ŁUKASZ ORBITOWSKI: Metal może być dla mnie czymś więcej niż muzyką, oferuje wspólnotę, której tak bardzo potrzebowałem

łukasz.Orbitowski_foto1 Kto powiedział, że musimy rozmawiać tylko z muzykami? No właśnie – nikt. Kolejnego rozmówcy szukałem w innym „świecie”. I znalazłem!
Łukasz Orbitowski – laureat Paszportu Polityki. Facet, który pierwszego wywiadu w życiu, wiele lat temu, udzielił właśnie nam, zgodził się raz jeszcze do nas „zajrzeć”. Myślę, że ta krótka rozmowa powinna Was zainteresować, bo Łukasz jest przecież z naszej opowieści!

 

Witam Szanownego Pana Redaktora. Mocno wkurzasz się, gdy ktoś tak Cię tytułuje?

Nie wkurzam. Nikt mnie tak nie tytułuje.

Czyli jesteśmy pierwsi, hehe. Dobra jedziemy… Jak to się stało, że trafiłeś do TVP Kultura? Zabrzmi to jak herezja, ale wraz z „Dobrą Zmianą” nareszcie można coś z tego kanału „wyciągnąć” dla siebie. Jednak nie ukrywam – zszokowałeś mnie swoją tam obecnością.

Sam wciąż się dziwię i uwierz mi, że nie myślę o sobie jak o facecie z telewizji. Było tak, że znałem Mateusza Matyszkowicza, zwanego teraz Dyrektorem Słońce. Wpadałem czasem do niego, gdy prowadził program o książkach w TV Republika. Jak został tym całym dyrektorem, zadzwonił i mówi: chcę tam ciebie, chcę dać ci program. Nie miałem pojęcia, co mu zaproponować i w gruncie rzeczy byłem pewien, że zaraz się rozmyśli. Więc żeby go nie obrazić, wymyśliłem od kopa coś, co stanowiło zaczyn „Dezerterów” z nazwą włącznie. Myślałem, że zapomni, a oni zaraz zaczęli wznosić studio, wylądowałem u logopedy i dowiedziałem się, że mam tyle wad wymowy, że trudno cokolwiek z tym zrobić.

łukasz.Orbitowski_foto5

Twoje rozmowy są „piekielnie” dobre. Domyślam się, że nie prowadzisz ich według z góry narzuconego scenariusza?

To program autorski, nikt mi niczego nie narzuca, ale scenariusz oczywiście istnieje. Wszystko przygotowuję sam. Oczywiście, dostaję jakiś reaserch, ale sam szperam. Czytam wywiady, oglądam je, oglądam filmy, słucham muzyki, zależy z kim mam do czynienia. Rozmowa jest bardzo dokładnie przygotowana, na wypadek gdyby gość nie chciał się otworzyć, gdyby nie powiedział czegoś takiego, czego mógłbym się chwycić. Niekiedy wypadają całe bloki tematyczne, czasem jadę niemal z kartki, pytanie za pytaniem. Zależy od gościa. Sztuka w tym, by wszystko wypadało naturalnie. Wzorcem dla moich rozmów są piwne pogaduchy ze starszymi i mądrzejszymi. Niczego mądrzejszego nie wymyślisz.

Bardzo podobała mi się Twoja rozmowa z Romanem Kostrzewskim, choć – według mnie – należało go trochę „podpiec” w kontekście rozpadu KATa (za który w dużej mierze odpowiada). Jednak samo zaproszenie go do tego typu audycji uważam za strzał w dziesiątkę. Jest szansa, że zobaczymy także innych przedstawicieli śmietanki metalowej w Twoich rozmowach?

Najpierw o Romku. Mój program nie jest kierowany do metalowców, czy fanów KATa w szczególności. My, metale, mamy swoje strony, gazetki, możemy zagadać Romka na facebooku. Tu chodziło o powiedzenie ludziom, że był taki zespół jak KAT, że jego mutacja wciąż jest aktywna, no i że Polsce zdarzył się ktoś taki jak Kostrzewski. Stąd pojawiły się wątki znane Tobie i innym metalom. Chciałem przypomnieć o Kacie, a nie roztrząsać szczegóły zagmatwanej biografii tego zespołu. Co do gości, to chciałbym, owszem, ale „Dezerterzy” nie są programem muzycznym, a już na pewno nie traktują o metalu. Niemniej tak, chciałbym porozmawiać z Peterem z VADER, no, może z Nihilem jeszcze, ale nie wiem, co to za człowiek. Goście muszą gadać, rozumiesz?

łukasz.Orbitowski_foto2

Chyba łapię o co Ci chodzi. Mam nadzieję, że się nie obrazisz, ale nie chce z Tobą gadać o Twojej prozie. Nie będę ściemniał i silił się na intelektualne dysputy. To pozostawimy m.in. Tomaszowi Raczkowi.

