METALLICA, SLAYER, MEGADETH, ANTHRAX, BEHEMOTH – 16.06.2010, Warszawa

2010.06.16_metallica

Sonisphere Festival:

METALLICA, SLAYER, MEGADETH,
ANTHRAX, BEHEMOTH

16.06.2010, Warszawa, Lotnisko Bemowo

Sonisphere Festival na polskiej ziemi już za nami…

METALLICA, SLAYER, MEGADETH, ANTHRAX, czyli wielka czwórka thrashu po raz pierwszy w historii na jednej scenie.

Jako gość wystąpił BEHEMOTH. Grał od 15.55 do 16.35. Krótko, ale solidnie. Muzycznie zaprezentował to, co najlepsze. Wizerunkowo bez zbroi, za to w czarno-białych makijażach.

Miał być jeszcze MASTODON, ale odwołano jego udział w trasie.

Kolejna grupa (od 16.55 do 17.40) to ANTHRAX z Balladonną, który wyglądem pozostał w czasach złotej ery thrashu. Było wesoło i przebojowo z „Anti-social” na czele. Kapela skupiła się na repertuarze z płyt: „Among The Living” i „Spreading The Disease”. Widać było wielką radość gry. Szkoda tylko, że ANTHRAX grał tak krótko, ale i tak miał morze fanów.

18.00-19.00 to czas dla sprawnego technicznie występu MEGADETH. Niektórzy narzekali, że zespół odwalił swoje i tyle. Moim zdaniem to nie do końca prawda. Może po prostu ekspresja ekipy „Rudego” nie jest tak wielka, jak pozostałej trójki? Niektórym brakowało utworów z nowych płyt, ja jednak jestem zadowolony z hiciarskiego setu. Zabrzmiało całe „Rust In Peace”, a na koniec „Symphony Of Destruction” i „Peace Sells”. Tylko i aż tyle dało się zagrać w godzinę.

19.30-20.30 – SLAYER. Przybyli, zobaczyli, zwyciężyli. Ostra jazda od samego początku, od „World Painted Blood”, poprzez same killery, bez zwalniania tempa (m.in. „War Ensemble”, „Dead Skin Mask”, a na koniec „Angel Of Death” i „Raining Blood”. Zespół, który ma chyba najortodoksyjniejszych fanów, ale zaprawdę warto było zobacyzć, tym bardziej, że mówi się (zresztą już od kilku dobrych lat), że panom powoli odechciewa się grać i że mogła to być ich ostatnia trasa. Po uśmiechu Toma i zaangażowaniu reszty, niesamowitych riffach Kerry`ego i Jeffa oraz budzeniu gromów przez Dave`a nic na to nie wskazuje…

2010.06.16_sonisphere.fest1Zespoły poprzedzające METALLICĘ były z góry na gorszej pozycji. Były znacznie słabiej nagłośnione. Scena była nieco za niska, wież i barierek w nadmiarze, ale pogoda dopisała. Słońce nie pozwalało użyć efektów i oślepiało widzów. No i granie w słońcu nie zawsze sprzyja budowaniu klimatu… Mroku. Zwłaszcza przy SLAYER było to odczuwalne.

METALLICA jako jedyna nie wystartowała zgodnie z harmonogramem. Planowo miała grać od 21 do 23, a zaczęła od ok. 21.20, do 23.30, ale gwieździe można dłużej. Chyba wszystkim podobał się ten ponad dwugodzinny, profesjonalny i ciekawy show. METALLICA jako jedyna grupa miała nie płachtę ze swoim logo, a wielki telebim z tyłu sceny. Dodatkowo efekty świetlne i pirotechniczne dodawały smaczku, aczkolwiek można się było spodziewać więcej. Stare przeboje były przeplatane bardziej znanymi utworami z ostatnich płyt. Pewną niespodzianką było zagranie „The Four Horsemans”, a „Sad But True” zadedykowano pozostałym zespołom z wielkiej czwórki. Na koniec, bisując, METALLICA przywaliła… coverami. Jako pierwszy poszedł „Stone, Cold, Crazy”. Absolutnie na zakończenie pojawił się „Seek And Destroy”.

Fajnie było popatrzeć, gdy Rob rozkręcił się w kółeczko z tymi swoimi długimi batami i wszystko wirowało wraz z nim, wspomniane włosy, bas i świat. Widać było, że czuje się pewnie na scenie. Zresztą jak każdy z muzyków. Na koniec wszyscy przechadzali się po scenie, gadali bzdurki, rzucali publiczności kostki, pałeczki i inne akcesoria muzyczne.

Warto było tam być. Teraz czekamy na DVD z trasy, by w zaciszu domowego ogniska móc sobie przypominać te radosne chwile, w otoczeniu ukochanych dźwięków i przy co nieco wygodniejszej w odbiorze wizualizacji artystów. Prawdziwego koncertu jednak nic nie zastąpi, a takiego jak ten na warszawskim lotnisku Bemowo niewiele zdoła.

[Yan_us]