MALEVOLENT CREATION, VOMITORY, ARMAGEDON … – 23.09.2009, Kraków

Doomsday X Tour 2009:

MALEVOLENT CREATION, VOMITORY, THE MODERN AGE SLAVERY,
ARMAGEDON, WHOREHOUSE


23.09.2009, Kraków, „Loch Ness”

W drugiej połowie września przez Polskę przetoczyła się bezlitosna nawałnica o nazwie „Doomsday X Tour 2009”. Miejscem starć na terytorium naszego kraju był Kraków, a swoje ofensywne walory po raz kolejny w tej części świata zaprezentowała florydzka legenda death metalu – MALEVOLENT CREATION. Ekipie Fasciany, Hoffmanna i Blachowicza dzielnie sekundowali Szwedzi z VOMITORY, dla których była to pierwsza w historii okazja do zaprezentowania się przed polskimi fanami. Towarzyszyli im jeszcze młodzi i niezwykle energetyczni Włosi z THE MODERN AGE SLAVERY. Ale po kolei…

ImageJako pierwszy na deskach „Loch Ness” zaprezentował się krakowski WHOREHOUSE. Dla tego istniejącego już wiele lat w polskim podziemiu thrashowego kwintetu występ przed MALEVOLENT CREATION był na pewno wielką szansą do wypromowania się. Niestety po raz kolejny dało znać nasze wredne podejście do polskich supportów, które wszyscy olewają. Kilka lat temu ten sam los spotkał ANAL STENCH, gdy grali przed NILE, teraz przyszła pora na WHOREHOUSE… Na tle totalnie lekceważącego nastawienia widowni i frekwencji gorzej niż żałosnej (około 15 osób!) krakowianie zaprezentowali się naprawdę wspaniale. Cały set trwał krócej niż pół godziny, podczas niego muzycy zaprezentowali utwory ze świetnego, wydanego w lipcu debiutu „Execution of Humanity”. Jeśli na widok pojawiających się w zapowiedziach czy recenzjach płyty porównań do TESTAMENT lub VIO-LENCE ktoś uśmiechał się z politowaniem, to trzeba było ruszyć ciężki tyłek i przekonać się na własne oczy (a raczej uszy), że to prawda. Powiem szczerze, że poszedłem na ten koncert właśnie ze względu na WHOREHOUSE, aby zobaczyć, czy tak rewelacyjny album obroni się na scenie. I faktycznie tak było! Zespół zabrzmiał potężnie, a przy tym niezwykle czysto. Momentami przychodziła mi do głowy taka myśl, że jeśli pierwszy z supportów emanuje taką mocą, to gwiazda wieczoru rozwali klub na strzępy. Na temat samej muzyki WHOREHOUSE celowo nie będę się wypowiadał, bo jak ktoś chce, to niech sobie kupi płytę (nie jest droga) i potem żałuje tego, co przegapił. Kapela odegrała ten koncert z klasą i z pewnością mogła zejść ze sceny z podniesioną głową. Praktycznie zerowy brak reakcji ze strony widowni powodował, że chłopaki jakby na przekór nakręcali się jeszcze bardziej i każdy kolejny kawałek kopał coraz mocniej. To był po prostu znakomity koncert thrashowy, który miał pozamiatać i zrobił to. Szkoda tylko, że tak niewielu… Po występie Seba stwierdził, że na słabą frekwencję wpływ mogła mieć zarówno ilość grup grających tego dnia, jak i ceny biletów (o tym będzie później). Ja nie do końca zgodziłbym się z tym stwierdzeniem. Według mnie WHOREHOUSE chyba jednak nie pasował stylem do stricte death metalowego towarzystwa i to chyba było największą przyczyną tak słabej reakcji publiczności. Niemniej jednak po zakończeniu tego występu powiedziałem, że to był dla mnie koncert numer 1 tego wieczora.

