LUX OCCULTA: „Kiedyś graliśmy metal, a teraz nie”

lux.occulta_logo.oldTrzynaście lat minęło od czasu, gdy LUX OCCULTA po raz ostatni wstrząsnęła muzycznym światkiem. Teraz robi to znów za sprawą płyty „Kołysanki”, która podzieliły fanów bardziej niż poprzednie wydawnictwa razem wzięte. Nic dziwnego, bowiem zespół zrezygnował z angielskich tekstów i metalowych brzmień, serwując płytę zaskakującą pod każdym względem. O tym wyjątkowym wydawnictwie miałem przyjemność porozmawiać z jednym z głównych twórców całego zamieszania – Jarkiem Szubrychtem.

 

Witaj Jarku! Pierwsze pytanie jest oczywiste i pewnie masz już go dosyć. Dlaczego zdecydowaliście się na powrót, dlaczego akurat teraz?

Nie decydowaliśmy się, tak jakoś wyszło. Nie traktujemy tego nawet jako powrotu, bo nigdy nie odtrąbiliśmy rozpadu zespołu. Po prostu pożarło nas życie – rodziny, praca, zwykłe obowiązki… Ale w końcu udało się wyrwać z tego na chwilę do innej rzeczywistości i nagrać „Kołysanki”.

Lux.Occulta.kolysankiCo stało za decyzją o tak drastycznej zmianie stylistycznej, a szczególnie tekstowej? Dotąd LUX OCCULTA słynęła z pogmatwanych, ambitnych tekstów, jednak pisanych mową Szekspira, tym razem, na płycie „Kołysanki”, zdecydowałeś się na język ojczysty.

I znowu – nie podejmowaliśmy żadnych decyzji, po prostu Jurek stworzył taką muzykę, a potem każdy dorzucił swoje trzy grosze. Nie zakładaliśmy, jaki to ma być gatunek muzyczny, ale też nie uciekaliśmy na siłę od metalu. Po prostu tym razem z metalem nie do końca nam było po drodze… Z językiem było inaczej, tu rzeczywiście świadomie porzuciłem angielski. Z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że kiedy po angielsku wrzeszczysz, nie słychać akcentu, a w takich melorecytacjach, jakie znalazły się na płycie, mógłbym zabrzmieć groteskowo, znam swoje możliwości. Po drugie, choć jestem w stanie po angielsku napisać tekst, którego nie muszę się wstydzić, to jednak zawsze jest to obcy język. Śnię, boję się, kocham, nienawidzę po polsku, więc doszedłem do wniosku, że tym razem tak być musi.

W porządku, skąd w takim razie łemkowski i francuski?

Łemkowski – bo to język naszych stron. Jeden z wielu oczywiście, jak to na pograniczu. Jurek trafił przypadkiem na nagrania sprzed ćwierćwiecza i doszedł do wniosku, że strzępy tych starych pieśni dobrze komponują się z jego własną muzyką. Wykorzystał je więc jako sample. A jako że apetyt rośnie w miarę jedzenia, postanowił zaprosić również wybitną łemkowską pieśniarkę Julię Dosznę. Francuski – Catherine to nasza przyjaciółka, znamy się od czasów pacholęcych, bo co roku przyjeżdżała na wakacje do Dukli, skąd pochodzą jej rodzice. Tak się akurat złożyło, że była w Polsce – w dodatku ze swoją przyjaciółką Julie, też artystką – kiedy Jurek pracował nad płytą. Zawiózł je więc do studia…, postawił przed mikrofonem i dziewczyny popłynęły… Dużo na „Kołysankach” przypadków, dużo improwizacji.

Te kobiece wokalizy są chyba najbardziej znamiennym łącznikiem z Waszymi poprzednimi wydawnictwami. Powiem Ci, że łatwiej mi sobie było wyobrazić, że nie będziecie już grać metalu, niż że zrezygnujecie z tych anielskich głosów (jak je określiłeś przy okazji płyty „Dionysos”, a towarzyszyły Wam od „Love”).

