Miles z Talesu: Miles, sercem lody stawiam

PODZIAŁ I

Dwie ciemne postaci wyłaniające się zza rogu jasnej bramy, minęły rozkładające się ścierwo ciemnobrunatnego kundla. Wokół tylko ciemność, mgła i rozkładające się już od miesięcy cholerne ścierwa. Smród i mała sodoma. Cudownie wilgotne mury starego miasta, zdawały się cierpliwie znosić obrazoburcze napisy w stylu: “Miles, ty spedalony wieszczu, myj zęby”, albo “Każdy Miles to gniot, każdy gniot jest jak orgazm”… cokolwiek to miało znaczyć.
–      To ciekawe, że nie ma miejsca na lodziarnię w naszym mieście…- sentymentalnie zaczął Miles.
–     Ależ drogi Milesie, w naszym mieście są lodziarnie.- czule odpowiedziała Milesna.
To, że Milesna nie zawsze potrafiła złapać falę, na jakiej nadawał wieszcz, było znane wszystkim, którzy choć trochę uczestniczyli w życiu kulturalnym miasta, bądź też spędzali weekendy na nielegalnych, acz za to jak przyjemnych zlotach wyrywaczy rzęs. To w ogóle ciekawa sprawa, która jak bumerang wracała w namiętnych pogaduszkach wszystkich kościelnych dewot na deptaku im. Alberta Rzęsy.
–      Czy ja ci przerywam…- rzekł poirytowany Miles.
–    Nie- odpowiedziała Milesna, chcąc, nie chcąc, bo akurat nikogo w pobliżu nie było.
–    Tak więc zamknij swą powiekę, bo nigdy już rzęsy nie wyrwę ci, ma Milesno. Mówiąc o lodziarni, nie mam na myśli tych wszystkich…
–    Hmm…
–    Zadaj mi pytanie, Milesno.
–    Pytanie oto jest ci ono, Milesie, wieszczu ty my, luby jeno, ono brzmieć musi: jak bardzo jesteś skomplikowany w swej cudnej zawiłości, mój ty spośniarzu jeden, wszelki, rzeknij, a będę uzdrowiona, jako…
–    Kobieto, czy wiesz, że to jest początek książki?
–    Hmm…
–    Co ciekawe, co ciekawe, co sobie pomyśli czytelnik po tak głupim wstępie jaki tu zadałaś.
Zostawiając takie oto nierozwiązane zagadnienie szli dalej ulicą pełną niespodzianek, nie zauważając jak jeno chyżo   przeszli do następnego podziału….

