LUX OCCULTA Kołysanki `14

CD `14 (Trzecie Ucho)
Ocena: 5/6
Gatunek: experimantal / avangarde / folktronica / ambient

LUX OCCULTA była jednym z najbardziej niezwykłych zespołów na naszej rodzimej scenie, a ich wpływu na rozwój tej sceny też nie sposób przecenić. Sam podkreślam, jak dużo ACRYBIA zawdzięcza formacji Jaro.Slava i Urecka. O reaktywacji LUX OCCULTA od lat tylko nieśmiało się marzyło. Dziś stało się to faktem, ale czy nagrane po trzynastu latach milczenia „Kołysanki” spełnią oczekiwania dawnych fanów? Czy rzeczywiście na to tyle lat czekaliśmy? I tu właśnie pojawia się problem. Bo jeśli uparcie będziemy obstawać przy metalowym wizerunku grupy, to najnowszy album LUX OCCULTY okaże się niewątpliwie rozczarowaniem większym od ostatniego MORBID ANGEL. Odrodzony zespół nagrał bowiem płytę, którą można potraktować jako soundtrack skrzyżowany z folkiem i elektroniką, a całość doprawił mrocznymi, jak zwykle niebanalnymi, tekstami Jarosława Szubrychta, który tym razem zamiast krzyczeć i wrzeszczeć, szepcze, względnie recytuje. Oczywiście próba zamknięcia całości w jakiś ramach gatunkowych mija się kompletnie z celem, bowiem zespół realizuje się tradycyjnie poza jakimikolwiek schematami. Zastanawia mnie, dlaczego niektórych to dziwi, skoro każde wydawnictwo LUX OCCULTY dzieliły zawsze ogromne skoki jakościowe (na plus) i coraz szersze horyzonty twórczej wolności. Wystarczy porównać taki „Homodeus” z „Forever Alone. Immortal” do „Nocturnal Dythyramb” z „Dionysosa”. A jak to się ma do „Mane Tekel Fares” z „My Guardian Anger”? No właśnie. O znakomitej i ogromnie niedocenionej płycie „The Mother and The Enemy” nawet nie wspomnę, ale tam właśnie odnajduję ślady tego, do czego przez kolejne 13 lat zmierzał grupa. A jeśli odrzuci się najbardziej techniczne i brutalne utwory z poprzedniego albumu, trafimy na trip-hopowe eksperymenty, od których naprawdę niedaleko do tego, co prezentują „Kołysanki”. Mianownik wspólny odnalazłem kilka lat temu śledząc profil MySpace Jurka Głoda. Oczywiście, parę zaskoczeń się znalazło, jak szalone żeńskie improwizacje wokalne w języku francuskim, czy połamane zagrywki Wacława „Vogga” Kiełtyki na… akordeonie. Jedyne nad czym się zastanawiam, to na ile na początku był to projekt muzyczny samego Jurka (względnie wspartego przez Macieja Tomczyka na gitarze), a na ile od początku planowany rzeczywisty powrót LUX OCCULTY. Dziś gdybać już nie ma potrzeby, płyta „Kołysanki” jest faktem. Jedni krzyczą: „awangarda”, inni: „zdrada”, jedni: „arcydzieło”, drudzy: „gniot”. Ja zaś uważam, że jest to najlepszy album formacji, niewątpliwie najbardziej spójny, najmniej wymuszony, całkowicie wolny artystycznie. Nie powiem, nie ma tu ani jednego utworu, który dorównałby wspomnianym wcześniej klasykom, ale bardzo często poziom tamtych płyt był dość nierówny. Tutaj każdy utwór broni się sam, a że nie każdemu przypadnie do gustu? Jest to też najtrudniejsza płyta LUX OCCULTY, bowiem nie jest to rzecz, którą można przyswoić od razu. Przyznaję, że o ile znane z singla „Dymy” wpadły mi w ucho przywodząc na myśl „Gusła” LAO CHE (nie chodzi o podobną manierę wokalną, ale unikalne podejście do kompozycji i klimat), to już „Samuel wraca do domu” sprawił, że zacząłem się wahać, czy ja na pewno tę płytę chcę. Duża dawka ciężkiej elektroniki, przesterowanych gitar i jazzowych zagrywek okazała się dla mnie w pierwszym starciu za mocna. Dalej jednak okazuje się po prostu wspaniale. „Mieczów siedem” jest perfekcyjnym wprowadzeniem do nerwowego, klimatycznego „Serca tu mają tylko dzwony”. Po nich następuje najbardziej pogodny, chociaż wciąż niepokojący „Sen jest lżejszy od powietrza”. I w tym momencie płyty wiadomo już, o co chodzi z konceptem tekstowym, tymi upiornymi ilustracjami, przekręconymi rymowankami dla dzieci, kapitalną (jak zawsze) oprawą graficzną płyty. A gdy do tego dochodzą żeńskie, delikatne wokalizy, będące kolejnym punktem wspólnym z każdym wydawnictwem LUX OCCULTY, nie mam wątpliwości, że obcujemy z dziełem znakomitym, przemyślanym i dopracowanym. I tu następuje opus magnum albumu, utwór „Karawanem Fiat”, oparty na najstarszej kompozycji „Creation” z kultowego dema „The Forgotten Arts”. Pokazuje on, że mimo innych środków wyrazu, nic się tak naprawdę nie zmieniło. Język jest polski, bo łatwiej i pewniej się w tym języku wyrazić (jak mówił mi sam Jarosław), teksty miast nadmiernie barokowych, stały się przewrotne i jeszcze bardziej upiorne, zmieniły się instrumenty, ale klimat, ta depresyjna otchłań żalu, za który zawsze ceniłem LUX OCCULTĘ, wciąż tu jest i unosi się nad tą kompozycją. Szkoda, że zbudowany tutaj klimat burzy „Bieluń i chryzantemy”, który już tytułem zdradza, że lekko nie będzie. I rzeczywiście, znów przyszło trochę poszaleć i poeksperymentować z mocniejszym uderzeniem. Zakończenie przepięknym, ponurym, żałobnym wręcz „Bądź miłościw” to z kolei zabieg idealny. I co potem? Cisza? Czas się przebudzić? Czy znów może zapaść w sen, małą śmierć? Co więc mamy po trzynastu latach czekania? Kolejną, znakomitą płytę LUX OCCULTY, która po raz kolejny pokazała, że nie ogląda się na nikogo i na nic. Od nazwania jej arcydziełem jednak się powstrzymam ze względu na dwie kompozycje, które nieco burzą mi kołysankowy klimat albumu. To po pierwsze. Po drugie, jednak te 13 lat odcisnęło swe piętno na muzyce i zespół nie jest już tak wizjonerski, jak co niektórzy chcieliby go widzieć. Liczę jednak, że „Kołysanki” zainicjują nowy rozdział w twórczości formacji i pchną ją w naprawdę nieznane rejony. [Shadock]

Lux Occulta, luxoccultastore@gmail.com; www.facebook.com/luxocculta38450, www.luxocculta.bandcamp.com
Trzecie Ucho, www.facebook.com/TrzecieUcho