ImageKrótka przerwa techniczna i na scenie zameldował się nasz rodzimy ARMAGEDON. Zespół, który powrócił po latach, miał możliwość zaprezentowania na żywo utworów ze swojego najnowszego albumu „Death Then Nothing”. Lekkie zagęszczenie pod sceną dawało jasno do zrozumienia, że przez ten cały czas ludzie nie tylko nie zapomnieli, ale i czekali na występ kwidzynian. ARMAGEDON nie zawiódł oczekiwań, dając naprawdę bardzo dobry koncert. Duża w tym zasługa Slavo, który bardzo szybko złapał kontakt z publicznością i nieustannie podgrzewał atmosferę. Momentami mieliśmy w „Loch Ness” istne piekło, zarówno fani jak i muzycy nie pozwalali sobie ani na chwilę wytchnienia. Chyba dlatego występ ARMAGEDON zleciał tak szybko, za szybko… Porównałbym go do koncertu WHOREHOUSE, ale jednak krakowianie zabrzmieli mimo wszystko potężniej, co do mnie bardziej przemówiło. Wydaje mi się, że jednak death metalowe gitary powinny bardziej miażdżyć. Tutaj chyba techniczni czegoś nie dopilnowali, bo ARMAGEDON nie zabrzmiał tak ciężko, jak ich poprzednicy. Ale w zasadzie nie to było najważniejsze. ARMAGEDON jako support miał przygotować grunt pod nadchodzące gwiazdy i zrobił to perfekcyjnie, za co im chwała.

ImagePatrząc na plakaty reklamujące ten koncert, można było odnieść wrażenie, że THE MODERN AGE SLAVERY zaprezentuje się na scenie jako ten drugi – przed ARMAGEDON. Tymczasem Włosi wyszli na scenę jako trzeci i na dzień dobry musieli się zmierzyć z problemem… frekwencji. Jako debiutanci, w dodatku słabo znani w naszym kraju, nie mogli liczyć na tłumy pod sceną, ale chyba nie oczekiwali, że przy pierwszych utworach będzie aż tak pusto. Jedynym sposobem na przekonanie widowni było dać dobry koncert, a muzyka THE MODERN AGE SLAVERY obroni się sama. Gdy zabrzmiały pierwsze dźwięki, od razu pomyślałem: ABYSMAL TORMENT. I faktycznie, Włosi dali niezwykle żywiołowy show. Ich muzyka to całkiem udane połączenie brutal death metalu ze stylistyką hard- i deathcore’ową. Wydany w ubiegłym roku debiutancki krążek nie czyni z nich jeszcze wirtuozów, ale pokazuje ogromny potencjał, który – mam nadzieję – nie zostanie zmarnowany. Zaś co do samego koncertu… To, co na scenie wyprawiał Giovanni (voc), spowodowało, że ludzie najpierw tak nieśmiało, z ciekawości podchodzili bliżej. Potem zaczynało się tam robić coraz bardziej tłoczno, zwłaszcza że chłopakom udało się rozkręcić widownię i pod sceną mieliśmy całkiem spory armagedon:-). Na pewno warto było poświęcić te kilkadziesiąt minut na występ THE MODERN AGE SLAVERY, którzy – może dzięki werwie debiutanta – pokazał, że młody nie zawsze musi znaczyć gorszy. A ja zacząłem się wahać, czy przypadkiem WHOREHOUSE nie zostanie zdetronizowany jako ten zespół, który dał najlepszy koncert dnia…

ImageChwila przerwy, gęstniejące tłumy pod sceną i na deskach pojawił się VOMITORY. Entuzjastyczne powitanie, z jakim spotkali się Szwedzi, spowodowało, że bez zbędnych ceregieli przeszli do dzieła. Podczas mniej więcej godzinnego występu nie można było oczekiwać litości. VOMITORY zabrzmiało tego dnia najbrutalniej ze wszystkich zespołów. Szybkie, ultra-brutalne kawałki, jeden za drugim atakowały słuchaczy nie dając im ani chwili na odpoczynek. Co jakiś czas zaczynały pobrzmiewać wolniejsze dźwięki. Była to jednak taktyczna zmyłka, bo momentalnie gitary nabierały kosmicznego tempa i szaleńcza ofensywa trwała nadal. Przy takim nastawieniu muzyków nie można było pozostać dłużnym i po prostu trzeba było wskoczyć do powiększającego się z każdą chwilą młyna. Co z tego, że gubiło się tytuły wykonywanych utworów. Najważniejsze było to, że fani pokazali Szwedom, która publiczność jest najlepsza na świecie. Bez dwóch zdań był to najlepszy koncert wieczoru (tak, tak, niestety WHOREHOUSE został pokonany), ale na pewno nie byłby taki, gdyby nie żywiołowo reagująca widownia. Najlepszą recenzją dla występu szwedzkich „Wymiocin” niech będzie to, że po zakończeniu ich koncertu wielu ludzi już nie miało sił, a przed nimi był jeszcze występ finałowy…