Może coś w tym jest. Jurek najwyraźniej lubi śpiewające panie, na pewno bardziej niż ja. Ostatnia rzecz, jakiej dzisiaj szukam w muzyce, to anielskie głosy. Nie wierzę w anioły:-).

Nie kusiło Was, żeby pójść jeszcze dalej? W gruncie rzeczy na nowym albumie znajdą się echa wczesnego LAO CHE, którym wszak interesowałeś się chyba od początku ich istnienia, słychać gdzieniegdzie ULVER (teraz chyba wszyscy wszędzie słyszą ekipę Garma), ale dominuje klimat elektroniki i folku napędzanej akordeonem niczym w MOTION TRIO. Nie chcieliście bardziej popłynąć, poszaleć jak JAGA JAZZIST lub KVELERTAK, czy woleliście ocalić fanów?

A gdzie niby ten KVELERTAK szaleje? Przecież to jest proste, rockandrollowe granie. Bardzo fajne zresztą, ale nijak się ma do nas. My nie jesteśmy zespołem rockowym, nie mamy sekcji rytmicznej i nie łoimy już na gitarach, a ja nie drę mordy… Poza tym to, co ludzie słyszą, jest raczej w ich głowach, niż na ten płycie. Na przykład LAO CHE. Przecież to, co gramy, jest skrajnie odmienne od nich, a że w jednej piosence krzyknąłem w sposób, który kojarzy się ze Spiętym z „Powstania Warszawskiego”, jeszcze nic nie znaczy. ULVER – jedyne podobieństwo, jakie dostrzegam, jest takie, że podobnie jak Norwedzy kiedyś graliśmy metal, a teraz nie. Odpowiadając jednak na Twoje pytanie – gdybyśmy chcieli pójść dalej, czy w innym kierunku, to przecież byśmy poszli.

Dobra, z tym KVELERTAKIEM przesadziłem. Nie wiem, jak Ci wytłumaczyć, że miałem na myśli formację ZU. Cóż, daleki ciąg skojarzeniowy. Ale to by dopiero był szok, gdybyście zaczęli grać prosto i przebojowo, nie sądzisz? Co do reszty wymienionych porównań – LAO CHE sugerowałeś sam, podobnie jak przewrotnie zauważasz, że „Samuel wraca do domu” to projekt MARII PESZEK i GLACY. Odnoszę wrażenie, że bawi Was prowokowanie słuchaczy. Ot, choćby fakt, że w materiałach prasowych zawieracie krytyczne komentarze obrażonych fanów.

Ja niczego nie sugerowałem, sam bym zresztą tego nie wymyślił, to wszystko cytaty z internetowych komentarzy. Bawi nas prowokowanie mądrali, którzy muszą mieć zdanie na każdy temat, nawet jeśli czegoś nie rozumieją lub nie znają. Nie prowokujemy słuchaczy, raczej zwracamy uwagę na absurdalność tych wszystkich porównań – ludzie, którzy chcą posłuchać płyty i wyrobić sobie na ten temat własne zdanie, mają taką okazję, w całości jest przecież dostępna na Bandcampie.

Porównania porównaniami (swoją drogą, to do REPUBLIKI to już naprawdę daleki odlot), ale cytujecie wypowiedzi typu: „Żałosne, artystowskie, egzaltowane gówno”, „Taki muzyczny odpowiednik bazaru. Jest tu wszystko, ale chujowe i odpycha” to już jest prowokacja. Nagrywając płytę wiedzieliście, że włożycie kij w mrowisko, prawda?

