Krzysztof T. Dąbrowski: Moje Ciało?

I

Tak bardzo chciałbym umrzeć. Nie istnieć. Marzę o tym by Moje Ciało było wreszcie martwe, niezależnie od tego co się będzie dalej działo z mą duszą. Pewnie myślicie, że zwariowałem. Zastanawiacie się, jak można pragnąć własnej śmierci? A jednak zapewniam was – TAK, MOŻNA! Mogę się założyć o wszystko, że gdybyście byli w mojej sytuacji pragnęlibyście dokładnie tego samego. Byłoby to największym marzeniem waszego życia. Nie wierzycie? To posłuchajcie teraz mojej historii. Opiszę wam jedną z wielu koszmarnych nocy. Opowiem ze szczegółami co się wtedy dzieje…

II

Moje Ciało wstaje. Jest noc, nic nie widzę. Chciałbym jeszcze pospać, ale nie mogę bo ono postanowiło zwlec się z łóżka. Dobrze wiem w jakim celu i za to właśnie go nienawidzę. Zresztą, czy ciało to w takiej sytuacji nadal jest moje? Zmierza właśnie do lodówki aby się pożywić, a ja nie mam nad nim żadnej kontroli. Widzę swoją rękę otwierającą plastikowe drzwiczki,wyciągającą ochłap mięsa. To tylko moja ręka, lecz nie ja. Ona robi to sama z siebie. Nie pytając mnie o zgodę, bierze mięso i wpycha je do moich ust. Jestem jak więzień, utknąłem w tej powłoce cielesnej, która poddaje mnie najróżniejszym torturom, zarówno fizycznym jak i psychicznym. Przeżuwam to paskudztwo – jest obrzydliwe, przesiąknięte krwią. Czuję jej metaliczny smak. Chce mi się rzygać, ale tego też nie mogę zrobić. Tak bardzo bym pragnął jeść coś innego, cokolwiek – nawet papka ryżowa, której w dzieciństwie nienawidziłem byłaby teraz jak wykwintny deser! Przełykam. Czuję jak ohydna masa przesuwa się coraz niżej. Ociera się o krtań, a za kilka chwil wypełni mój (nie-mój) żołądek. Czasami nawet próbuję nie myśleć o tym, wyobrażać sobie, że jem coś zupełnie innego, lecz niestety niezbyt mi to wychodzi.

Kątem oka zauważam zegar, jest piętnaście po pierwszej. Ciało znowu ruszy na łowy – nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Używając moich dłoni ubiera się, bierze kluczyki do samochodu, buteleczkę z eterem, watę i nóż – a ja mogę tylko patrzeć. Wiem, że dziś w nocy zginie kolejna kobieta… i nie mogę nic zrobić by temu zapobiec!

Owszem, od czasu do czasu przejmowałem kontrolę nad swym ciałem, ale było to tylko wtedy gdy zezwoliło mi na to, To Coś. Właśnie – TO COŚ – a czym to jest nie mam pojęcia; obawiam się, że zostałem opętany przez ducha lub coś jeszcze gorszego.

Myślę, że nie ma nikogo, kto byłby w stanie mi pomóc. Pewnie zastanawiacie się dlaczego nie popełniłem samobójstwa by powstrzymać mordercze zapędy mego ciała. Wyobraźcie sobie, że próbowałem, starałem się z tym walczyć. Bywało tak, że wybiegałem z domu z zamiarem udania się na najbliższy komisariat. Zawsze koniec był taki sam – nogi (MOJE NOGI!) odmawiały posłuszeństwa i już po kilku krokach traciłem w nich czucie. Me ciało maszerowało z powrotem, do domu. Z punktu widzenia postronnego obserwatora musiało to wyglądać bardzo zabawnie – facet, w płaszczu narzuconym luźno na piżamę, biegnie potykając się o własne nogi; nagle zatrzymuje się, jakby zaliczył zderzenie z niewidzialną ścianą, po czym wykonuje gwałtowny zwrot w tył i spokojnym już krokiem idzie w drugą stronę. Musiało to wyglądać przekomicznie; mnie jednak wcale nie było do śmiechu.

