Trochę historii Atmospheric`a (od #1 do #12)

Chłodno było tego dnia (ale to chyba nic dziwnego, skoro mięliśmy wtedy ferie zimowe… roku 1993), gdy nic nie podejrzewając zapukałem do drzwi. Za nimi oprócz miłego ciepełka zastałem jeszcze czterech znajomych z osiedla. Akurat robili zina. Nastrand się to nazywało, a ja ani w ząb nie pojmowałem o co w tym wszystkim biega. I w ogóle od niedawna zacząłem słuchać metalu. A właściwie to ANTHRAX’u.

Jakoś tak się złożyło, że bytowałem w tym mieszkaniu codziennie przez okres tychże ferii pomagając chłopakom w składaniu Nastrand’a i o dziwo pod koniec ferii był on już całkiem gotowy, tyle że… skończył na półce w ilości sprzedanych i w ogóle odbitych kopii równej 0. Wszystko zdechło.

Z początkiem 1995 roku powziąłem decyzję, że zrobię własne pisemko. Nie sam. Przez dwa pierwsze numery towarzyszył mi kumpel z technikum (jednak tylko nieznacznie)Arek „Kuba” Steć. Pierwszy numer Atmospheric’a to była totalna partyzantka. Zero kontaktów z podziemiem, zero wiadomości na jego temat, jedynie wspomnienia i doświadczenia z czasów Nastrand’zine. Pierwsze adresy wzięliśmy z Metal Hammer’a, potem już jakoś poszło. Godzinami ślęczałem przed maszyną do pisania, zgarbiony wpół, próbując znaleźć jakąś tam literkę. W końcu się udało znaleźć wszystkie. Zdołałem zebrać materiałów na 32 strony A5. tyle też kopii tego numeru zostało zrobionych. Z tamtego okresu najmilej wspominam współpracę z chełmskim PARRICIDE, który to zespół pierwszy do mnie odpisał. Jeszcze bardzo długo korespondowałem z Piotrkiem.

Numer pierwszy miał też zajebistą ulotkę zrobioną na podstawie okładki. Takiego klimatu już mi się nie udało odtworzyć… poza tym była na kredzie he, he. Ach te szczeniackie ambicje…

Numer drugi to nic wielkiego, po prostu kontynuacja poprzedniej części. Tyle, że z większym udziałem Kuby.

Numer 3/4 to już eksperyment. Moim nowym współpracownikiem stał się Jacek Buzon mieszkający w Suwałkach. Początkowo zastanawiałem się jak ta współpraca będzie wyglądać mając na mysli odległość dzieląca Hrubieszów od Suwałk, ale poszło bez problemów. Jacek pisał zajebiste recenzje, tak samo wywiady, które były tak dogłębne, że… no, po prostu od niego się uczyłem jak to wszystko ma wyglądać. Chłopak miał talent. We dwójkę natrzaskaliśmy mnóstwo (jak na tamte czasy i możliwości) materiałów, także wyszło nam 60 stron. Też w formacie A5. Przy tym wpadliśmy na szalony pomysł i odwróciliśmy tekst o 900, także Atmo czytało się jak komiksy Tytusa. Dodaliśmy też kasetę kompilacyjną. Prowizorka. Taśma była po prostu przegrywana na zwykłej wieży (w tamtym czasie jeszcze dość kiepskiej), dodatkowo materiały podsyłane przez kapele były różnej jakości, więc i jakość „Why?” była kiepska.

Kolejny numer okazał się jednym z najlepszych wydań Atmo jak do tej pory. Razem z Jackiem doszlifowaliśmy swoje umiejętności pisarskie, ja doskonaliłem skład, poza tym cały tekst przepisał mi gość z Moria’zine (R.I.P) na komputerku. Wyszło bardzo ciekawie, nadal czytało się to ja Tytusa, ale to już był ostatni raz, gdyż głosy były podzielone co do słuszności takowych eksperymentów.

