MENCEA Pyrophoric ’12

TULUS, SARKE czy KVELERTAK pewnie kojarzycie. Spodziewacie się więc, że MENCEA to coś w ten deseń i z norweskimi korzeniami? A takiego grzyba. Wszystkie cztery kapele łączy wytwórnia Indie Recordings z siedzibą w Oslo, która, jak się okazuje, potrafi zrobić niespodziankę i w swojej ofercie umieścić coś spoza mroźnej krainy. MENCEA bowiem to chłopaki z Grecji, a „Pyrophoric” to ich druga, wydana po latach oczekiwań płyta. Jakże ja się kurewsko cieszę, że przypadek chciał, iż na nich trafiłem. Death metal jaki grają to coś, co dokładnie trafiło w mój gust. Mimo niezbyt długiego czasu trwania ciągle nie mogę się nasycić tą płytką. Grecy stawiają bowiem na uporządkowanie, a nie na kakofoniczne szaleństwo. Nie przytłaczają nawałnicą zlewających się w kupę dźwięków. Grają na swój sposób chwytliwie, ale nie mylcie tego z melodyjnymi refrenami czy coś w ten deseń. Wyczuwam w tym jakiś drobny ułamek OPETH czy GOJIRA, a wszystko to razem wzięte jest tak cholernie rajcujące i bujające, że w pierwszych chwilach kompletnie wymiękłem z wrażenia. To było coś jak poznanie mej Wybranki, tyle że na muzycznym poletku. Każdy dźwięk wydaje się być po prostu kreowany pod mój gust, tak, by maksymalnie zadowolić mój zmysł słuchu. Ale nie ubolewam z tego powodu, że na całą płytę składa się zaledwie siedem kawałków i jedno interludium. Bo jak już wreszcie wchłonę ją do ostatniej kropelki, gdy zostanie z niej wreszcie jedynie suchy flak, to z kłami rzucę się na debiut, a mlaskaniu z zadowolenia znowu nie będzie końca. „Pyrophoric” pięknie brzmi, kopie po uszach ciężkimi riffami i gęstą stopą, wnika pod skórę, płynie w żyłach… Tak głęboko zaspokaja potrzebę obcowania z dobrą muzyką, że trudno po niej docenić inne uznane w świecie dzieła. Przynajmniej mi. Gorąco polecam każdemu, kto nie oczekuje po metalu jedynie krwawej rzeźni. Uch, coś niesamowitego.[s_collector]

Mencea, http://www.myspace.com/mencea.

Indie Recordings, Hasleveien 38, 0571 Oslo, Norway; http://indierec.net/