Słusznie, chuj z nią. Chuj z moją prozą.

Podzielę się z Tobą osobistą refleksją. Chodzi o to, jak natknąłem się na Twoją osobę, zanim trafiłeś do TVP Kultura. Trudno, wyjdę na ignoranta. Śmigałem pewnego razu po kanałach telewizyjnych i trafiłem na „Śniadanie” Mellera. Paru kolesi nudzi, a po chwili najazd na gościa w koszulce CHRIST AGONY albo MGŁY. Fuck! Kto to jest? I co on tam robi? Gada nawet sensownie. Po dwóch tygodniach – znów ten sam skład. Czy Meller, albo inni goście pytali – co Ty tam na koszulce nosisz?

Meller jest akurat w porządku i nie zwykł dąsać się o ubrania swoich gości, zresztą kręci się w mediach już trochę i przywykł do dziwaków większych niż ja. Większości gości, generalnie, ludzi pojawiających się w telewizji niewiele obchodzę ja, to jak wyglądam i w co się ubieram. Interesują się wyłącznie sobą.

Kilka razy zetknąłem się z towarzystwem, które uważa się za „ukulturalnione” i na moje stwierdzenie, że słucham metalu odczułem chłodną reakcję, żeby nie powiedzieć – pogardę. Mieszkasz teraz w Warszawie – stykałeś się z czymś podobnym? „E, Łukasz, co ty k***a słuchasz”?

Nie, nigdy. Być może moje poważne książki dają mi glejt na bycie niepoważnym. Jeśli już, zachodzi coś bardziej subtelnego. Wątpliwości może budzić nie tyle czterdziestoletni metalowiec, co raczej czterdziestolatek, który identyfikuje się z muzyką jako taką. Widzisz, utarło się, że w pewnym wieku przeżywanie określonych rzeczy, na przykład muzyki, po prostu nie przystoi. Godzi się poświęcić sprawom poważniejszym, jak samorealizacja albo kariera. Ja mam w dupie jedno i drugie, piszę książki, robię program i unikam ludzi powierzchownych.

łukasz.Orbitowski_foto3

Słusznie. Ok, jedźmy w takim razie dalej. Metal, czytaj: subkultura metalowa, to coś więcej niż czysty bunt. Chcę z Tobą pogadać o metalu jako pewnego rodzaju filozofii. Co według Ciebie składa/składało się na ten fenomen? Tylko muzyka jako forma? A może jest w tym ukryty fetysz romantyzmu? A może coś więcej? Pytam akurat Ciebie, specjalnie dlatego, że nie jesteś muzykiem.

Poważne pytanie. Metal był kiedyś muzyką buntu. Zrodził się przecież w ubogich dzielnicach robotniczych, teraz jest jednak rozrywką dla klasy średniej. Przeciw czemu niby ten metal się buntuje? Przeciw Bogu, przeciw katechecie? Wolne żarty. Powiem Ci więcej, to co w pierwszym oglądzie składa się na filozofię metalu, niezbyt mnie pociąga. Chodzi mi o szczeniacki romantyzm spod znaku wczesnych płyt TIAMAT, filozofię wojownika reprezentowaną przez MANOWAR i pociotków, nawet nihilizm post-blackmetalu niezbyt mi odpowiada. Jeśli jesteś prawdziwym nihilistą, nie powinieneś tworzyć, grać muzyki. Z mojego punktu widzenia najważniejszy pozostaje komponent baśniowy. Mam na myśli te leśne opowieści, sataniczne wątki utrzymane w formule gotyckiego horroru albo wiejskiej klechdy, rycerzy, smoki, wikingów, wątki gore podejmowane przez kapele deathmetalowe, pirackie historyjki RUNNING WILD czy komentarze do książek i filmów proponowane przez IRON MAIDEN, horrory Kinga Diamonda. Większość muzyków odnosi się do własnego życia bądź współczesności. Raperzy podejmują, dajmy na to, temat używek, punkowcy wrzeszczą coś o niesprawiedliwości społecznej, zaś Miley Cyrus zwierza się z tego, jak bardzo łaknie bolca. Metal natomiast przenosi słuchacza w krainę fantazji. To mroczna kraina, dla starszych już dzieci, ale bardzo potrzebna. Ludzie potrzebują baśni, ja sam jej bardzo potrzebuję choćby dlatego, że jestem mocno zakorzeniony w rzeczywistości. Odpalam płytę metalową i przenoszę się do innego świata, gdzie znajduję emocje, energię, a przede wszystkim – spokój.

Jak wszedłeś od tego tygla? Kraków był zawsze mocnym ośrodkiem podziemia metalowego. Może nie tak mocnym jak Katowice, Poznań, czy Warszawa, ale znaczącym. Jak to wszystko zaczęło się u Ciebie?

