KREATOR, CALIBAN, ELUVEITIE, EMERGENCY GATE – 18.02.2009, Kraków

Chaos Over Europe Tour 2009:
KREATOR, CALIBAN, ELUVEITIE, EMERGENCY GATE

18.02.2009, Kraków, „Klub Studio”

Co prawda KREATOR zagrał w Polsce latem 2008 r. – ku ogólnemu zaskoczeniu – na Przystanku Woodstock, jednak pewne nieduża część metalowców udała się na ten hippisowski festiwal:-), aby akurat zobaczyć legendę niemieckiego, europejskiego, światowego thrash metalu. Kolejna ku temu okazja nadarzyła się podczas Chaos Over Europe Tour, którą we wschodniej Europie obsługiwała ukraińska agencja Global Promotion, która wespół z polskimi przyjaciółmi zorganizowała koncert Petrozzy & Company w Krakowie i dzień później w Warszawie.

Dobór supportów można uznać za zaskakujący, ale też ciekawy i po prostu różnorodny. Trzy kapele: EMERGENCY GATE, ELUVEITIE i CALIBAN towarzyszyły KREATORowi na całej europejskiej trasie (Chaos Over Europe) i one naprawdę wystarczyły. Na polskich koncertach nie było żadnych krajowych rozgrzewaczy.

ImageMetalowa uczta w krakowskim „Studio” rozpoczęła się bez opóźnień, punktualnie o godzinie 19-tej. Ludzie stopniowo napływali, gromadząc się raczej przy barach lub na „loży” czyli takim miejscy na pięterku w tylnej części klubu, gdzie można usiąść, no i podziwiać to, co się dzieje na scenie, z wysokości:-). Pierwszy zespół, EMERGENCY GATE, przeszedł więc trochę bez echa. Zresztą zaufania nie budził wokalista, ubrany na biało, z wyżelowanymi włoskami. Owszem, śpiewał nieźle i starał się nawiązać kontakt z publicznością, jednak niewiele osób próbowało się bawić. W takt muzyki Niemców, a jest to melodyjny, ale też agresywny (co zostało wyeksponowane właśnie na koncercie) power metal (z małą domieszką metalcore`a). W Polsce ten zespół jest jeszcze praktycznie nieznany. Ostatnia jego płyta, „ReWake”, ukazała się raptem trzy tygodnie przed tym koncertem, więc słyszeć ją mogli tylko nieliczni. I ci (nieliczni:-)) stwierdzili, że jednak w wersji studyjnej EMERGENCY GATE brzmi lepiej, po prostu odpowiednio czysto. A tego nie można powiedzieć o brzmieniu w „Studio”…
Image
Druga z kolei kapela, ELUVEITIE, została już przyjęta w pełni entuzjastycznie! Death metal skoligacony z folkiem może być interesujący. I był. Szwajcarska ekipa wykorzystuje w swojej muzyce ludowe instrumenty, które umiejętnie wtapia w tło agresywnej gitary, perkusji i basu. Niestety na koncercie, znów przez słabe nagłośnienie, prawie w ogóle nie było słychać tej liry korbowej (elektryczne skrzypce na szczęście brzmiały lepiej), a także żeńskiego śpiewu (tyle że można było sobie popatrzeć na wie ładne dziewczyny:-)). A za to zespół wspierał się chyba taśmą, bo w ucho rzucały się dźwięki przypominające fujarkę. Jakby jednak nie było, ELUVEITIE postarał się… Rozruszać publiczność:-). Furorę robił wokalista Chrigel, który okazał się niezłym frontmanem. Dzielnie nosi długie dredy, choć czoło ma kompletnie łyse:-). Zachowywał się żywiołowo, śpiewał i grał na flecie. Poza tym po prawej stronie sceny dużo się działo, bo zmieniali się gitarzyści… Po zejściu ELUVEITIE ze sceny, ludzie uparcie próbowali wymusić bis, ale nie udało się. To był tylko support…