Wiedzieliśmy, że nie wszystkim się to spodoba, że znajdą się tacy, którzy będą domagać się zmiany nazwy, albo powrotu do „Dionysosa”… Tyle tylko, że je tę nazwę wymyśliłem, nie oni, ja wiem, co znaczy i ja będę decydował – właściwie ja z Jurkiem – jaką muzykę będziemy pod tym szyldem tworzyć. „Dionysosa” bardzo lubię, ale już raz go nagraliśmy, po co mielibyśmy próbować zrobić to ponownie. Muzyka nie jest naszym zawodem, ale hobby, traktujemy ją jako przygodę, więc wolimy szukać nowych wrażeń niż z wyrachowania, albo z sentymentu próbować cofnąć czas. Odpowiadając jednak na Twoje pytanie – byłem przekonany, że „Kołysanki” zostaną gorzej przyjęte i byłem przygotowany na wpierdol, ale nie przejmowałem się. Zaskoczyło mnie raczej to, jak wielu ludziom ta płyta się podoba. Ale oczywiście bardzo się cieszymy. Nie tworzymy z myślą o publiczności, ale kiedy okazuje się, że ktoś dzieli z nami tę naszą wrażliwość, że daje się zaprosić w tę podróż, to jest nam niezmiernie miło.

Lux.Occulta.band2014

Jesteś jednym z najbardziej cenionych polskich dziennikarzy muzycznych, scenę znasz od podszewki, na wylot i zbyt dogłębnie zapewne. Sam wielokrotnie obserwowałeś kariery wielu zespołów, które odważnie zmieniały kierunek i wystawiały się na odstrzał obrońców jedynego słusznego wizerunku zespołu. Patrząc na Twoje odpowiedzi rozumiem Cię, ale nie mogę zrozumieć, czemu ludzie zawsze zachowują się jak inżynier Mamoń i dlaczego METALLICA ma się skończyć na „Kill’em All”, TIAMAT ma być TREBLINKĄ, a CARCASS ma grać w kółko „Necroticism”? Czym byłoby PINK FLOYD, gdyby utknął na etapie „Piper At The Gates Of Dawn”? Nie irytuje Cię to, nie tylko jako muzyka, ale i dziennikarza, że na scenie metalowej najlepiej ograniczyć się do grania wokół trzech riffów, jak dajmy na to MORTICIAN, czy trzydziestu, ale pogmatwanych i jednolitych stylistycznie, jak CANNIBAL CORPSE?

Irytuje mnie to, oczywiście. Chociaż jestem fanem MORTICIAN i CANNIBAL CORPSE… Mam jednak wrażenie graniczące z pewnością, że cała muzyka popularna stanęła w miejscu. Przewrotu na miarę techno, hip-hopu czy punka dawno nie było. To nie tylko wina fanów, ale chyba również kwestia technologiczna – dopóki nie pojawi się i nie trafi pod strzechy jakiś rewolucyjny wynalazek, jak kiedyś sampler, trudno będzie o kolejny skok muzyki w przyszłość. Co oczywiście nie zmienia faktu, że i dzisiaj można grać oryginalnie, że brzmienie rodzi się przede wszystkim w głowie artysty, nie w sprzęcie.

W gruncie rzeczy album „Kołysanki” wydaje się być bardziej spójny niż np. „Mother And The Enemy”, zgodzisz się? Dodatkowo na „Mamusi…” nie brakło eksperymentów, które wręcz sugerowały to, co nagraliście teraz…

Tak, masz rację. „Kołysanki” są bardziej spójne. To płyta eklektyczna, ale na pewno bardziej jednorodna, niż „Mother And The Enemy”, gdzie ekstremalny metal sąsiadował z sennym trip-hopem. Czy tamten album sugerował to, co nagraliśmy teraz? Ja tak bym tego nie nazwał. A że są pewne zbieżności – cóż, komponował to przecież ten sam człowiek, widocznie ma swój styl.