Po kilku takich daremnych próbach postanowiłem targnąć się na własne życie. Miałem wrażenie, że uda mi się to zaskoczyć. Błyskawicznie sięgnąłem po nóż, z zamiarem wbicia go w klatkę piersiową. Niestety, byłem cały czas kontrolowany. Chwile pozornej wolności były tak naprawdę tym samym, czym dla więźnia jest wyjście na spacerniak; wcale nie staje się on wtedy wolnym człowiekiem. Moja ręka jakby skamieniała, w ułamku sekundy, dosłownie nie byłem w stanie nią poruszyć. Ostrze było zaledwie kilka centymetrów od skóry. Tak mało brakowało…

Jedziemy samochodem – Moje Ciało i ja. Przemierzamy, oświetlone mdłym światłem, opustoszałe ulice. Gdzieniegdzie trafiają się grupki podpitej młodzieży wracającej z imprezy. Od czasu do czasu widzę kogoś samotnie wracającego do domu – tej nocy przeżyje – ciało nigdy nie atakuje w centrum miasta; ono jest cwane i nie chce żadnych przypadkowych świadków.

Zaczyna lekko padać. wycieraczki poruszają się leniwie z jednostajnym zgrzytem. Jest mi strasznie smutno. Boję się. Krzyczę w mym ciele, lecz ono niewzruszone siedzi spokojnie i kręci tą pieprzoną kierownicą. Auto pokonuje kolejne zakręty – grzecznie, bez pośpiechu, zgodnie z przepisami choć o tej porze jest nikłe prawdopodobieństwo tego, że zostanie zatrzymane do kontroli.

Nawet gdyby się trafił patrol i upierdliwy gliniarz, który przyczepiłby się o coś, to i tak To Coś by z tego wybrnęło. Jest piekielnie inteligentne – wiele razy zdarzało się, że potrafiło załatwić sprawy z pozoru nie do załatwienia.

Wyjechaliśmy na przedmieścia. Ruch jest praktycznie zerowy – od czasu do czasu przejedzie tylko rozklekotany nocny autobus i to wszystko. Ciało się cieszy. Widzę w lusterku swą uśmiechniętą gębę. Im więcej czasu upływa, od chwili gdy to wszystko się zaczęło, tym bardziej jej nienawidzę. To już nie jest moja twarz – to ohydna morda bezwzględnego mordercy. Przez to wszystko co się dzieje coraz mniej identyfikuję się ze swoim ciałem. Z dnia na dzień jest mi ono bardziej obce.

A wszystko zaczęło się w dniu moich trzydziestych trzecich urodzin. Przez cały dzień czułem się jakoś tak nieswojo – wtedy myślałem, że to może atak przygnębienia, w końcu miesiąc wcześniej zostawiła mnie dziewczyna (po pięciu latach)!

Ech, piękna była… proste, długie blond włosy, gdzieniegdzie nieco ciemniejsze ale generalnie koloru świeżego siana. Twarz miała delikatną, prawie dziewczęcą; nie wyglądała na trzydzieści lat. Była zgrabną, długonogą kobietą z krągłym pełnym biustem – za takimi większość samców ogląda się niemalże odruchowo, nie bacząc na to, że za chwilę mogą dostać w twarz od swojej rozwścieczonej samiczki. Na dodatek miałem wrażenie, że mamy bardzo podobne charaktery i przez to idealnie do siebie pasujemy. Tak, dziewczyna była jak marzenie – po prostu cud, miód, orzeszki! BYŁA.

To co mnie dręczyło tego feralnego dnia nie było jednak przygnębieniem. Wtedy tego nie rozpoznałem, lecz teraz wiem, że było to podskórne, niesprecyzowane wrażenie czyjejś obecności. Byłem sam, a jednak czułem się jakbym miał jakiegoś nieproszonego, niewidzialnego gościa. Pewnie każdy z was czasami tak ma. Być może w takiej właśnie chwili, gdy wydaje wam się, że ktoś stoi za waszymi plecami; po tym jak się odwrócicie i nikogo nie zobaczycie (uznając to przeczucie za wymysł waszej fantazji) – być może okaże się, że za wami NAPRAWDĘ czai się jakaś niewidzialna istota, demon lub duch. Całkiem możliwe, że rozważa przejęcie waszego ciała w swe władanie – że chce was OPĘTAĆ!