King.Diamond_ThemPrzez okładki. Byłem bardzo samotnym, ale i niezależnym dzieckiem, bez reszty zanurzonym w świecie wyobraźni. Czytałem mnóstwo książek, oglądałem filmy na VHS i szukałem ludzi, którzy będą podzielać moje fascynacje. Nagle pojawiły się budki z kasetami i zobaczyłem coś, czego nie widziałem wcześniej: okładki do „Scream Bloody Gore”, do „Walls Of Jericho”, do „Them” KINGa DIAMONDa. Tę ukochałem najbardziej. Może pamiętasz, że przedstawia dom na wzgórzu, z wieżyczką, w której pali się światło. Zachodziłem w głowę, kto mieszka w tym domu i co tam się zdarzyło. Złapałem się na tym, że wymyślam historie osadzone w tym miejscu. W końcu zacząłem kupować te kasety i oczywiście muzyka pochłonęła mnie bez reszty. Metal jest szalenie emocjonalny, a ta emocjonalność pozostaje skorelowana z tym, co dzieje się w zagubionym nastolatku. Ale było coś jeszcze. Na mieście widywałem metali. Zawsze byli w grupie i dało się stwierdzić zażyłość między nimi. Zrozumiałem, że metal może być dla mnie czymś więcej niż muzyką, że oferuje wspólnotę której tak bardzo potrzebowałem.

W Polsce w rozwoju tej subkultury pomogła jedna znacząca data : 1984 rok i trasa IRON MAIDEN. Coś wtedy wybuchło. Rozmawiałem z wieloma muzykami starszego pokolenia jak Hoffmann (TURBO), czy późniejszego jak Paweł Mazur (PANDEMONIUM). Zgodnie mówią – ten moment zmienił wszystko.

Cóż, w 1984 roku miałem siedem lat. Wiedziałem, co to Fasolki i Papa Dance, nic więcej.

Nie korciło Cię, żeby chwycić za gitarę lub inny instrument?

Oczywiście. Heca w tym, że jestem całkowicie ogołocony z talentów muzycznych. Nie mam słuchu, głosu, ani poczucia rytmu. Nie potrafię powtórzyć prostej, zasłyszanej melodii.

Początek lat 90-tych to wysyp w Polsce genialnych bandów. PANDEMONIUM, HAZAEL, CRYPTIC TALES, ARMAGEDON, CHRIST AGONY. Mogę tak wymieniać i wymieniać. Kraków miał swoje znaczące firmy: CEMENTARY OF SCREAM czy HOLY DEATH. W pewnym momencie te kapele „zamilkły”. Jak sądzisz, z jakiego powodu?

Odnośnie krakowskich bandów, obwiniałbym krakowskość. Krakowianie są sympatyczni, ale leniwi i dość niepozbierani, trudno im się do czegoś zabrać, zresztą, moje miasto, wbrew temu co się mówi, nie jest żadnym centrum Kultury, tylko jej skansenem. Brakowało ludzi do grania. Pamiętam bardzo dobrze, jakie problemy ze składem miał Lechu z HOLY DEATH i wcale się nie dziwię, że rozwiązał zespół. W Polsce lat dziewięćdziesiątych wszystko sprzysięgło się przeciw metalowi. Popatrz tylko, nagle zostaliśmy kapitalistami i należało trzepać hajs, a nie grać muzykę. Przynajmniej tak nam mówiono. Wytwórnie nie bardzo wiedziały, jak ją sprzedać. Kostrzewski mówił mi, jakim dramatem okazał się uwiąd domów kultury. Nagle nie było gdzie grać, tymczasem profesjonalne kluby jeszcze nie powstały. Do tego w impasie znalazła się sama muzyka. Zespoły, które wymieniasz, były świetne, zgoda, ale pozostawały opóźnione o jakieś 5-8 lat od tego, co grano na Zachodzie. Wreszcie, młodzi zachłysnęli się innym rodzajem dźwięków: pojawił się grunge, hardcore, wreszcie hip-hop, który skanalizował w sobie wątki rebelianckie. Tak jak Ci mówiłem, metal jest muzyką klasy średniej i ma się w Polsce dobrze, odkąd ta klasa się pojawiła.

Czy nasz świat umarł? W czasach naszego dorastania – wiadomo było, kto jest kim. Metal. Punk. Wszystko było poukładane. A teraz…?

Ten świat umarł, zgoda. Metale nie biją się z „depeszami”. Ale w zamian ludziom pootwierały się głowy. Kiedyś wypadało słuchać jednego rodzaju muzyki. Był nawet taki wewnętrzny przymus: nie włączę sobie PET SHOP BOYS, bo to miękkie pedały. Teraz nie ma nic dziwnego w tym, że znajdujesz Chelsea Wolfe, MORBID ANGEL i Wojtka Sokoła na jednej playliście, a hipsterzy jarają się black metalem.

