MASTIPHAL: Black metal będzie wiecznie płonął…

Tym, którzy jeszcze pamiętają krajową scenę metalową z lat 90-tych, zespołu MASTIPHAL nie trzeba przedstawiać. Zostawili on trwały ślad w historii polskiego black metalu, po czym zamilkł. Po latach ciszy grupa jednak się reaktywowała i szturmem powróciła na scenę, wydając w tym roku całkowicie nowy album „Parvzya”. Jest to dobra okazja, by przypomnieć trochę historię kapeli i dowiedzieć się, co muzykom z MASTIPHAL obecnie w głowach siedzi. Opowiada gitarzysta Cymeris…

 

 

mastiphal_foto2Witaj Cymeris. W końcu po 16 latach milczenia MASTIPHAL wydaliście swoją drugą płytę, choć przerwa w istnieniu zespołu była krótsza i wynosiła 11 lat. Jakie to uczucie wznowić coś tak odległego? Co zdecydowało o ponownej działalności grupy? Czy powody rozpadu w 1998 r. poszły w niepamięć?

 

Witaj! Powrotowi MASTIPHAL nie towarzyszyło jakieś niezdrowe podniecenie. Więcej było ciężkiej pracy, by powstał album taki, jaki chcemy. Właściwie cały czas w jakiś sposób działaliśmy z Flaurosem na scenie. Więc nie był to nasz powrót do muzyki w ogóle. Nie zawiesiliśmy instrumentów na kołku na te naście lat, żeby zająć się czymś zupełnie innym. Nasz powrót nie jest więc spowodowany tym, że gdzieś tam odnieśliśmy porażkę na innych płaszczyznach życia i nagle zatęskniliśmy za graniem. Mieliśmy stały kontakt ze sobą. Przez te lata ciszy nie raz rozważaliśmy nagranie nowego materiału i w końcu chyba nadszedł najbardziej odpowiedni moment i zrobiliśmy to. Rozpad w 1998 r. na pewno nie był spowodowany konfliktem pomiędzy mną i Flaurosem, więc nie było czego rozpamiętywać. Wspólnie podjęliśmy wiele decyzji dotyczących MASTIPHAL. Kilka było błędnych. Ta o powrocie na scenę na pewno taką nie jest.

 

parvzyaWydaliście płytę „Parvzya”. Czy mógłbyś powiedzieć, jaki koncept stoi za tym albumem i rozszyfrować intrygujący tytuł?

 

Tytuł oznacza „dzień gniewu pańskiego”. Dobrze pasuje do tego materiału, zarówno jego warstwy muzycznej, jak i lirycznej. Nie bez znaczenia jest też fakt, że MASTIPHAL znów zstępuje na Ziemię, by siać zniszczenie.

 

W kwestii liryków – jaką funkcję pełnią teksty w MASTIPHAL? Macie coś do przekazania słuchaczowi, czy tylko chcecie go wprowadzić w odpowiedni nastrój?

 

W black metalu teksty zawsze powinny być traktowane z taką samą powagą jak muzyka. To przecież mroczna poezja, dla której muzyka jest ilustracją. Filozofia, sporo własnych przemyśleń… No i oczywiście metal, ogień i śmierć.

 

Muszę przyznać, że płyta „Parvzya” po pierwszym przesłuchaniu nie zrobiła na mnie wrażenia, zdziwiły mnie nowoczesne brzmienia i aranżacje. Może to głupie, ale spodziewałem się kontynuacji Waszej stylistyki z lat 90-tych. Nie chodził Wam po głowie taki krok wstecz? Jednak po kilku przesłuchaniach płyta walnęła mnie w czerep i jestem nią usatysfakcjonowany. Umiejętnie łączycie na niej stricte black metalowe patenty z ogólno metalowymi zagrywkami. To celowy zabieg, czy tak wyszło w praniu? Nie kusiło Was, by iść w pełni w bezkompromisowy black metal?

 

Wiele osób utożsamia bezkompromisowy black metal z brzęczącymi gitarami i chujową produkcją. I tą drogą na pewno z MASTIPHAL iść nie zamierzamy, choć dla mnie osobiście klarowna produkcja nie jest niezbędna, by zamknąć ciemność i agresję w dźwiękach. To, co obecnie chcemy tworzyć z tym zespołem, wymaga jednak odpowiedniego poziomu produkcji, byśmy mogli zrealizować nasze zamierzenia. Co do metalowych zagrywek, to nie do końca potrafię zrozumieć taki zarzut. Przecież to jest, kurwa, metal!

 

Album otarł się aż o trzy studia, czemu tak wyszło? Nie lepiej było w jednym załatwić sprawę od początku do końca?

