MAR DE GRISES, SÓLSTAFIR, SWALLOW THE SUN – 4.12.2010, Warszawa

stssmdgMAR DE GRISES, SÓLSTAFIR, SWALLOW THE SUN

4.12.2010, Warszawa, „Progresja”

Na czwartego grudnia czekałem z utęsknieniem, ze względu na występ doomowych Chilijczyków z MAR DE GRISES, którym kibicowałem od czasu pojawienia się ich debiutanckiego dema. SÓLSTAFIR miał być dla mnie niespodzianką z uwagi na fakt, iż zaznajomiłem się z ich twórczością dopiero parę dni przed koncertem. Natomiast SWALLOW THE SUN, który widziałem na żywo już dwa razy, miał być sprawdzonym mocnym elementem tego wieczoru.

Niestety życie miało zrewidować te plany. Była niestety rozbieżność w informacji odnośnie godziny koncertu. „Progresja” i bilet podawały godz. 19.00, natomiast strona MAR DE GRISES godz. 20.00. Dla pewności zadzwoniłem jeszcze do klubu, by się upewnić i dostałem informację, że przed 19.30 to raczej koncert się zacznie, ale najpewniej to właśnie około 20.00.

Do „Progresji” przybyłem o 19.35 (w tym miejscu specjalne podziękowania dla ZTM za przyjazd autobusu linii 523 z dziesięciominutowym opóźnieniem), czyli dokładnie w momencie, jak Chilijczycy schodzili ze sceny. Wkurzenie było spore, zważywszy, że w tym kraju rozpoczynanie koncertów z minimum godzinną obsuwą (mimo obecności muzyków już w klubie) to norma. Na szczęście mogłem sobie chociaż pogadać trochę z muzykami, gdyż byli cały czas dostępni przy swoim stoisku z płytami. Co do ich setlisty, to zagrali przekrojowo, po dwa utwory z każdego z trzech albumów. Ze staroci nie zabrakło „Recklessness” oraz „To See Saturn Fall”. Zaskoczył mnie jednak brak kompozycji „Storm” z debiutu, gdyż wydawało mi się, że powinien być koncertowym hitem.

2010.12.04_SolstafirWystęp SÓLSTAFIR był dla mnie niewiadomą, gdyż utwory przesłuchane wcześniej w Internecie nie oczarowały mnie. Jednak występ na żywo zrobił na mnie dobre wrażenie. Islandczycy zaprezentowali hipnotyzującą i awangardową mieszankę psychodelicznego rocka z wpływami doom i stoner metalu, przy czym udało im się zagrać wszystko żwawo i z energią. Z uwagi na długie i zróżnicowane kompozycje był czas, by wpadać w melancholijne transy, a także by pomachać łbem przy bardziej dynamicznych momentach. Na uwagę zasługuje naprawdę ciekawy głos wokalisty o rzadko spotykanej barwie, który na koncercie udowodnił, że zachrypniętą rozpacz potrafi wydobyć z siebie także na żywo, stojąc na scenie. Zespół zagrał cztery utwory. Z płyty „Köld” poleciał tytułowy kawałek oraz fenomenalny „Pale Rider”. Z „Masterpiece Of Bitterness” można było natomiast usłyszeć „Náttfari” i „Ritual Of Fire”. Muzyka na tyle mnie oczarowała, że będę musiał przysłuchać się ponownie twórczości SÓLSTAFIR.

2010.12.04_Swallow.the.Sun1Gdy przyszedł czas na SWALLOW THE SUN, publiczność wpadła w euforię. Widać było, że czekali na Finów, którzy od dziesięciu lat podążają ścieżką melodyjnego i dynamicznego (jak na standardy gatunku) doom metalu. Ich występ był bardzo energiczny, co było widać po ciągłym headbangingu muzyków. Nie zabrakło również smutniejszych dźwięków i chwili doomowej refleksji. Utwory zostały wybrane przekrojowo, acz dominowała ostatnia płyta. W tym przypadku nie było to wadą, gdyż grupa trzyma równy poziom na każdym wydawnictwie. Na początku zamierzałem ponarzekać, jakich to świetnych kompozycji zabrakło w setliście, ale po namyśle zdecydowałem jednak, że dobór utworów nie był taki zły i nie ma co wybrzydzać. Z debiutu poleciał „Swallow” oraz posiadający nieziemski motyw na refrenie „Out Of This Gloomy Light”. Z późniejszych dokonań można było usłyszeć m.in. „Hold This Woe”, „Falling Word”, „The Morning Never Came”, „The Giant”.

Koncert był niewątpliwie jednym z ciekawszych klimatycznych wyrażeń mijającego roku, ze względu na różnorodność geograficzną grających kapel oraz wysoki poziom ich muzyki. Boli mnie przegapienie MAR DE GRISES, na szczęście pozostałe kapele wynagrodziły ten ból z nawiązką. Szkoda tylko, że ich występy były takie krótkie, zwłaszcza dwóch pierwszych, które grały po ok. pół godziny.

[Dod]