Nie chodzi nawet o styl. Spokojne utwory sugerowały senność „Kołysanek”, ale bardziej chodzi mi o to, że wbrew pozorom nagraliście płytę, jakiej wielu oczekiwało. Zaskakującą i nieprzewidywalną. Dla niektórych niewątpliwie zbyt trudną, lub niezrozumiałą, ale jednak w ramach Waszej zaskakującej konwencji i koncepcji. Każdy Wasz album był przecież zaskakujący i kontrowersyjny. Nie tylko „Mother And The Enemy”. Skoro już o Waszej czwartej płycie mowa… Kapitalne utwory pokroju „Yet Another Armageddon”, „Midnight Crisis” czy „Breathe Out” przypominają dokonania THE 3rd AND THE MORTAL z płyty „Memories”. Ba, one brzmią, jakby ekipa z Norwegii zainspirowała się nimi podczas nagrywania swojej pożegnalnej płyty.

Nie wiem nawet, czy słyszałem „Memories”, więc nie wiem, jak miałbym się do tego odnieść. Ale zgaduję, że za porównanie do THE 3rd AND THE MORTAL nie trzeba się obrażać…

Obrażać na pewno nie. Ja na przykład musiałem sprawdzić czas nagrania, by upewnić się, czy nie ukradziono Wam niektórych kompozycji. Wspominasz tutaj o Jurku jako kompozytorze. Czy to znaczy, że reszta składu nie miała wpływu na całokształt? Mnie na przykład ujmuje akordeon Vogga, który notorycznie przypomina mi to MOTION TRIO, którego, jak widzisz, bardzo się uczepiłem.

Oczywiście, że mieliśmy wpływ na „Kołysanki”, każdy dorzucał partie swojego instrumentu, mieliśmy wpływ na aranże, dyskutowaliśmy o kwestiach produkcyjnych – ale to nie zmienia faktu, że muzycznym szefem i autorem kompozycji jest Jurek Głód. Co do MOTION TRIO – proszę uprzejmie, niech ci będzie. A jakie znasz jeszcze inne formacje akordeonowe, których gra Vogga ci nie przypomina?

Nie przypomina? Całej masy twórców ludowych z podlaskim AKORDEM na czele:-). Czepiłem się MOTION TRIO, bo swego czasu zachwycałem się ich pierwszymi trzema płytami ze znakomitą „Play-Station” na czele. Od lat ich nie słuchałem, tak jak i mój akordeon kurzy się w piwnicy:-). Ale zastanawiające, że odkryłem ich w tym czasie, co nie oszczędzałem krążka z „Mother And The Enemy”. Jak dziś patrzysz na Wasze pierwsze płyty? Masz świadomość legendy LUX OCCULTY i swoistego kultu, jakim został otoczony ten zespół?

Zainteresowanie „Kołysankami” przeszło moje najśmielsze oczekiwania i uświadomiło mi, że musieliśmy kiedyś być popularnym i lubianym zespołem, skoro tylu ludzi czekało na płytę po 13 latach. Niesamowite… Co do wcześniejszych płyt – debiut ma swoje momenty, z „Bitter Taste of Victory” na czele, ale to nie jest dobra płyta. Źle jest zagrana i źle nagrana, aranżacje są toporne, teksty również. „Dionysos” i „My Guardian Anger” – wydaje mi się, że to fajne płyty, ja je lubię, chociaż nie słucham, bo w ogóle nie słucham własnych płyt. „Mother And The Enemy” – nie wszystko mi się podoba, ale te metalowe, ostre numery są naprawdę dobre. Kompletnym nieporozumieniem jest „Maior Arcana” – to miał być ścisły limit, ale sprawa wymknęła się spod kontroli i na przykład na iTunesie czy Spotify jest tylko to gówno. Czyli wizytówką zespołu jest jego najgorsze wydawnictwo. Taka złośliwość losu.

Mówiłeś wcześniej, że kiedyś graliście metal, teraz nie. Vogg wciąż wyżywa się w DECAPITATED. Nie pragnął przemycić jednak żadnych „palcołomnych riffów”, z których kiedyś LUX OCCULTA słynęła?

Przemycił przecież – posłuchaj, co gra na akordeonie. Natomiast gitara, po staremu przesterowana i groźna, do tej muzyki po prostu nie pasowała.