ImageDłuższa przerwa niż zwykle na przygotowania, moim zdaniem zbyt długa, bo część widowni rozeszła się i zajęła swoimi sprawami. Wreszcie znienacka zaczęły brzmieć dźwięki intro, znanego z kultowego filmu „Omen”. Było ono jak na mój gust nieco przydługie, ale przynajmniej fani zdążyli się zgromadzić pod sceną, zanim zagościła na niej gwiazda wieczoru. I tak deski „Loch Ness” przeszły pod władanie kwintetu z Florydy. Jak należało oczekiwać, MALEVOLENT CREATION podczas tego koncertu promował utwory ze swojego ostatniego albumu. Ale nie mogło również zabraknąć nieśmiertelnych kawałków ze starszych albumów. Brett Hoffmann szalał po scenie jak opętany. Wydawało się wręcz, że jest ona dla niego za ciasna i jest on w stanie dać z siebie tyle, ile by chciał. Z pewnością wokalista Amerykanów był najjaśniejszym punktem tego występu. Bo, niestety, pozostali muzycy w zasadzie tylko mu statystowali, a momentami odnosiło się wrażenie, że im się po prostu nie chce (jedynie Phil Fasciana przez pewien czas próbował nawiązywać kontakt z widownią, ale inni nie bardzo). Ta postawa wywołała u mnie niesmak i lekkie rozczarowanie koncertem. Nie mogę powiedzieć, żeby zespół sprawił zawód, bo każdy utwór został odegrany bardzo profesjonalnie, ale zabrakło ognia, żeby można było potem wspominać ten występ jako coś wyjątkowego. Gdy kilka lat temu MALEVOLENT CREATION supportował w trasie BOLT THROWER, zaprezentował się o wiele lepiej, mimo że wtedy z kolei Brett był jakiś taki przygaszony. Może Amerykanie poczuli się nieco rozczarowani niską frekwencją (tak na oko koncert obejrzało ze 350 osób), ale skoro ich frontman dwoił się i troił dla krakowskiej publiczności, to reszta zespołu nie powinna była dopuścić do tego, by był to teatr jednego aktora. Wprawdzie koncert w „Loch Ness” był dwudziestym przystankiem na europejskiej trasie kapeli, ale po muzykach nie widać było zmęczenia i na pewno w tym nie można upatrywać przyczyny nieco słabszego występu. Co do samego brzmienia, to oczywiście było bardzo dobre, ale nie było w stanie przebić VOMITORY. Ogólnie, MALEVOLENT CREATION dał niezły koncert, ale zdecydowanie wolę ich oglądać w takiej formie, jak zimą 2006 roku przed BOLT THROWER.

Podsumowując, trzeba powiedzieć, że był to całkiem udany wieczór. Najważniejsze było to, że żaden zespół nie zawiódł, dzięki czemu impreza stała na dość wysokim poziomie. Mieliśmy jednak i minusy. Na pierwszy plan wysuwa się fatalna frekwencja. Rozumiem, że środa i na drugi dzień trzeba gnać do pracy lub do szkoły. Ale z kolei w styczniu 2006 roku koncert BOLT THROWER / MALEVOLENT CREATION odbył się w poniedziałek, a mimo to zgromadził dwukrotnie większą publikę. Nie mogę się zgodzić z poglądem, że ceny biletów były zbyt wysokie. Trzeba pamiętać, że 23.10.2009 w „Loch Ness” zaprezentowało się jednak aż pięć kapel. Kolejną sprawą było niezrozumiale duże opóźnienie. Na plakatach podano informację, że koncert rozpoczyna się o godzinie 18:00. Oficjalna strona MALEVOLENT CREATION informowała, że gwiazda wieczoru ma się zameldować na scenie o 20. Już samo to budziło moje obawy. Bo jak niby cztery grupy mają się wyrobić w niespełna dwie godziny, biorąc pod uwagę przerwy na zmianę sprzętu po każdym z nich? Już WHOREHOUSE rozpoczął swój set z opóźnieniem, ale tego, że MALEVOLENT CREATION pojawi się na scenie tuż przed 22, się nie spodziewałem. Na szczęście – jak by to powiedział Ryszard Ochódzki – te minusy nie przesłoniły plusów i całą imprezę należy ocenić w sposób pozytywny. Teraz rozpoczynam odliczanie, bo pod koniec października w Krakowie wybuchnie bomba zegarowa w postaci CANNIBAL CORPSE…

Aha, jeśli nie wynikało to wprost z relacji, to absolutnym numerem jeden tego wieczora był występ VOMITORY. Zaś zaraz za nimi uplasował się WHOREHOUSE… Zwróćcie na nich uwagę, bo chłopaki sroce spod ogona nie wypadli!

 

[Paweł „eviluus” Oramus, fot. Kasia]