To zaatakowało w nocy, gdy już prawie spałem – poczułem nagły, silny ucisk na piersi, a potem stwierdziłem, że jestem sparaliżowany. Bałem się jak jasna cholera! Wtedy jeszcze miałem nadzieję, że to może paraliż przysenny, zaś w najgorszych przypuszczeniach uznałem, iż być może właśnie dostałem zawału i za chwilę umrę. Okazało się jednak, że mogą człowieka spotkać gorsze rzeczy niż WŁASNA ŚMIERĆ!

Samochód parkuje na pustym nie oświetlonym parkingu. Z jednej strony jest ulica, dalej zajezdnia autobusowa, za nią niewielki osiedlowy stadion i leżące w oddali blokowisko (bezpieczna odległość); z drugiej rozciąga się las, koło którego przebiega wąska ścieżka. Prowadzi ona do znajdującego się nieco dalej osiedla domków jednorodzinnych.

Ciało wysiada i widzę, że zmierza w kierunku nieprzeniknionych ciemności, Idzie do lasu. Sam nigdy bym tam nie poszedł. Bałbym się tego na co mógłbym się tam natknąć; wściekłych psów, bandziorów czy agresywnych pijaków. Nawet jakby nie było tam żywej duszy to i tak miałbym pietra. Trawiłby mnie lęk metafizyczny. Lękałbym się bytów bezcielesnych – wierzę, że nasz świat i ten drugi, duchowy, przenikają się nawzajem. I nieważne, że moje myślenie byłoby irracjonalne – bo przecież taki błąkający się po tym świecie duch mógłby równie dobrze nawiedzić mnie podczas pięknego słonecznego dnia co i nocą w ciemnym lesie – reagowałbym tak jak większość ludzi. Przerażałby nieprzenikniony mrok nocy i to co może on skrywać. Taka pierwotna fobia.

Teraz zaś kucam ukryty w krzakach, za plecami mam czerń lasu. Nadal się boję. Lęk ten przeplata się z nadzieją, że może coś mnie zaatakuje i zabije to cholerne ciało, że zostanę uwolniony. Moje oczy obserwują ścieżkę. Ma powłoka cielesna czai się jak drapieżnik w oczekiwaniu na zbliżającą się ofiarę. Czasami zadaję sobie pytanie – czy ten potwór, w którym bije moje serce to tylko opętany człowiek, czy też może ja jestem obłąkany, chory psychicznie, a z choroby tej wynika niemożność kontrolowania siebie i swych czynów.

Słyszę kroki. To Coś je słyszy! Boję się i jednocześnie modlę o to, by był to mężczyzna, by dziś nie było żadnej ofiary. Niestety to kobieta. Mogę mieć tylko nadzieję, że nie jest blondynką o delikatnej dziewczęcej twarzyczce i nie przypomina mojej byłej – a głównie w takich gustuje To Coś! A swoją drogą czy to naprawdę był mój wybór? A może To Coś mieszkało WE MNIE od czasu mych narodzin i podejmowało ZA MNIE najważniejsze życiowe decyzje? Może nigdy tak naprawdę nie miałem wolnej woli? Czyżbym był tylko nosicielem Tego Czegoś?