Przyjęliśmy taki sposób pracy, jaki wydawał nam się najbardziej odpowiedni. W jednym studio była ciężka praca nad nagraniem instrumentów. Musiało więc ono spełniać takie warunki, gdzie nam pracowałoby się komfortowo i dawało odpowiednie możliwości techniczne. Wybór padł na nowe studio MaQ, które obecnie jest jednym z najnowocześniejszych na Śląsku. Następnie Flauros wybrał najbardziej odpowiednie miejsce  dla siebie, by nagrać wokale. Chciał specyficznej atmosfery, więc wybrał studio takie, a nie inne. Na koniec została sprawa produkcji. Chcieliśmy powierzyć nasz materiał osobie i miejscu, co do którego mogliśmy mieć pewność, że uda się uzyskać zamierzony przez nas efekt. Moim zdaniem wszystko to razem bardzo dobrze zagrało i jesteśmy zadowoleni z przyjętego przez nas rozwiązania.

 

Wydawcą płyty jest Witching Hour Production. Wybraliście ich z rozpędu po współpracy przy „Damnatio Memoriae”, czy może są po prostu tak dobrzy w swoim fachu?

 

Witching Hour Production działa bardzo prężnie od swojego powrotu na scenę. Warunki uzgodnione z ta firmą pozwoliły zrealizować nasz materiał w sposób, w jaki chcieliśmy to zrobić. Oczywiście pozytywnie oceniamy naszą dotychczasową współpracę przy reedycji naszych wcześniejszych nagrań i to też nie było bez znaczenia.

 

 

Póki co dość mało koncertujecie. Czy w związku z promocją albumu ma się to zmienić? Planujecie jakąś trasę po Polsce?

 

Były dość ciekawe plany na ten rok związane z promocją płyty, jednak na tą chwilę nie zapowiada się żadna większa trasa. Być może uda się coś konkretnego zaplanować na wiosnę 2012. Do tego czasu zapewne zagramy kilka pojedynczych gigów.

 

Wyczytałem, że we wrześniu macie wziąć udział w festiwalu The Underground Unleashed w Indiach. Możesz przybliżyć ten temat? Co to za fest? Jak załapaliście się na niego? Ogólnie Indie nie kojarzą się ze sceną metalową. Metal-archives.com wskazuje raptem na 100 zespołów z tego kraju. To mało, jak na 1,2 mld Hindusów (dla porównania w bazie Encyclopaedia Metallum figuruje 2400 zespołów z Polski).

 

Szczerze powiem, że sam do końca nie wiem, co o tym myśleć. Wiem chyba tyle
o tamtejszej scenie, co Ty, albo nawet jeszcze mniej. Pojawiła się taka propozycja z agencji z Niemiec, żeby nas tam wysłać i wydało nam się to na tyle dziwne i interesujące, że zaczęliśmy tą propozycje rozważać.  Festiwal ma się odbyć w prowincji, z której ponoć wyruszają wyprawy w Himalaje. Może być ciekawie. Na pewno należy tą wyprawę rozpatrywać bardziej jako ciekawostkę niż próbę podbicia rynku muzycznego w Indiach.

 

Supportowaliście niedawno MAYHEM na koncertach w Polsce. Czy był to dla Was zaszczyt, czy może zwykłe odwalenie swojej roboty na scenie? Jest jakaś horda, z którą chcielibyście wystąpić razem?

 

Bardzo cenię MAYHEM za całość ich twórczości. Tworzą niesamowitą sztukę i dobrze było z nimi zagrać. Fajnie byłoby kiedyś napierdalać na jednej scenie z BLASHEMY.

 

Wróćmy do korzeni. Czy mógłbyś przybliżyć klimat black metalowej sceny w Polsce w latach 90-tych? W końcu MASTIPHAL należał do jej awangardy. Jakie Wam wtedy przyświecały idee i co się zmieniło obecnie?

 

Ci, którzy wtedy byli obecni na scenie, wiedzą, jakie było to zjawisko. Czym była scena, czym był black metal. Nie wiem, jaki jest sens rozwodzenia się nad tym, jak to wyglądało. Okres najlepszych, młodzieńczych lat wielu zajebistych ludzi związanych z muzyka metalową przypadł właśnie na początek lat 90-tych. Było dużo mroku, zajebistej muzyki, zinów, itd. Sporo się działo. Teraz jest inaczej. Jesteśmy już dojrzałymi ludźmi. Różne doświadczenia, których nabierasz przez lata, pozwalają ci dostrzegać świat w szerszej perspektywie. Z uwagi na wiele obowiązków związanych z ogólnym funkcjonowaniem, trzeba być bardziej zdeterminowanym. Jasno określać cele i ciężko pracować, by je osiągać. Jak najmniej czasu poświęcać na rzeczy mało istotne.

 

„Sowing Profane Seeds” muzycznie może nie był jakimś przełomowym czy odkrywczym materiałem, bazował na sprawdzonych black metalowych patentach, ale za to miażdżył klimatem i szczerością w prezentowanej muzyce. Czy potrafisz sobie przypomnieć, jaki był odbiór tego materiału w 1994 r.?