Może romantyczne czasy, w kontekście subkulturowym lat 80-tych i 90-tych, to dobry temat na książkę?

Muszę Ci powiedzieć, że coraz częściej o takiej myślę.łukasz.Orbitowski_foto4

Kilka wydawnictw traktujących o muzyce metalowej pojawiło się na rynku, ale żadna mną nie „kopnęła”. Może ktoś taki jak Orbitowski opowie o naszej subkulturze właściwie? Czyli nie z perspektywy biograficznej pogadanki, ale z serca?

Nie wiem, czy opowiem właściwie. Jeśli już, to opowiem tak, jak ją widzę, właściwie – filtrując to widzenie przez literaturę. Uprawiam fikcję, więc ewentualna powieść byłaby również fikcyjna, to znaczy nie służyłaby jako źródło wiedzy o świecie. Ale tak, to temat, który zaprząta moją głowę – granie ciężkiego rocka w Polsce, za komuny, oczywiście ujęte przez pryzmat problemów sprzętowych, z miejscem do grania, z cenzorem, interesuje mnie codzienność zespołowa, także w wymiarze ogarniania wódy i panienek. Myślę, że mogłaby być to ciekawa książka. Teraz piszę inną, trochę to jeszcze zajmie. Za co zabiorę się za dwa lata – trudno stwierdzić.

Pochłonięty do reszty w pisaniu i słuchaniu ludzi, poszukujesz czegoś nowego w muzyce? A może łapiesz się na tym: „Jasna cholera, przecież w metalu powiedziano już wszystko. Trudno, czekam na kolejną taką samą płytę SLAYERa.”

Znajduję bez poszukiwania. Od tego mamy internet, gdzie wszystko jest natychmiast. Z nagrań klasycznych zespołów wybieram te stare, nowości poszukuję wśród młodych, jeśli nie metrykalnie, to według stażu grania. I znajduję. Podoba mi się ostatnia płyta SECRETS OF THE MOON,  ORANSSI PAZUZU, PURSON, ostatni COBALT, odczuwam radość w obcowaniu z dźwiękami TRIBULATION. Dzieje się coś, oczywiście nie na tę skalę, co w latach osiemdziesiątych. Nazwijmy to przewietrzaniem skansenu. Dla starych zespołów mam jedną funkcję – odgrywanie klasycznych numerów na koncertach.

TRIBULATION robi furorę. Jednak przyznaję się bez bicia, że na nic nowego nie czekam. Z wypiekami na twarzy, kolejny raz obejrzałem koncert IRON MAIDEN :-).  A’propos koncertów, wybierasz się na coś w najbliższym czasie?

Właśnie wróciłem z Brutal Assault, ale generalnie z koncertami mam problem. Kiedyś dużo jeździłem. Teraz mieszkam pół na pół w Krakowie i Warszawie, nie wiem więc, co „gra koło mnie”. Do tego bez przerwy gdzieś wybywam, w celach zawodowych. Przysięgałem sobie, że zobaczę DESTROYER 666 i RAGEHAMMER. Grają dwa koncerty, a ja co? Będę kursował między Zieloną Górą, Żywcem i Trójmiastem akurat w ten czas. Mniej więcej tak to wygląda z koncertami. Tej jesieni chciałbym zobaczyć SAXON, MAYHEM z WATAIN, ANGEL CORPSE… Zapewne wyjdzie jak zwykle.

Na koniec. Twój pierwszy wywiad ukazał się na łamach Atmospheric Magazine. Przypomnisz nam okoliczności z nim związane?

Mniej więcej, ale to żenujące wspomnienia. Byłem młodym i bardzo zapatrzonym w siebie człowiekiem. Wydałem jakiś żenujący tomik i zabiegałem o uwagę. Wyszło tak, że Wy jedni zwróciliście na mnie uwagę. Mój pierwszy wywiad w życiu, moja pierwsza wypowiedź publiczna miała miejsce właśnie na łamach Atmospheric Magazine. Pytanie tylko, jak o nas to świadczy.

Łukaszu, miło się gawędziło. Wielkie dzięki za rozmowę. Może przyjdzie czas do dłuższej pogawędki przy piwie – najlepiej TROOPErze.

A zatem, Wasze zdrowie! Cieszę się, że metale upominają się o mnie i w jakiś sposób zaufali moim książkom. Odnośnie piwa, polecam Ursa Maior, maleńki browar z Bieszczad. Robią kapitalne piwo wędzone. Wędzone piwo pasuje do metalu, nie sądzisz?

Ale zrobiłeś mi smaka, poszukam tego browara!

[Sebass]

Łukasz Orbitowski, www.facebook.com/orbitowski