MARDUK, IMMOLATION, HEAVING EARTH, FORSAKEN WORLD – 30.08.2012

Serpent Sermon Tour 2012: 

MARDUK, IMMOLATION, HEAVING EARTH, FORSAKEN WORLD

30.08.2012, Warszawa, „Progresja”

Na samym początku rzeczonej relacji muszę się przyznać do karygodnego braku profesjonalizmu. Jakiego rodzaju jest to brak, wyjdzie za chwilę, ale przyznają się już teraz, żeby za chwilę nikt zawiedziony nie był. Więc zacznijmy od początku…

Z tymi grajkami, co to miały wystąpić tego pięknego, czwartkowego dnia, to jest podejrzana sprawa. Na plakatach i w informacjach wypisane były trzy supporty, a na biletach zamiast nich pojawia się warszawski SPHERE. Bądź tu mądry, człowieku. To znaczy mógłbym być mądry, gdybym się mądrze zachował, ale przed koncertem, jak wspominałem, zachowałem się nieprofesjonalnie.

Niby „Progresja” jest u mnie w mieście, ale jedzie się tam z Okęcia tyle czasu, że człowiekowi przypominają się letnie kolonie w czasie wakacji. Wycieczka, która raduje serce i dusze – podobno niektórzy, ci mniej wytrwali, biorą kanapki na drogę do autobusu ZTM. Mnie to się nie tyczyło – mnie wystarczy alkohol. Alkohol w takiej drodze bardzo się przydaje, bo zupełnie przez przypadek i nieświadomym niczego można w takim autobusie spotkać np. kolegę. Zresztą tak też się stało, kolega miał przy sobie pewien tytuł prasowy, w którym Sz.P. Von Mortem raczył stwierdzić, że w jakimś innym jeszcze tytule prasowym zderzyłem się z jeszcze innym kolegą jak dwa tramwaje w ciemnej zajezdni. Dyskutowaliśmy na ten temat pół drogi, widać niewiele człowiekowi do szczęścia potrzeba, żeby zająć się dyskusją.

Docieramy wesoło na Stare Bemowo. Tutaj spotykam kolejne znajome mordy i coś czuję, że na te supporty to ja się chyba jednak spóźnię. Docierają mnie przy okazji jakieś głosy, że ktoś tam nie dojechał, że zamiast kogoś gra kto inny i takie tam brednie. Tyle ludzi się pojawiło, że aż się nie chce wchodzić do środka, ale tym razem obyło się bez ekscesów, pomijając fakt, że na jedno piwo kapsel był nabity tak mocno, że jak w końcu udało się je otworzyć, to kapsel poszedł razem z szyjką. Do uszu biesiadników docierają jakieś dźwięki z wnętrza „Progresji”, ale stwierdzamy, że to pewnie jakieś próby. Przecież miało się zacząć o 19. No a zaczęło się o 18:30, psia kostka.

Po wejściu do klubu może z pół godziny po tej 19, dobiegły mnie dźwięki kończącego grać supportu. Ale którego? Jedni powiadali, że to kończył grać HEAVING EARTH, który dojechał jako jedyny z rozgrzewaczy, inni, że to właśnie dwie pozostałe kapele grały, a uśmiechnięci reprezentanci Czechosłowacji wykazali się absencją. W każdym razie szkoda, bo naprawdę chciałem ich zobaczyć. Cóż, w pierś się biję.

Byłem naprawdę zdziwiony, gdy zobaczyłem na scenie sylwetkę Rossa Dolana. No bo nie spodziewałem się, że wyjdzie z ekipą tak szybko. Że ktoś jeszcze będzie grał. A tu nie – oto IMMOLATION. Tak swoją drogą, była bardzo wczesna pora. Zaskoczony byłem jeszcze mocniej, gdy zaczęli grać. Cicho coś. No, w sumie nie tak źle, na następny dzień głowa nie będzie bolała – tak myślałem. Jakbym nie wiedział, że będę spożywał jeszcze alkohol. Z drugiej strony wolałbym, żeby wgnietli mnie brzmieniem w ziemię. A tu nie dość, że niezbyt głośne brzmienie, to i niezbyt wyraźne – na początku nie rozpoznałem pierwszego riffu „Into Everlasting Fire”, tak przecież charakterystycznego. zagrali przekrojowy set. Fajnie, że poleciały te hity, których nie słyszałem na dwóch poprzednich koncertach, na których byłem – rzeczony otwieracz z „Dawn Of Possession” i „No Jesus No Beast”. A rozpoczęcie od „Close To A World Below” to też bardzo fajny patent. Panowie zagrali taki przekrojowy set – po jeden, dwa numery z każdej płyty i tyle. Ja się tylko pytam, dlaczego tak mało z „Here In After”? Za mało przebojowa płyta i metaluchy się bawić nie będą? Ja nie wiem. No i tak wybiła godzina 21, a Amerykanie się zwijają i ślicznie dziękują i że bisu nie będzie. Że czas na MARDUK.

Wtedy ja wykazałem się brakiem profesjonalizmu po raz wtóry i poszedłem po chleb powszedni w kieliszki pakowany. Tak właściwie to po kolejne kieliszki chleba chodziłem jeszcze przez cały występ Szwedów. Do grona jakichś moich wyjątkowych faworytów nie należeli nigdy i pewnie już nie będą należeć, ale miło się tego słuchało. Zagrali więcej też to, co wyłapałem i znałem, zrobili taki przebieg przez większość płyt, ale brzmienie po raz kolejny tego wieczoru dało o sobie znać i mimo że grali na jedną gitarę, to momentami wszystko się zlewało. Nawiasem mówiąc, tak jak IMMOLATION było dość ciche, tak MARDUK cholernie głośny i ciężko było wytrzymać bez przewietrzenia się od czasu do czasu.

„Baptism By Fire” zawsze miło usłyszeć. Ten nowy numer, „Souls For Belial”, też fajnie wyszedł. Tak obiektywnie MARDUK zagrał pewnie świetnie – grali i stare numery z początku kariery, grali nowości, na zmianę szybsze i wolniejsze, żeby nie było to monotonne. Prezencja sceniczna bezbłędna, ale tak do końca mnie nie porywa. Pewnie by mnie porwało, gdyby zagrali więcej z „La Grande Danse Macabre”- np. „Funeral Bitch” czy „Jesus Christ… Sodomized”, a ja się nie dosłuchałem poza „Azrael” z tej płyty nic więcej. Szkoda. Ale jak najbardziej rozumiem, że koncert mógł się bardzo podobać, bo gdy grali któryś z numerów, vide „Wolves” na koniec (taki bis, ale wyszło to tak na zasadzie: „dobra, teraz się schowamy, a za chwilę zagramy ostatni numer”), który bardziej lubię, to ochoczo leciałem pod scenę, ale potem wolałem sobie stanąć gdzieś dalej.

Ogólnie całkiem sympatyczny wieczór. Zamieszanie z suportami trochę na minus. To że impreza zaczęła się wcześniej niż miała, zakończyła też się wcześnie, koło 23-tej, co również nie napawało mnie entuzjazmem – 50 minut dla Amerykanów to jak dla mnie trochę kpina. Wspomniane kilkukrotnie brzmienie także na minus. Na duży plus znakomita muzyka, doborowe towarzystwo i dobra wódka przy barze.

[Paplaka]