Moje najgorsze obawy spełniają się – to młoda nastolatka, filigranowa blondynka. W świetle księżyca ja i ciało widzimy, że ma delikatne rysy twarzy. To już jej koniec. Mogę bluzgać na To Coś. Mogę błagać. Grozić. Modlić się. Mogę się nie wiem jak wytężać by To powstrzymać. Wszystko na nic. Ciało podbiega do dziewczyny i MOJĄ DŁONIĄ przyciska do jej twarzy watkę nasączoną eterem. Nastolatka wypręża się, sztywnieje, trwa tak przez chwilę po czym wiotczeje. Nóż okazał się tym razem zbędny. Czuję zapach tandetnych perfum, wymieszany z alkoholowo-papierosianym smrodkiem. Taszczę ją w kierunku samochodu. Po kilku chwilach związana i zakneblowana ląduje w bagażniku. Nie ma najmniejszych szans – umrze jeszcze tej nocy. Jestem zrozpaczony a moja (nie-moja) twarz uśmiecha się od ucha do ucha. Ciału poszło jak z płatka. Ciału albo Temu Czemuś – sam nie wiem jak mam To nazywać i szczerze mówiąc wisi mi to, bo co to ma za znaczenie? To absolutnie nie ma znaczenia. Żadnego! Jedynym istotnym faktem jest to, że dziś zostanie zamordowana czyjaś córka, a jej zrozpaczeni rodzice miesiącami, a może nawet latami, będą jej szukać. Na próżno!

Ciało, wytrawny kierowca, spokojnie przejeżdża korytarzami ulic. Skręcamy w wąską, ciemną uliczkę. Przed nami na poboczu stoi policyjny radiowóz. Zbliżamy się do niego, powoli, bez pośpiechu. Pragnę, tak bardzo pragnę by nas zatrzymano. Ech, gdyby ludzie mieli zdolności telepatyczne; krzyczałbym teraz bezgłośnie za pomocą moich myśli – TU JEST MORDERCA! ZATRZYMAJ GO PALANCIE! TY TĘPY FIUCIE! ZATRZYMAJ GO! NATYCHMIAST!

Mijamy policję. Legitymują jakiegoś naprutego w trzy dupy jegomościa. Gdyby tylko wiedzieli kto ich właśnie mija, gdyby wiedzieli…

Prowadzony przez To Coś samochód skręca. Ciemnoniebieska nadzieja niknie za rogiem. Jedziemy dalej do, niegdyś mojego, domu. Dziś jest to dla mnie znienawidzona trupiarnia. Tak, w piwnicy zalane betonem są kości kilkunastu kobiet.

CMENTARZYSKO!

Być może w tej chwili dziewczyna w bagażniku odzyskuje przytomność. Nawet nie chcę myśleć jak bardzo jest przerażona. Zastanawiam się jak Bóg może na coś takiego pozwolić, na takie okrucieństwo. Dlaczego choć raz tego nie przerwie?

Często boję się tego, co mnie czeka po upragnionej śmierci. Czy jestem skazany na cierpienia w piekle czy też zostanie mi to darowane? Przecież to nie ja morduję tylko ciało, a ciało to nie dusza! A jeśli dusza jest chora?

Zbliżamy się do samotnie stojącego jednopiętrowego budynku, kiedyś mojego domu. Okala go wysoki żywopłot. Wjeżdżamy. Ciało otwiera bagażnik. Widzę dziewczynę – jest przytomna, oczy ma szeroko otwarte i próbuje krzyczeć mimo knebla w ustach. Moja (nie-moja) ręka łapie ofiarę za włosy i podnosi. Boże jak ją to musi boleć! A to dopiero preludium tego co nastąpi. Za kilka minut zacznie się najgorsze. Jakże byłbym wdzięczny losowi gdybym nie musiał już dalej uczestniczyć w tym okrutnym spektaklu. Niestety, nic z tego, będę siedział w pierwszym rzędzie, aż do samego końca i nawet oczu nie pozwolą mi zamknąć.

To Coś ciągnie wijącą się ofiarę do domu. Otwiera drzwi. Zbliża się do zejścia do piwnicy. Schodzi. Czuję jak ciało nastolatki obija się o schody. Moja ręka włącza światło. Przez chwilę nic nie widzę a potem moim oczom ukazuje się dobrze znany widok – wysłużony fotel ginekologiczny, stół do przeprowadzania sekcji zwłok i zestaw zardzewiałych noży chirurgicznych. Niosę dziewczynę ku temu posępnemu tronowi – dziś będzie królową zwyrodniałych marzeń mieszkającego w mym ciele potwora. Ech, gdyby to był tylko film, gdyby ktoś przewinął go trochę, tak by było już po wszystkim. Ciało sadza nastolatkę na fotelu po czym rozcina więzy krępujące nogi. Przerażona próbuje mnie kopać. To Coś uspokaja ją jednym silnym uderzeniem łokcia w brzuch. Ofiara nieruchomieje. Oprawca moimi rękoma sprawnie zdziera z niej spodnie i majtki. Mocuje jej nogi w stalowych uchwytach fotela unieruchamiając je.

