, w pewnym momencie basista nie wytrzymuje – trzeba się odlać he he. Bas przejmuje wokalista, trzepie dredami i coś mu tam nawet wychodzi. Publiczność szaleje. Zbliżamy się do końca… Hittavainenowi kończą się papierosy, które podkrada mu Jonne. Zagrali pół „Karkelo” i nagle koniec, gasną światła. Muzycy odchodzą, ale nie fani. Cała sala skanduje nazwę zespołu, mija 10 minut i nic. Ale nie są tacy i w końcu wychodzą. Strzykają zawleczki od puszek i wszystko jasne: „Beer Beer” – doskonały kawałek na bis. Jonne upija łyk, strzyka przez zęby w publikę, po czym oddaje puszkę i rzuca się w ślad za nią ze sceny. Ochrona reaguje natychmiast (dość grzecznie) i Jonne po chwili wraca niesiony na rękach wiernych fanów. Niestety piwa już nie odzyskał. Totalnie pognieciona puszka Królewskiego okrążyła całą salę. Czy to już koniec?  A skąd, chłopaki wyciągają z ciepłych łóżeczek ekipę TROLL GNET EL’ i wspólnie wykonują „Hunting Song”. Jest prawie 0:30, ale nagle wszyscy odzyskują wigor. Nikt już nie stoi. Pod sceną totalne szaleństwo. Ledwo stojąca na nogach flecistka TROLL GNET EL’ nie myli się, partie wokalne wykonuje człowiek w kilcie – jednym słowem totalna integra. Milkną ostatnie tony. Spoglądam na zegarek, jest 1:00 rano, poniedziałek, praca itp.

 

[Kuba]