„Szóstkę” darzę najmniejszą sympatią. Od początku mielismy pecha. Jakoś nic się nie układało. Przepisywałem tekst u znajomej na kompie. W dniu, gdy miałem drukować drugą część, całość Atmo #6 została omyłkowo wywalona z pamięci. Załamałem się he, he… Tak poważnie, to nawet myslałem, żeby zakończyć działalność Atmo. Jednak znów skorzystałem z usług wyżej wspomnianego Daniela z Moria i po półrocznej obsówie #6 był gotowy. Dla mnie jednak był on paskudnie złożony. Nie byłem zadowolony ze swojej roboty. Do tego numeru dodaliśmy kolejną, kompilację “Le Songe d’Enfer”. Doszedł do nas też Mirek Kożuchowski, jednak w tym numerze zaznaczył swą obecność jedynie relacją z koncertu.

Numer 7 to kolejne zmiany. Przede wszystkim przeszedłem na format A4 znacznie powiększając też objętość (#6 miał 36 stron A5, a #7 42 A4).

W tym czasie Jacek już się powoli wypalał. W końcu zamilkł na dobre. Długo nie nogłem go odżałować, ale trzeba było działać dalej. Na horyzoncie zresztą pojawili się nowi współpracownicy. W jednakowym czasie doszli Kaśka Karaś i Wojtek „Diovis” Szymański. Oboje swoje materiały umieścili już w poprzednim numerze, ale teraz stali się stałymi współtwórcami Atmo. Wojtek do „redakcji” zaciągnął swoją ówczesną dziewczynę Ankę Kierzkowską, ale w praktyce nie miała ona żadnego wpływu ani na wizerunek #8, ani też #9, w którym też zaprezentowała jeden krótki wywiad.

Mirek i Diovis właściwie sami zaproponowali współpracę. Natomiast Kaśkę długo namawiałem do tego, aby wstąpiła w szeregi Atmo. Na początku chciała podrzucać swoje materiały z pozycji wolnego strzelca, bez żadnych zobowiazań.

Dość dobrze nam ten numer wyszedł. Ja wprawiałem się w składzie w formacie A4 (to jednak co innego niż format A5, całkiem inne możliwości rozplanowania strony) i jak w poprzednim numerze tekst był przepisany w połowie na maszynie, tak teraz znowu w 98% druk był komputerowy. Tym razem przepisywaniem zajął się Mirek i po części Krzyś z Arachnophobii.

W tym numerze po raz ostatni podałem adres Jacka. Chyba bardziej z sentymentu niż z faktycznego jego udziału w Atmo, gdyż jedynym jego akcentem w tym numerze było logo Atmospheric, które od tej pory stało się stałym logiem mojego pisma.

Kolejny numer okazał się jeszcze lepszy, a przynajmniej bardziej wypasiony. Znów musiałem przeprosić się z moją maszyną do pisania. To było straszne. Przepisać tyle materiału, aby zapełnić 64 strony… sprzedałem maszynę za parę groszy… he, he. Od tego numeru widać było znaczny wzrost sprzedaży przy jednoczesnym spadku rozsyłanych kopii promocyjnych. Kilka dystrybucji wzięło wreszcie większe ilości sztuk. Zawsze brali po 5 lub mniej kopii… Poza tym w „redakcji” zostało nas już tylko troje – Kaśka, Mirek i ja. Diovis się na nas obraził, stwierdził, ze takie pismo jak Atmospheric hamuje jego rozwój dziennikarski… W sumie wyszło nam to na dobre.

“Jedenastka”, która ukazała sie rok później, była naszym szczytowym osiągnięciem. Zgrana trójka, jaką bylismy w tamtym czasie, okazała się najlepszym składem jaki można było stworzyć z sześciu osób, które jednocześnie współtworzyły wcześniejsze numery Atmo. Tak zostało do dnia dzisiejszego.

Jednak po wydaniu #11 stało się to, co musiało się stać – czteroletnia przerwa. Spowodowana była przede wszystkim moim brakiem zaangażowania i niemalże odejściem z zina. Jedynie upór Kasi sprawił, że w końcu złożyłem #12, chociaż nadal nosiłem się z myślą porzucenia podziemia. Ale to już historia…

Obecnie pracujemy ze zdwojoną siłą, z nowymi chęciami, nowymi pomysłami, które wyjdą na jaw już niedługo!!!

[Paweł]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *