MAYHEM, MERRIMACK, VOIDHANGER – 29.05.2014, Warszawa

2014.05.29_mayhemMAYHEM, MERRIMACK, VOIDHANGER

29.05.2014, Warszawa, „Proxima”

Nie wiem, czy wyprzedano wszystkie bilety na koncert MAYHEM, ale brak wolnych miejsc do siedzenia przy stolikach, ciągła kolejka do baru czy niesamowity tłok przy scenie, mogły to sugerować. Niemały spotkał mnie problem, żeby (spóźnionym) dostać się pod scenę już nawet w trakcie występu supportującego MERRIMACKa.

Warszawa 29-ego maja 2014 r. niecierpliwie wyczekiwała rozpoczęcia rytualnego MAYHEM, preludium do bluźnierczego sztormu, czyli nieśmiertelnego i hipnotycznego „Silvester Anfang”. Niektórym intro to kojarzy się z kiczem, innym z atawistyczną inkantacją – ale tej nocy obie grupy zakopały topór wojenny i równocześnie poderwały się ku górze na te charakterystyczne dźwięki. Na scenę, po czarnym dywanie wyplecionym z rozkładających się dusz wrogów, wkroczyła legenda – a przed nią już rozpościerał się widok wyjątkowo licznej i żywiołowej widowni. Zrezygnowałem z pomysłu wpychania się na siłę pod scenę, kiedy przy pierwszych dźwiękach „Pagan Fears” rozpętało się istne piekło, w tłum wpadli niemalże wszyscy stojący pod i wokół sceny. Gdyby nie aparat na szyi (sam aparat nie był problemem, ale problemem było to, że musiałem robić zdjęcia), można by było nieco poszamotać się w imię Szatana.
Niemniej nie ma tego złego, co by nie wyszło na dobre – mogłem uświadczyć pierwszych guseł ze strony Attili, bowiem podczas wieloletniego obcowania z twórczością MAYHEM wytworzyła się we mnie opinia, że ruchy sceniczne wykonywane przez „nowego” (lepiej by wyglądało – żywego) wokalistę tworzą jakiś inkantacyjny / mantryczny / ezoteryczny schemat, a użyte rekwizyty nie są przypadkowo dobrane. Tej nocy Attila dzierżył tradycyjną czaszkę oraz nieco bardziej oryginalny odwrócony krzyż papieski, wykonany z kości. W dalszej części show do tego zestawu dołączono jeszcze gruby sznur, czyli najważniejszy element udanej zabawy wisielców.
Wracając do sedna, miałem wrażenie, że początek występu obfitował w największą ilość magicznych ruchów i gestów – niemałą przyjemność sprawiło mi oglądanie tego mistycznego układu na żywo. Attila ma chyba niewyczerpalne pokłady mocy, gdyż jego osoba zawsze (także w innych zespołach lub solo – np. na koncercie w warszawskim „Powiększeniu”) emanuje równie silną energią, co przed wieloma laty.

2014.05.29_Mayhem (2)

Drugi oryginalny członek THE TRUE MAYHEM, Necrobutcher, także wydawał się być w dobrej formie, bardzo wyraziście zapraszał widzów do aktywnej zabawy.
Dobrze było wiedzieć, że chłopaki (jeszcze) żyją i ima się ich zdrowie, a rytuały idą nadzwyczaj sprawnie.
Pomimo dość częstych zmian pozycji, nie udało mi się dostrzec Hellhamera za garami, ale w żaden sposób nie przeszkodziło mi to w delektowaniu się charakterystycznym brzmieniem kościsto-stalowej perkusji, która niezmiennie od lat tworzy niedościgniony kanon dla setek tysięcy naśladowców drogi black metalu.
Zostając przy tej kwestii, nadmienię, że nagłośnienie było bardzo dobre. Nie było bowiem ani za głośno, ani za cicho, bas w wykwintnym stylu rozrywał wnętrzności, a stopień rozpoznawalności instrumentów był wysoki (to uwaga dla tych, którzy na koncertach black metalowych nie słyszą nic poza nieokreśloną falą dźwiękową).
Dzięki owemu bardzo dobremu przygotowaniu nagłośnienia, ale także sprawnej pracy ekipy montującej na scenie, brakiem opóźnień i problemów technicznych, nie pozostało mi (nam) zatem nic prócz delektowania się samą satanistyczną i artystyczną zawartością tego pamiętnego widowiska. To bez cienia wątpliwości istotny element w układance pt. „udany koncert” – każda wpadka odwodzi bowiem od dźwiękowo-wizualnej konsumpcji, a naprowadza na rozmyślania w stylu „co się spieprzyło? kto jest temu winny?” – tutaj na szczęście to nie wystąpiło.

2014.05.29_Mayhem (0)
Koncert po prostu pochłonął publikę, która przez pierwsze cztery utwory (w tym także stworzone do pogo „Deathcrush”) bezustannie wirowała. Potem niestety powietrze trochę zeszło i czym było później, tym mniej osób decydowało się na „taniec”. Ale to tylko i wyłącznie zasługa zmęczenia. Także gromkie okrzyki z początku, nieco ucichły, ale jestem przekonany, że ryk „MAY-HEM” (a czasem „SLA-YER”) zrobił wrażenie na zespole, czemu zresztą panowie dali upust w tradycyjnych podziękowaniach („Djeń dobri” i „Djienkuje”).Tym bardziej nie dziwi zatem ich zadowolenie, gdyż Polska, suma sumarum, słynie ze współczesnej sceny black metalowej.
A co właściwie zaprezentowali stalowi Norwedzy i jeden Węgier? Wszystko, do czego dotąd przyzwyczaili – od „Deathcrush”, przez „Ordo Ad Chao”, po najnowszy (jeszcze świeży, miał swoją zapowiedź w trakcie) „Esoteric Warfare”. Zagrano 15 kawałków, co – zważając na fakt grania cztery dni z rzędu – było niezłym osiągnięciem – niezauważalne było też zmęczenie, choć przy sztandarowym „Freezing Moon” Attila zwolnił nieco swoje heretyckie rytuały, aby przy ostatnim „Pure Fucking Armaggedon” trwać niemalże w bezruchu. Wyglądu scenicznego opisywać nie muszę, lepiej opiszą to zdjęcia.
Tematu jakości muzyki także nie powinienem podejmować, był to bowiem koncert jubileuszowy, na XXX-lecie MAYHEM. Należy po prostu oddać hołd propagatorom i ideologom pewnie najbardziej mizantropijno-mistycznego gatunku metalu. Oni zresztą nie zawiedli w żadnej materii. Klasa sama w sobie, podkreślana doświadczeniem i świadomością swojego dorobku (aczkolwiek bez żadnego wywyższania się).
Myślę, że warto wracać do tego koncertu myślami, zdjęciami i filmami, szczególnie polecam to tym, którzy nie mogli z jakiś powodów się wybrać. Nieobecność jest bezsprzecznie nie do odżałowania, ale warto uchylić choć rąbka tajemnicy i zaspokoić częściowo swoje oczy, uszy i zmysły, które na żywo zostały niemalże zamarynowane w czarnym, smolistym miodzie.

Tak się rozpisałem, że zapomniałem wspomnieć o supportach, ale w obliczu majestatu gwiazdy wieczoru występy te nie miały większego znaczenia dla ogólnego kształtu widowiska. MERRIMACK zaprezentował się z bardzo dobrej strony – ciekawy sceniczny image i bardzo mocny materiał. Z opisów współtowarzyszy dowiedziałem się, że nie tylko na mnie wywarło to pozytywne wrażenie. Na VOIDHANGER niestety nie zdążyłem, ale… przestałem się tym przejmować przy zabójczej twórczości MAYHEM.

[Vexev]