Boże jestem taki bezsilny! Dlaczego nic nie zrobisz? Dlaczego tego nie przerwiesz? PUK! PUK! PUK! Jest tam, kurwa, kto?!

Jak zwykle nikogo nie ma…

Jak zwykle znowu przepraszam za bluźnierstwo i ponownie mam nadzieję, że moje wołanie w końcu kiedyś zostanie usłyszane.

Tymczasem Moje Ciało zdejmuje spodnie i widzę mojego (nie-mojego) nabrzmiałego penisa. To okropne. Nie jestem ani trochę podniecony, brzydzę się wręcz tym co się stanie! To będzie GWAŁT! Niestety nie mam najmniejszego wpływu na moje przyrodzenie.

To Coś wbija na siłę członka w krocze uwięzionej dziewczyny i nie przeszkadza mu nawet to, że ona właśnie ma miesiączkę.

Nie JESTEM mordercą! Nie JESTEM zwyrodnialcem! Nie JESTEM gwałcicielem! A jednocześnie jestem…

Gdybym normalnie poznał tą dziewczynę. Gdybyśmy chodzili na randki to jakbym ją teraz widział nagą, w normalnych warunkach, to byłbym podniecony. Bardzo! Dziewczyna jest śliczna. Ja jednak czuję obrzydzenie bo Moje Ciało ją gwałci. Poza tym zbyt wiele widziałem okropności. Nie jestem jak taki pierwszy lepszy chirurg, który potrafi oddzielić widoki wnętrza ludzkiego ciała od prywatnego życia. Taki lekarz wraca do domu i może kochać się z żoną, i nie widzi wtedy tych wszystkich flaków i krwi, tylko piękną kobietę. Ja nie mam takiej natury. Moje Ciało jak skończy gwałcić, zabije tą biedną dziewczynę i znowu będę musiał oglądać te okropności. Teraz gdy patrzę na urodziwą przedstawicielkę płci pięknej to widzę tylko skryte pod cieniutką powłoką skóry wnętrzności, krew, wypchane kałem jelita i obrzydliwie śliski tłuszcz. Czując przyjemny zapach kobiety wiem, że tylko cieniutka warstewka skóry oddziela mnie od okropnego smrodu bebechów i płynów ustrojowych. W tym momencie gdy Ciało zaczyna ją mordować, na moich oczach, nie jestem już w stanie odbierać jej jako cierpiącej przerażonej istoty ludzkiej. Widzę tylko krew i wnętrzności. To zbyt mocny widok. Czuję tylko obrzydzenie! Jestem pewien, że gdyby To Coś opuściło kiedykolwiek moje ciało i zwróciło mi wolność, to już nigdy nie mógłbym być z kobietą. Stałbym się dziwakiem. Odszczepieńcem. Wiem jedno; gdyby To Coś zwróciło mi wolność – ZABIŁBYM SIĘ. Nie wahałbym się ani chwili. Bałbym się, że To Coś zmieni zdanie i zechce powrócić.

III

Oszczędzę wam dalszych szczegółów. Powiem tylko tyle – ten potwór, który opanował moje ciało, gdy tylko skończy gwałcić, poderżnie dziewczynie gardło. Potem rozetnie jej brzuch i wypatroszy – po to tylko, by w lodówce było świeże mięsko.

Zaspokojone, najedzone i zadowolone, Moje Ciało (MOJE WIĘZIENIE!), przez najbliższe dwa, trzy tygodnie znowu będzie odgrywało przed światem rolę sympatycznego pracownika banku, który codziennie sumiennie wykonuje nudną papierkową robotę. A ja będę, przez ten czas, tkwił w nim; ubezwłasnowolniony, dręczony potwornymi wyrzutami sumienia. Czy nadal się dziwicie, że pragnę własnej śmierci?

[Krzysztof T. Dąbrowski]