ImagePora na metalcore`a:-). Menadżerowie KREATORa mieli nosa do tworu CALIBAN, jako do popularnej grupy, która dobrze wpasowuje się w pewien trend i robi rozpierduchę na koncercie. No tak, te Szwaby mają już swoich fanów, co było widać po szaleństwie w „Studio”, tudzież wykonują tak sugestywną i sprzyjającą robienia młyna muzyczkę, że porwali co niektóre przypadkowe osoby… Zabawa była szalona, ale sama muzyka nie najwyższych lotów. CALIBAN grał naprawdę długo, około godziny. Od połowy wiało nudą i taką pustą, szczeniacką agresywnością… Poza tym, paradoksalnie, nie było, co oglądać. Wokalista CALIBAN był tak wystylizowany i świecił pępkiem, że aż mdliło. Podręcznikowy przykład, jak być „good-looking”, tj. mężczyzną metroseksualnym, ewentualnie mężczyzną-gejem, tj. pedałem, ciotą itd.:-). Naprawdę trudno zaakceptować, jak się zmienił w ostatnich latach wizerunek gwiazdy rocka czy metalu… Jednak z chłopcem związana jest jedna fajna sprawa. W momencie, kiedy publiczność się rozszalała, a surowa ochrona zwiększyła czujność, Andy dzielnie i po męsku pochwycił jednego z „fruwających” fanów i wciągnął go na scenę. Przez chwilę obaj panowie pobujali się w geście „za bary” i było sympatycznie:-). A plebs poniżej szalał…
Image
Ale dość tych przystawek! Czas na danie główne! Można się było spodziewać, że przygotowania do finalnego koncertu potrwają ze 40 minut (bo tyle się szykują chociażby liderzy i prawie liderze polskiego metalu), tymczasem zaskoczenie. Po 20-tu minutach (stykło na siusiu i kolejkę po browca) scena była gotowa, a jej centralnym punktem było ok. półmetrowe podwyższenie z perkusją. Pozostała scenografia również była dopracowana (kotary po bokach sceny i kolorowa płachta w tle). Odzwierciedlał grafikę z ostatniej płyty zespołu. Od pierwszych minut show KREATORa wszystko chodził jak w zegarku, hulało, jak spontaniczny, ale w sumie wyreżyserowany spektakl. W pewnym oddaleniu, ze wspomnianej „loży” scena wyglądała naprawdę efektownie. Gra świateł (dużo czerwieni i zieleni!) oraz dymów była bardzo ważna podczas koncertu. Cztery duże reflektory były skierowane na naszych aktorów – po jednym na ustawionego po prawej Samiego oraz Speesy po lewej i dwa centralnie na Millę. Zestaw perkusyjny wraz z Ventorem był oddzielne oświetlony. Tyle i aż tyle dla oka… A dla ucha? KREATORek zagrał oczywiście sporo utworów z promowanego albumu „Hordes Of Chaos” (tak się zaczęło…), ale nie zabrakło też klasyków i największych „hitów” („Phobia”, „Betrayer”, „Extreme Aggression”, „Flag Of Hate” na bis…). O świetnie skonstruowanej setliście niech świadczy choćby wykonany w połowie koncertu „Pleasure To Kill” – utwór, którego można by się spodziewać raczej na bis. Innym centralnym punktem koncertu był fenomenalnie wykonany „Enemy Of God”, poprzedzony długą zapowiedzią Petrozzy. Zresztą pod względem konferansjerki jest on bardzo kontaktowym facetem, który dużo gadał i wciągał publiczność do zabawy. Szkoda tylko, że nie nauczył się jakiś polskich zwrotów (albo przekleństw:-)), które na pewno spotkałyby się z dodatkową owacją na stojąco:-). Ale i tak Mille był w Krakowie bożyszczem! Po występie na Owsiakowej imprezie padały głosy, że Petrozza nie wyrabia wokalnie i że słychać, jakie ma już zdarte gardło po tylu latach charczenia i chlania. W „Studio” od pierwszych minut jego głos grzmiał tak, jak powinien, więc prawdopodobnie poprzednim razem po prostu zaszkodziło mu zimne powietrze wdychane „pod gołym niebem”. Zresztą cała czwórka pokazała klasę. Brzmienie nie było jednak idealne. Najlepiej nagłośniona była perkusja. Gitary, a zwłaszcza solówki gubiły się. A właściwie ogólnie było trochę za głośno. Czasem lepiej skręcić gałki w dół, aby poszczególne instrumenty było wyraźnie słychać. No ale thrash to czad, więc i hałas musi być:-). Na KREATORze sala została zapełniona. Bardzo gęsto, gorąco i mokro:-) (od spoconych torsów:-)). Tłum falował. Pojawiła się też w rękach fanów biało-czerwona flaga z logiem grupy. Na którą panowie gwiazdorzy pod koniec koncertu zapolowali, zapozowali do zdjęć i ją sobie skonfiskowali:-).

