Krzysztof T. Dąbrowski: Do domciu!!!

– Czyś ty naprawdę tak skretyniała? Kiedy wreszcie spadną ci klapki z oczu?! – grzmiał wzburzony męski głos. – Jak można być tak naiwnym i łykać te bajeczki. Przecież oni nas chcą wyprzedać!

Boże znowu się kłócą o tą głupią politykę – westchnęła rozżalona Martynka – mogliby sobie wreszcie dać z tym spokój, przecież ta ich awantura i tak niczego nie zmieni – pomyślała, bo jak na swoje niecałe sześć lat była już bardzo spostrzegawczą dziewczynką.

Nie cierpiała polityki i polityków, bo ci dorośli byli naprawdę bardzo, bardzo głupi i to przez nich rodzice się codziennie kłócą; gdyby mogła to pogoniłaby tych wszystkich pieniaczy gdzie pieprz rośnie!

Wzięła karteczkę i napisała koślawymi drukowanymi literami:

„Idę na spacerek, bo nie mogę słuchać tych waszych krzyczeń!!!”

Otworzyła cichutko drzwi i wyszła z domu. Obejrzała się jeszcze za siebie. Na drzwiach wejściowych przymocowana była niewielka metalowa tabliczka, a na niej białymi stylizowanymi literami pisało „J.i M. Micińscy”; nieco wyżej zaś były cyfry oznaczające numer ich mieszkania – 13.

Może to naprawdę przynosi pecha – zadumała się Martynka ssąc kciuk. Obróciła się i zaczęła zbiegać po schodach; nie było sensu zjeżdżać windą – w końcu mieszkała raptem na czwartym piętrze.

Gdy wybiegła z chłodnej klatki schodowej, uderzyła ją fala gorąca. Lato tego roku było wyjątkowo upalne.

Nikt nie chce mieć udara – pomyślała – ale ja jestem jeszcze za mała na udara. – Upał, nie upał, najważniejsze, że nie musi już słuchać tych okropnych krzyków i wyzwisk!

Słońce prażyło niemiłosiernie, przez co osiedle było kompletnie opustoszałe – nawet ptaki gdzieś się wszystkie pochowały.

Zza bloku wyszło dwoje uśmiechniętych młodych ludzi, a pomiędzy nimi wesoła dziewczynka; szczęśliwa rodzina. Martynka, gdy tak patrzyła na ten sielankowy obrazek, pomyślała o tym jakich ma okropnych rodziców.

– Czasami chciałabym, żeby ich nie było! – fuknęła zdenerwowana. – A niech ich wszyscy diabli wezmą!

Powietrze drżało od gorąca, przechodnie zniknęli za rogiem sąsiedniego bloku. Z krzaczka, rosnącego do tej pory w spokoju, urwała kawałek gałązki. Już miała się schylić, by pobawić się w robienie wzorków na rozgrzanym asfalcie, gdy poczuła przeraźliwe zimno – zupełnie jakby nagle znalazła się na biegunie polarnym. Miała wrażenie, jakby w jej ciało wbito tysiące lodowatych szpikulców. Krzyknęła płaczliwie. Dziwne zjawisko minęło równie szybko i niespodziewanie, jak się pojawiło.

Usiadła zszokowana na krawężniku.

Może jestem chora i miałam ataka temperatury? – pomyślała, powoli dochodząc do siebie.

Pamiętała, że mamusia mówiła jej kiedyś – „jak się jest chorym to trzeba leżeć w łóżeczku, bo jak się w nim nie leży to przychodzą niedobre bakterie i robią krzywdę”(na przykład lekko szczypiące gardło zaczyna nagle strasznie boleć).

Uznała, że nie będzie ryzykować i lepiej już słuchać tej ich awantury, niż potem cierpieć ból gardła, a i tak pyskówkę miałaby na dokładkę.

Zrezygnowana weszła do klatki. Postanowiła wjechać windą – wdrapywanie się na czwarte piętro, to w końcu nie to samo, co zbieganie na dół – zwłaszcza jak się jest ciężko chorym, co nie?

Wcisnęła przycisk z cyfrą cztery. Oczyma wyobraźni widziała nacierające zewsząd hordy krwiożerczych, złośliwych bakterii; takich samych jak w tej okropnej reklamie z płynem do mycia ubikacji! Wzdrygnęła się zdegustowana.

Wysiadając na swoim piętrze zauważyła, że wygląda ono jakoś inaczej – tak troszkę obco. Spojrzała na ścianę – wszystko się zgadza; „Pani Winda nigdy się nie myli i zawsze dowiezie na właściwe piętro, trzeba tylko wiedzieć jaki wcisnąć guziczek” – tak mówiła jej babcia i jak do tej pory zawsze się to sprawdzało.

Rozejrzała się zaniepokojona. Piętro wyglądało inaczej. Czyżby babcia nie miała racji? Czy to możliwe, że Pani Winda jednak czasami się myli? Ale przecież numerek na ścianie się zgadza!