Kim zaś jest Maciej Tomczyk? Zechcesz przedstawić nowego muzyka?

Maciek to kolega Jurka z pracy, a przy tym świetny gitarzysta o bogatej historii na lokalnej scenie rockowej. Początkowo pracował przy tej płycie jako realizator, ale kiedy okazało się, że potrzebujemy również gitar nieco odmiennych od tych, które zagrał Vogg, Maciek chwycił instrument i zaczął proponować różne patenty. No i de facto dołączył do zespołu, jego wkład w ostateczny charakter płyty jest nie do przecenienia.

lux_occulta_sesja.kolysanki1

Ostatnie pytanie co do składu. Czy w ogóle braliście pod uwagę byłych muzyków przy próbie powrotu? Na przykład Martina czy Kastora?

Martin od lat mieszka w Stanach, nie byłoby to łatwe. Zresztą bas elektryczny tej płycie nie był potrzebny. Z Kastorem natomiast sprawa jest o tyle zabawna, że on nigdy w LUX OCCULTA nie zagrał, ani jednego koncertu, ani jednej próby. Umówiliśmy się co prawda na współpracę, bo to dobry muzyk i fajny człowiek, ale wszystko się nam wtedy porozłaziło i do tej współpracy nigdy nie doszło. Ale że wiadomość poszła w świat, Kastor figuruje teraz w różnych portalach jako były muzyk LUX OCCULTA. Cóż, Internet jest nie do zatrzymania.

Czyli casus Jasia Rączki z DEATH „Scream Bloody Gore”? Muszę przyznać, że obecny skład zdaje się być optymalny, skoro nie planujecie grać koncertów. Zachwyciło mnie też Wasze najnowsze zdjęcie. Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać Waszą pomysłowością i kreatywnością…

Co ja mam powiedzieć? Bardzo mi miło. Wiesz, te zdjęcia wiążą się również z faktem, że wszyscy jesteśmy bardzo zajęci i trudno nam się spotkać w komplecie w jednym miejscu i w jednym czasie. Ale też nie wyobrażam sobie, żebym miał sobie teraz zrobić zdjęcie pod murem, z groźną miną…

Właśnie. Obok wyjątkowej muzyki i niesamowitych tekstów, zawsze przykładaliście ogromną wagę do wydania Waszych płyt. Oprawa graficzna, szczególnie „Dionysosa” czy „My Guardian Anger”, robiła ogromne wrażenie. Przyznam, że dzięki niej właśnie byliście jedną z pierwszych grup, jakie zakupiłem na oryginalnych CD-kach. Zechcesz opowiedzieć co nieco o grafikach „Kołysanek”?

Oprawa graficzna „The Mother And The Enemy” też miała być świetna, ale portugalski wydawca wszystko spieprzył, robiąc layout i oddając do druku bez konsultacji z nami. „Kołysanki” jednak się podobają. Jest skromnie, bez fajerwerków, ale moim zdaniem bardzo smakowicie…

Czemu zdecydowaliście się wydać album własnym sumptem? I na zasadzie preorderu? Nie wierzę, że nie znalazłaby się wytwórnia chcąca wydać powracającą LUX OCCULTĘ…

Znalazła się jedna – Avantgarde Music z Włoch. Ale to nie była dobra propozycja. Miałem świadomość jak mało się teraz sprzedaje płyt, ale też i tego, że nasza publiczność to zdyscyplinowana, wierna grupa. Dodałem to sobie i doszedłem do wniosku, że jeśli chcemy liczyć na zwrot kosztów związanych z nagraniem „Kołysanek”, zamiast pchać się w Empiki, w których nikt nas nie będzie szukał, najlepiej będzie, jak wydamy album sami. Bardzo duże zainteresowanie płytą oznacza, że miałem rację. A przy tym jest dla nas dużą motywacją. Może dzięki temu na kolejny materiał LUX OCCULTA nie trzeba będzie czekać kolejne 13 lat. Tylko na przykład 12. (śmiech)

lux.occulta_banner

Ha, uprzedziłeś moje kolejne pytanie. Rozumiem, że „Kołysanki” nie są jednorazowym wybrykiem i skoro już powróciliście, zostaniecie na dłużej na scenie?