PODZIAŁ II

“…kwestie poruszane, znajdują swe ujście wewnątrz zawiłego umysłu Milesa, wokół którego to wszystko wybucha niczym mała armatka…” – taka to była notatka. Beznadziejnie rewolucyjna jak na te stabilne czasy, kiedy to sztuka się wokół ustabilizowała. Awangarda stała się konieczna, nie istniały konwenanse, ani też nikt nie koniugował, cokolwiek to ma znaczyć.  Jedynym medium niosiącym te stare podziały były rzeki pełne zakrętów, szepcące o zamierzchłych czasach, kiedy awangardowcem to było ciężko być. Nawet za cenę kiczu poświęcano się i oddawano we władanie awangardy. Dzisiejsza sztuka była sama w sobie awangardowa i pełna ezoteryki. Ezoteryka była na każdym kroku, nawet seks stał się straszliwie ezoteryczny. Szcześliwie skończyły się problemy z nieudanym pożyciem milionów par. Orgazm u kobiet następował automatycznie po uwolnieniu się ciała astralnego. Mężczyzna szczytował w momencie rozwiązania wcale nieskomplikowanego heksagramu metodą tupi-tup… Seks stał się wręcz alternatywą dla totalitarnych systemów. Granice przestały istnieć. W jednej chwili, lewitując można było znaleźć się w sypialni gwiazdy hollywoodzkiego kina i rozwiązać wcale nieskomplikowany heksagram. Świat stał się w końcu globalną wioską. Awangarda, seks, wszechogarniający pokój… Ziemia byłaby rajem, gdyby nie fakt, iż wciąż pojawiały się nowe ścierwa przy kanałach miejskich. Prawdziwa zmora.
–    Śniła mi się zmora, Milesna…- zawołał przerażony Miles po przeczytaniu notatki.
–    Kochany, Milesie, jestem przekonana, że twój zawiły umysł wygenerował te wizje nazbyt irracjonalnie, stąd kropelki potu na twych piętach- próbowała uspokoić rozdrażnionego do granic wytrzymałości termicznej Milesa- wcale…
–    Wcale…- powiedział zahipnotyzowany Miles.
–    Nie…
–    Nie…- jego głos przybierał niebezpiecznie podniecający ton
–    Pozwolisz…- Milesna zdawała się gubić tok swojego rozumowania.
–    Pozwolisz…. Nie…. Wcale…
Tego było już za wiele, Milesna uwolniła swoją powłokę astralną. Ciało upadło w pobliżu pralki firmy “Rwi”, a okrzyk rozkoszy przeszył kolana Milesa, niczym nóż wbity w masło… Zaczęła się orgia zmysłów, totalne przemieszanie awangardowego seksu ezoterycznego z kulinarnymi wstawkami przynoszonymi wprost z ulicy. Zapach rozkładającego się ścierwa przy kanale, przestał istnieć. Zostali sami w tym nie-stanie. Wszelka moc obliczeniowa Milesa napawała otuchą na lepszy orgazm Milesnę. Tak też się stało, spazmy jakich doznała tym razem, rozświetliły miasto za dnia… rozświetlić miasto za dnia do tej pory potrafił tylko Miles…. Nic dziwnego, skoro był maltretowany w dzieciństwie przez swojego pogańskiego ojca, który straszył go odwłokiem samego Odyna.

