LUX OCCULTA, MISTERIA – 20.11.2000, Rzeszów

LUX OCCULTA, MISTERIA

20.11.2000, Rzeszów, „Akademia”

Na początek kilka słów o „Akademii”. Otóż najwyraźniej coś niedobrego zaczęło się dziać w Domu Kultury w Rzeszowie, skoro od dawna nie było tam żadnych koncertów metalowych. Ten, o którym mowa w tej chwili, odbył się więc gdzieś indziej, właściwie w zwykłej dyskotece. Szczerze mówiąc miałam sporo wątpliwości co do tego wyboru, ale na szczęście moje obawy okazały się przesadzone. Nie było tak źle, jak mogło się początkowo wydawać. Po przemierzeniu schodów i minięciu szatni wchodzi się na całkiem okazale wyglądającą salę z lożami i stolikami na pięterkach, barem. Wprawdzie przed samą sceną nie ma za wiele miejsca do pogowania, ale ogólnie przestrzeni jest wystarczająco dużo. Inna sprawa, że tego wieczoru do „Akademii” wpakowało się aż ponad 600 (!) fanów LUX OCCULTY i MISTERII, więc ścisk i zaduch był niesamowity; jednak paradoksalnie owa bliskość fizyczna dawała dziwnie przyjemne poczucie jedności wśród zgromadzonych ludzi. Jeśli zaś chodzi o warunki techniczne, to także nie były one najgorsze jak na dance`owe wymogi, a nawet w chwilach, kiedy wokal i klawisze były wyraźnie słyszalne, można było odnieść wrażenie, że uzyskane nagłośnienie przewyższało to zapamiętane z „Gambitu”, gdzie sprzęt naprawdę był już bardzo wysłużony i zużyty. Dodatkowo barw całemu przedstawieniu dodawała świetna, dynamiczna gra świateł, wrażenie robiły zwłaszcza intensywnie błyskające po oczach czerwone flesze, stroboskopy.
Okazją do zorganizowania koncertu była premiera wydanej przez Pagan Rec. debiutanckiej płyty „Masquerade Of Shadow” rzeszowskiej MISTERII, którą można było nabyć w formie MC i CD. Do uświetnienia imprezy gospodarze zaprosili swoich przyjaciół z LUX OCCULTA.

Koncert MISTERII był szalony. Na scenę wpadło jak burza czterech młodych chłopaków, którzy najzwyczajniej w świecie zaczęli siać powszechne spustoszenie w umysłach słuchaczy poprzez swoją muzykę. Maniek od pierwszej chwili zagadywał do publiczności i z łatwością nią dyrygował czy wręcz manipulował, a ludzie byli ulegli i entuzjastyczni, wpadli w szał, skakali, krzyczeli nazwę kapeli, itp. Grupa zagrała większość utworów z płyty, włącznie z jednym z moich ulubionych z niej fragmentów czyli „Demon Of Dream”, który dość rzadko jest wykonywany na żywo. Pojawiło się też coś z najstarszej promówki i tutaj wokalista chciał sprawdzić znajomość repertuaru przez fanów, ale ich nie przechytrzył, bo wszyscy chętnie zaśpiewali wraz z nim refren. Nie zabrakło również nowych kompozycji, w tym takiej całkowicie premierowej, najświeższej, która zachwyciła na maksa. Była ona kulminacją setu i zarazem zwieńczyła go w finale. Niezwykły był to utwór i chyba śmiało można go podciągnąć pod esencję stylu rzeszowian. Początek nieco transowy i hipnotyzujący, melodyjny, przebojowy wokal, później spokojna, wciągająca wstawka, wreszcie typowa dla MISTERII popieprzona, sieczkowata końcówka. Klasa sama w sobie. Jak cały ten koncert. Brawa i honory.

Podziwiam ludzi, którzy zachowali trochę swojej cennej energii także dla LUX OCCULTY, która miała równie gorące przyjęcie jak poprzednicy. Wprawdzie początkowo fani wydawali się zmęczeni i ospali, ale już po chwili wytchnienia, złapania oddechu i regeneracji sił, ożywili się w miarę rozwoju wydarzeń. To, co zaczęło się dziać pod sceną, wprawiło w zakłopotanie dotychczas dość usuniętą w cień ochronę. Napakowani mniej czy bardziej panowie poczuwający się do zawodowego obowiązku byli więc zmuszeni zająć pozycje strategiczne i nieco się napracowali usuwając z upodobaniem pchnięciami obydwu rąk tych śmiałków, którzy wdrapywali się na podwyższenia, aby sobie nieco popływać na uniesionych triumfalnie dłoniach ludzi znajdujących się poniżej. Szkoda tylko, że kontakt Jarka z publicznością był dość ograniczony. Miał on chyba zły dzień i był trochę, że tak powiem, otępiały. Mało mówił, właściwie tylko dziękował za aplauz, nie zapowiadał utworów. Jeśli zaś chodzi o muzykę, na początek poleciało fajne, ale nieco przydługie intro, które mogłoby być wyjęte z „Gwiezdnych wojen” lub jakiegoś innego futurystycznego filmu, a w trakcie puszczano z „My Guardian Anger” te instrumentalne, klawiszowe przerywniki (swoją drogą, ciekawe, dlaczego U`reck po prostu ich nie odgrywał?). Pojawiły się kompozycje z wszystkich wydawnictw kapeli, chłopaki zafundowali nam choćby sentymentalną podróż w przeszłość do „The Forgotten Arts” (no tak, znakomity „Creation” nie brzmiał na żywo chyba już ze cztery lata i na pewno miło go było usłyszeć, tym bardziej, że nawet nikt się w nim specjalnie nie mylił) i na pewno trzeba pochwalić ich za to, że nawet te najstarsze numery odegrali perfekcyjnie, z tą samą pasją i jadem jak niegdyś. Taką zresztą interpretacją jakby ujednolicili swoją twórczość, a przecież wszystkie albumy LUX OCCULTA różnią się trochę od siebie pod względem stylu, poziomu wykonania, brzmienia. Ku wielkiemu zdziwieniu i rozczarowaniu bisów niestety nie było (a wydawało się, że może padnie jeszcze na „Czas zemsty”). Czasu po prostu brakło, dochodziła 22:30 i widocznie było już na to zbyt późno. Cóż, następnym razem trzeba będzie nadrobić tę stratę.

 

W „Akademii” zagrały tylko dwa zespołu, ale ponieważ obydwa wypadły znakomicie, myślę, że nikt z uczestników imprezy nie czuł takiego niedosytu, że chętnie obejrzałby i posłuchałby jeszcze jakieś inne kapele. Ogólnie koncert był przewspaniały, piękny, cudowny. Ja byłam w jego trakcie i długo po nim cała szczęśliwa. Dzięki MISTERIA i LUX OCCULTA za wspaniałą muzykę i moc wzruszeń. Dla takich chwil warto żyć.

 

[Kasia]