 

Oczywiście. Osobiście darzę ten materiał większym sentymentem niż nasz debiutancki album. Klimat, który udało nam się wtedy uzyskać, do teraz uważam za wyjątkowy.  Dla mnie to była szczególna chwila w życiu. Pierwszy raz w studio, pierwszy materiał. Była ogromna wiara w to, co tworzyliśmy. Myślę, że masz rację z tą szczerością. Chyba właśnie te wszystkie czyste emocje, które nam wtedy towarzyszyły, przykryły trochę nasze braki techniczne i udało się stworzyć całkiem dobry w mojej opinii materiał. Zresztą odzew podziemia był podobny. Dotarła do nas masa pozytywnych opinii. Pamiętam, jak sami promowaliśmy ten materiał na całym świecie. Zbieraliśmy wszystkie adresy, jakie tylko się dało. Wydawnictw, zinów, i w ogóle osób związanych w jakiś sposób ze sceną black metalową. Każdy robił w domu przegląd kaset, których mieliśmy mnóstwo. Same piraty sprzedawane wtedy w sklepach muzycznych w Polsce. Znosiliśmy reklamówki tych kaset do domu jednego z nas. Następnie w ruch szedł zmywacz rozpuszczalnik i usuwaliśmy wszystkie napisy z taśm. Potem przegrywanie na jamniku i tak przygotowany „promos” szedł w świat. Kasety wyglądały jak ze śmietnika i nikomu to nie przeszkadzało. Odnosząc się do poprzedniego pytania, takie też właśnie były lata 90-te. Popatrz sobie, jak to wygląda teraz.

 

mastiphal_old1

 

Przyznam się, że „For A Glory Of All Evil Spirits, Rise For Victory” należy do grona moich ulubionych płyt black metalowych. Tytułowy kawałek oraz „Flames Of Fires Full Of Hatred” to dla mnie kamienie milowe klimatycznego blacku. Zrobiliście wtedy śmiały krok w stosunku do dema, zwłaszcza uwydatniając intrygujące klawisze i komplikując kompozycje utworów. Jak z perspektywy czasu oceniasz debiut? Jak myślisz, dlaczego już prawie nikt obecnie nie gra w tym stylu?

 

Zawsze tworzyliśmy tak, jak potrafiliśmy najlepiej. Wiem, że nasz styl wtedy był wyjątkowy, niektórzy pewnie nazywali go dziwacznym. Mało kto odważył się w tamtych czasach na grę z klawiszami i to jeszcze w taki sposób, w takiej ilości, takimi brzmieniami itd. Kompozycje na tej płycie do teraz uważam za całkiem ok. Niestety nie jestem zadowolony z jej produkcji i nigdy nie byłem. Brakło nam wówczas doświadczenia studyjnego. Można było wycisnąć z tego materiału więcej.

 

Wydaliście dwukrotnie kompilacje ze swoimi dotychczasowymi nagraniami („Seed Of Victory” w 1998 r. i „Damnatio Memoriae” w 2009 r.). Sądzisz, że to dobry zabieg w promocji zespołu? Bo z jednej strony nowi maniacy mogą się zapoznać ze starym materiałem, pewnie już nigdzie niedostępnym, ale z drugiej strony starzy fani mogą czuć się zirytowani, że dostają ponownie te same dźwięki plus nagrania koncertowe? Nie myśleliście choćby, by te stare kawałki poddać jakiejś rearanżacji i nagrać ponownie na to wydawnictwo?

 

Pierwsza kompilacja powstała, gdy związaliśmy się z Vox Mortiis. Przygotowywaliśmy dla nich materiał na dużą płytę, który nigdy nie został dokończony, a płyta nie została wydana i wspólnie podjęliśmy decyzję, że przed nowym materiałem wydamy poprzednie materiały na jednym nośniku. Z kolei „Damnatio Memoriae” to przypomnienie o MASTIPHAL po wielu latach. Materiał zawiera wszystko, co do tej pory nagraliśmy od czasu „Sowing Profane Seed”, włącznie z materiałem video z koncertu w Lublinie z 1994 r. Dla mnie ponowne nagrywanie tych samych kawałków byłoby nonsensem. Nasz styl gry obecnie bardzo się różni o tego, co prezentowaliśmy wtedy. Na koncertach gramy tytułowy kawałek z „For A Glory Of All Evil Spirits, Rise For Victory” oraz „Summoned Howling”. I być może zostaną one kiedyś jeszcze zarejestrowane, ale wyłącznie w wersji live.

 

Jak widzisz przyszłość muzyki black metalowej? Czy będzie to zjadanie własnego ogona dla grona maniaków, czy może jakaś ewolucja i poszerzanie kręgów słuchaczy?

 

Black metal będzie wiecznie płonął swym czarnym płomieniem. To grono maniaków, o którym wspominasz, jest całkiem spore i powstaje w tym kręgu mnóstwo propozycji godnych zainteresowania. Myślę, że obecnie wszystko jest znów trochę bardziej podziemne i mroczne niż parę lat temu. Ten gatunek jest nieśmiertelny i na pewno przetrwa każdy kataklizm, ponieważ zawsze będą ludzie, dla których będzie stanowił  sens życia.

 

Na koniec zostawiam Ci ostatnie słowa dla czytelników…

 

Dzięki za wywiad.

 

[Dod]

 

Mastiphal, mastiphalofficial@gmail.com; www.mastiphal.pl, www.myspace.com/mastiphalofficial