Tego nie wiem. Nie należy wykluczać żadnej możliwości.

W ogóle ostatnio narobiło się cudownych powrotów… Wy, MORDOR, SIRRAH, ASGAARD… Ciągnie wilki do lasu?

Myślę, że każdy z tych zespołów jest inny, ludzie inni, więc trudno to uśrednić. Jak świat światem zespoły zawieszały działalność, potem wracały, później znów się rozpadały. Nie wiem, czy da się ułożyć z tego jakiś wzór. Związek frazeologiczny „ciągnie wilka do lasu” oznacza jednakowoż, że trudno zmienić swoją naturę i przyjąłbym go na klatę, gdybyśmy nagrali „Dionysosa 2.0”, ale przecież nie nagraliśmy. Nawet jeśli znowu jesteśmy w lesie, to na pewno po raz pierwszy w tym…

Każdy Wasz album to swoisty koncept, poświęcony jednej idei, względnie połączony jedną myślą przewodnią. Spytam się, jak Ty to widzisz? Co tym razem chciałeś przekazać? I dlaczego zacząłeś się posiłkować poetami przeklętymi?

To nie jest płyta koncepcyjna, nie chciałem nikomu niczego przekazywać. Zafascynowały mnie kołysanki jako swoisty bilet w zaświaty, bo przecież sen jest taką małą śmiercią… Ale większość tekstów na tej płycie to improwizacje, rzeczy pisane na kolanie w studiu lub po prostu wymyślane przed mikrofonem. To język emocji, nie idei. O poetach przeklętych pierwsze słyszę. Chyba nie masz na myśli Micińskiego?

Przyjmijmy, że do popularnych wciąż nie należy, chociaż w pewnych kręgach cieszy się olbrzymią popularnością:-). Mówisz, że improwizacje tekstowe, muzyczne… Jakim cudem więc nagranie zajęło Wam dwa lata?

Każdy z nas ma sporo obowiązków, trudno się spotkać, trudno umówić w studiu. Ja wokali do dwóch ostatnich piosenek nie mogłem nagrać przez pół roku, bo po prostu nie miałem czasu się tym zająć. Brutalna rzeczywistość.

Zmieńmy temat. Czytałeś „Krwawe rządy” Joela McIvera?

Tak. W oryginale, zanim to ukazało się po polsku.

I jakie jest Twoje zdanie o tej biografii SLAYERa? Nie chcę Cię tu naciągać na wypowiedzi, że „moja wersja lepsza”, albo „to „Bez litości” powinno być oficjalną biografią”. Ty się tego wyprzesz, a to akurat moje opinie, bo lubię Twoje pióro za humor i polot od czasów z „Mystic Art.”. Ale z czystej ciekawości, jak oceniasz pracę McIvera?

Moja wersja lepsza;-). Nie żartuję. Po prostu jest w niej znacznie więcej, pogłębionych informacji. Joel pisze bardzo szybko, wydaje bardzo dużo książek. Nie ma czasu na dzielenie włosa na czworo, a ja chciałem, żeby było idealnie.

Ok., obiecałem, że wywiad nie będzie za długi, a wyszło dość rozlegle… Cóż, będę więc zmierzał ku końcowi. Serdecznie dziękuję Ci za rozmowę i poświęcony czas. Jak to zwykle bywa, ostatnie słowo do czytelników Atmospheric Magazine należy do Ciebie.

I ja dziękuję. Nie będę wygłaszał żadnych mądrych słów, bo przecież nikt rozsądny aż tutaj nie dotarł:-).

[Shadock]

Lux Occulta, luxoccultastore@gmail.com; www.facebook.com/luxocculta38450, www.luxocculta.bandcamp.com