Półtorej godziny później, po niezłym show kultowi Germańce bez ekscesów opuścili scenę… We wspomnieniu, które przez kilka kolejnych dni było jak żywe, pozostał prawdziwy zachwyt. I uznanie. Właściwie KREATOR to marka sama w sobie, ale przed koncertem istniała obawa, że trochę się zakurzyła, zbladła. W końcu lata świetności ta kapela ma już za sobą. Nie można być prekursorem po raz drugi:-). Jednak gig w Krakowie potwierdził klasę zespołu. Panowie pokazali, że starzeją się tylko ciałem, cała reszta to młodzieńcza pasja, ale też ogromne doświadczenie. Jeśli KREATOR ponownie wróci do Polski, na pewno bilety zostaną wysprzedane!

 

[Kasia, foto Sebastian „Spider A.J.” Jankowski, Kasia]

 

ImageZima zaskoczyła drogowców – to ludowe przysłowie słychać było w pierwszych tygodniach roku 2009 nader często. Okazało się jednak, że to, co przysporzyło sporo zmartwień kierowcom, nie przeszkodziło w przedarciu się do Grodu Kraka Hordom Chaosu, maszerującym przez Europę i wszędzie siejącym zniszczenie… Po dokonaniu wszystkich możliwych zniszczeń na terenie Europy Zachodniej, spaleniu domów, zgwałceniu okolicznych dziewic i ograbieniu barów z wszelkiej maści trunków, przyszedł czas na Polskę. Najechana niegdyś przez zagony tatarskie, nasza była stolica teraz przeżyć miała atak o wiele dotkliwszy…
18-go lutego pogoda bynajmniej nie sprzyjała podróżom. Śnieg zasypał drogi, punktualne przyjazdy pociągów i autobusów stały się tylko pobożnymi życzeniami. Czy ktoś o zdrowych zmysłach rusza się w taką porę z domu, tym bardziej gdy ma urlop? Sentyment do muzyki KREATORa przemógł jednak moje lenistwo i niechęć do środków publicznej komunikacji. Po perypetiach z dojazdem (to już u mnie tradycja) dotarliśmy do Krakowa…

Gdy weszliśmy do „Studia”, w klubie nie było jeszcze zbyt wielu osób. Supporty jak zwykle nie mogły liczyć na imponującą publikę. Pierwszy na scenie zainstalował się power metalowy EMERGENCY GATE. Za zbyt lukrowanym i melodyjnym metalem nie przepadam, stąd i ten występ specjalnie nie przypadł mi do gustu. Image wokalisty podpatrzony w teledysku „Cloud Connected” IN FLAMES albo w miejscowej piekarni, też nie napawał entuzjazmem. Do tego odbioru muzyki nie ułatwiało niezbyt selektywne nagłośnienie. Uczciwie trzeba jednak przyznać, że sami muzycy EMERGENCY GATE, nie zrażeni przeciwnościami, byli bardzo zaangażowani w swoje show. Wokalista zdobył się nawet na zeskoczenie do fosy i dokończenie koncertu stojąc na poziomie fanów. Mnie Niemcy nie kupili, choć niektórym się podobało.

ELUVEITIE, grający połączenie folku z metalem, wydawałoby się, pasował do reszty kapel jak pięść do nosa. Mało chyba kto, włączając w to samych muzyków, spodziewał się tak ciepłego przyjęcia. Spore zainteresowanie wzbudziła nawet próba techniczna, gdy na scenie pojawili się członkowie zespołu ze swoim nietypowym instrumentarium. Zaś sam koncert porwał już niemal wszystkich. Tylko niezmiernie żałuję, że pan za konsoletą nie postarał się o dostateczne uwypuklenie folkowych instrumentów, które przez większą część występu Szwajcarów były zagłuszane przez gitary i perkusję. Nienajlepsze brzmienie rekompensował jednak widok muzyków, czerpiących z grania niezwykłą radość. Szczególnie rzucał się w oczy wokalista, grający także na bałałajce i flecie, który na scenie dwoił się i troił, co chwila grając na innym instrumencie. Statycznie wyglądali tylko, zmieniający się co utwór, wspomagający ELUVEITIE na trasie, gitarzyści CALIBAN. Można to jednak wytłumaczyć małym ich obyciem z materiałem.