Nieważne, chyba mam chorobliwe przyzwidzenia – stwierdziła i podeszła do drzwi, które wyglądały tak jak zawsze. Pomalowane szaroburą farbą, z przytwierdzoną doń trzynastką; nawet tabliczka wyglądała identycznie.

Martynka nacisnęła klamkę.

Zamknięte.

Dlaczego zamknęli drzwi, skoro wiedzieli, że jestem na spacerku? A może karteczka spadła?

– No to klops! – mruknęła pod nosem.

I jak ja się teraz dostanę do środka? Przecież jestem za niska żeby dosięgnąć do dzwonka – zmartwiła się.

Postanowiła, że spróbuje podskoczyć i przycisnąć przycisk – a nóż widelec się uda?

Po dwóch nieudanych próbach uznała, że nie tędy droga.

– Może to nie kurturarne, ale sami tego chcieliście, jestem ciężko schorowana i nie mam wyboru – zaczęła z całej siły uderzać piąstkami w drzwi.

Otworzyła jej jakaś obca pani.

– A ty czego chcesz dziewczynko? – usiłowała zagaić w sympatyczny sposób, lecz wcale nie wyglądała na sympatyczną osobę.

– A co pani tu robi… i to w moim domku, co?!

Kobieta wyglądała na co najmniej zaskoczoną tym pytaniem.

– Kto panią tu wpuścił? Jest pani wyłamywaczką?!

– Dziecko, ależ coś ci się pomyliło, to nie jest twój dom. Chyba pomyliłaś piętro.

– Ja… ja… – zaczął jej się łamać głos, bo to niewątpliwie była zła wyłamywaczka i uświadomiła sobie, że jak najszybciej coś z tym fantem musi zrobić! – Ja tu mieszkam! Ja idę na policję i oni zaraz panią zamkną! – Obróciła się na pięcie i zbiegła po schodach pozostawiając oszołomioną wyłamywaczkę samej sobie.

Gdy wybiegła na zewnątrz, uznała, że nie wie gdzie szukać policjantów.

– No tak, no ładnie no! – denerwowała się. – Jak są potrzebni to ich nie ma!

Po chwili wpadła na niegłupi pomysł – przecież mam komórkę, mogę zadzwonić do mamy!

Wyciągnęła telefon i przez chwilę szukała właściwego numeru. Gdy się połączyła do jej uszu dotarł zadziwiająco piskliwy, kobiecy głosik.

– Mamusia? – Wyszeptała niepewnie.

– Pomyłka – pisnęła kobieta i rozłączyła się.

Martynka sprawdziła jeszcze raz, mając nadzieję, że wcisnęła coś nie tak jak trzeba, ale o dziwo numer się zgadzał – wyraźnie pisało przy nim „MAMUSIA”.

Ojej – przeraziła się – ojejku, ja chciałam żeby ich nie było, żeby diabli wzięli moich rodziców!

Oczka się zaszkliły, a usta wygięły w podkówkę.

– Przepraszam panie Boże – rzekła drżącym z przejęcia głosikiem. – Zrobię wszystko, tylko zrób tak żebym znowu miała rodziców… i domek, proszę…

Nic się nie wydarzyło.

Usiadła na krawężniku i zaczęła cichutko pochlipywać.

Nagle poczuła przeraźliwe zimno – takie samo jak przed kilkunastoma minutami – aż zaczęła dzwonić zębami.

Podobnie jak wtedy, tak i teraz, całe to dziwne zjawisko po chwili minęło.

A więc nie jestem chora! To tak Bóg spełnia nasze życzonka! – Uśmiechała się od ucha do ucha, ocierając łzy.

– Juhuuu, do domciu! – wykrzyknęła radośnie i pognała do klatki. Miała w sobie teraz tyle energii, że nawet nie chciało jej się czekać na Panią Windę – zaczęła wbiegać, robiąc susy co dwa stopnie. Zziajana, ale szczęśliwa wbiegła na swoje piętro.

Tym razem wszystko było na swoim miejscu, nie dostrzegła żadnych niepokojących zmian. Nawet nie przejęła się tym, że drzwi były zamknięte.

– Wybaczam wam – krzyknęła radośnie i niepomna tego, że może dostać burę, zaczęła łomotać piąstkami w drzwi.

Gdy te się otworzyły, ujrzała swoją mamę.

Mama zmarszczyła brwi i spytała zaskoczonym głosem:

– A kim ty jesteś dziewczynko? I czemu tak się do nas dobijasz?

– Mamusiu, to przecież ja, Martynka!

– Dziewczynko, ależ tobie coś się pomyliło. Ja nie mam córeczki, tylko synka, Patryczka – odrzekła głaszcząc po czuprynie tęgiego, również bardzo zdziwionego, chłopca.

[Krzysztof T. Dąbrowski]