Gwiazda metalcore’a, CALIBAN, dla mnie spokojnie mogłaby nie wystąpić tego wieczora. Ich set utwierdził mnie tylko w przekonaniu, jaką nudną i bezbarwną muzykę grają. Choć publiczność – trzeba uczciwie przyznać – bawiła się świetnie. Ja z całego koncertu nie zapamiętałem ani jednego numeru. Bo czy zresztą cokolwiek dało się zapamiętać? Brak solówek i ciekawych riffów, mało urozmaicony wokal, że o żenująco brzmiących, melodyjnych wokalizach, fałszującego do tego, śpiewającego gitarzysty nie wspomnę… Jeśli CALIBAN, jak przeczytałem w pewnej recenzji ostatniej płyty Niemców, są obecnie jedną z lepszych kapel metalcore’owych, wolałbym nie mieć „przyjemności” oglądania tych mniej ciekawych na żywo. Nasz rodzimy FRONTSIDE gra o klasę lepiej… Do słabej muzyki świetnie dopasował się wokalista ze swoim image`m. Ze swoim emo-wizerunkiem, starannie wystylizowany, ubrany w za krótką koszulkę (fanki na widok jego odsłoniętego pępka musiały przeżywać niemałe emocje), bardziej pasował na wybieg dla modeli, niż na scenę w klubie, gdzie odbywa się koncert metalowy. Mam nadzieję, że za kilka lat nie będzie to powszechnie obowiązująca moda wśród metalowców.

Nadszedł czas na KREATORa. „Wracanie do Polski, to jak powracanie do domu” – łasił się do publiczności Mille Petrozza. Hm, co ta Unia Europejska robi z ludźmi:-). Niemiec, pochodzenia włoskiego, czuje się jak u siebie w Polsce… Zresztą czy można mu się dziwić? Zespół przywitany został w Krakowie, jakby był teraz u szczytu popularności. W nagrodę muzycy zaserwowali fanom setlistę złożoną ze swoich najsłynniejszych utworów. Zaczęli oczywiście od „Hordes Of Chaos”, a zaraz potem zaatakowali „Warcurse” z ostatniego albumu. Dalsze ciosy w postaci „Phobia”, „Voices Of The Dead”, poprzedzony kwiecistą wypowiedzią Mille o jego niechęci do zorganizowanych religii „Enemy Of God”, „Destroy What Destroys You”, „People Of The Lie”, „Coma Of Souls”, „Violent Revolution”, „Betrayer”, „Extreme Aggression”, „Amok Run” czy „Riot Of Violence” spotykały się z równie dużym entuzjazmem. Wieńczące koncert „Flag Of Hate” (przed którym nie obyło się bez tradycyjnej zabawy Petrozzy z fanami z wykrzykiwaniem słowa „hate”) i „Tormentor” wgniotły wszystkich niedowiarków w ziemię. Nie można nie wspomnieć o kondycji muzyków. Siła i jad zawarty w głosie lidera KREATORa robiły niesamowite wrażenie. Patrząc na niego, trudno uwierzyć, że ten facet przeżył już cztery dekady, z czego dwie na scenicznych deskach. Świetnie zostało przygotowano także oświetlenie. Połączenie świateł o raczej ciemnym zabarwieniu i scenografii z grafiką z nowej płyty dało piorunujący efekt. W takich okolicznościach wijący się na scenie zespół wyglądał upiornie. Jedynym minusem występu KREATORa było brzmienie. Pamiętam zupełnie „płaski” i pozbawiony mięcha sound w czasie koncertu grupy na Mystic Festival 2005. W „Studio” aż tak tragicznie nie było, choć ze wszystkich instrumentów najlepiej było słychać perkusję i bas. Gitary trzeba było sobie niejednokrotnie „dopowiadać”. Szczególnie uwidaczniało się to w czasie melodyjnych partii Samiego. Cóż, pod tym względem daleko nam jeszcze nawet do naszych południowych sąsiadów.

Image

Po tym koncercie KREATORa nie spodziewałem się wiele. Albumu „Hordes Of Chaos” przesłuchałem tylko pobieżnie. Choć zespół, podobnie jak większość thrashowych kapel z lat `80, jest obecnie raczej smakoszem własnego ogona, aniżeli muzycznym innowatorem, trzeba przyznać, że na żywo nadal jest klasą samą dla siebie.

[Jacek, fot. Sebastian „Spider A.J.” Jankowski]