miles.z.talesu_sercem

PODZIAŁ III

Ciemność w pokoju nie wystarczała, by skryć wyciek erotycznych myśli, które wylewały się z głowy Milesa wprost na nowy, perski dywan. Nagromadzona energia powodowała, iż ściany stały się mokre i żrące niczym soki trawienne. Miles popadł w trans absolutny. Jego wizja stała się nad wyraz pokręcona. Kaktusy stojące na parapecie nie były już tylko prezentem urodzinowym, ich mięsiste wnętrze zdawało się drgać pod wpływem wibracji, jakie roztoczyły się w pomieszczeniu. Miles wykonał proste zadanie matematyczne, wynik skądinąd znajomy… 3125. Pięć do potęgi piątej. Takie proste. Olśniony Miles otworzył oczy, pomieszczenie zmieniło swój wygląd diametralnie, co więcej, poczuł tuż przy sobie zapach perfum, które były dołączane tylko i wyłącznie jako reklamówka do burżuazyjnego czasopisma, “Coolwywood”.
–    “Ada- da-  aw ruk  principias”- wypowiedział jeszcze w stanie nieświadomości Miles zaklęcie swego zboczonego ojca, który jak wiadomo, straszył go odwłokami. Widok, który ujrzał wraz z pierwszym przebłyskiem i tak niskiej samoświadomości zwalił go ponownie w pościel, kolorową niczym w pedalskich kreskówkach Walta Disneya.
–    Pamela?
–    Miles?
–    Nie święty krasnolud, kurde memol!
–    Skarbie ty mój, skąd znasz zaklęcia tak tajemne, czy…
–    …że co, białogłowo?
–    Czy wiesz, że na zawsze już pozostanę niewolnicą twego tajemnego języka…
Hmm, całkiem nieźle- pomyślał Miles. Ta malutka bestyjka była, jak mi zdawało jedyną samiczką, poza zasięgiem naszej ziemskiej powłoki. Zdawała się, jako jedyna opierać wszelkim nonkonformistycznym zabiegom w celu posiadania rozkroczy… eeem, znaczy się rozkoszy… Ciekawe czy będę w stanie uwolnić jej ciało astralne a i samemu przeprowadzić proste działanie prowadzące do rozwiązania niezbyt skomplikowanego heksagramu. Dzięki ci, ojcze, za to żeś był tak potężnym magiem, wybaczam ci, że w wieku lat pięciu nasypałeś mi dwa przecinek trzy kilo soli w zwieracze! Twoje zaklęcia chyba skutkują…
–    Milesie, od tak dawna chciałam cię spotkać, by móc podziękować ci osobiście za poem, który stworzyłeś na moją cześć. No i oczywiście sowicie wynagrodzić- rzekła rezolutnie Pamela.
Jak ona cudnie się rumieni- walczył z myślami Miles. Mam tylko nadzieję, że nie zjawi się tu przez żadne szczeliny czasowe Milesna… a jeżeli nawet! Zrozumie, w końcu to jest jej rok, będzie musiała wybaczyć. Sponsorem tego cholernego roku jest literka “M”.
–    Milesie…
–    Pamelo…
Po tym krótkim wstępie zapadli się w międzygalaktyczne wibracje, które uniosły ich lekko i frywolnie pośród całej rozpusty czasu minionego i tegoż, co tuż tuż za rogiem. Odwieczne poszukiwanie mędrców, ich teorie stają się dla tej pary rzeczywistością poza nierzeczywistością. Delikatne łodygi papirusów zasadzone bezpośrednio na  drewnianej podłodze, zdawały się oddychać przyspieszenie. Miles i Pamela oddają się uczuciu, jakie znali tylko pierwotni Druidzi. Po nieskończonej ilości skończonego czasu, Pamela uwalnia się z bytu cielesnego, oddając swoje istnienie astralne na pastwę Milesa. Uczynny bard, opiewał silnym głosem podszeptu jej wdzięki, uprzednio jedynie marząc co noc o tych chwilach. Heksagram jaki pojawił się na horyzoncie zdawał się nie do rozwiązania. Miles jednakże postanowił nie zaprzepaścić takiej szansy, mogła się już nigdy nie nadarzyć. Metodą całkowania i kombinacji z permutacją osiągnął doskonały wynik, wynik, którego nie potrafił uzyskać nikt żyjący, ani rozkładający się. Spojrzawszy na Pamelę, z radością stwierdził, że ta w tym czasie uwolniła doskonale swoją postać astralną. Wyglądał jak wyłuskana pestka słonecznika na rozgrzanym oleju. Oboje zapadli się błogo w nie-stan.
–    Milesie- usłyszał idiotycznie słodki głos.
–    Co jest, mój wężu rodem z moczar?
–    Wiesz, maleją mi piersi…
–    Która godzina?
–    To nie ma nic wspólnego z upływem czasu!- rzuciła zdenerwowana Pamela.
–    Ma, babo! Jeżeli jest już trzynasta dwadzieścia trzy, to po mnie. Milesna posieka mnie jak jajo na…
–    Miles! Cycki mi maleją, a ty mi tu prawisz o jakiś zazdrosnych sukach!
–    Hm, może da się to wyjaśnić racjonalnie.
–    Że niby jak?! Ra… co?
–    Może ci te selikony, czy jak one, rozpuściły się od nadmiernej produkcji meskaliny w krwioobiegu, którą produkujemy podczas oddawania się uciechom duchowym. Wiesz, taki odlot międzygalaktyczny jaki miałaś…
Dopiero teraz spojrzał na nią. Widok był, hm całkiem interesujący. Pamela na pierwszy rzut oka mogła mieć jakieś czternaście lat…
–    Pamela, to jest chyba poważna, acz bardzo miła sprawa. Ty się odmładzasz!
–    Tak? To… dobrze?
–    Tak, poczekam jeszcze z kwadrans, kiedy to osiągniesz wiek jedenastu lat i chyba będziesz znów dziewicą… chyba.
–    Ja nigdy nie byłam dziewicą, to znaczy, urodziłam się dziewicą, ale lekarze już wtedy wiedzieli, że będę sławna. Oni znali się na tych całych kombinacjach czasoprzestrzennych. Pochodzili ze starożytnego Egiptu…
–    No tak i nie mogli sobie odmówić, by wychędożyć słodziutką Pamelkę…
–    A czy i ty jesteś pedofilem?
–    Najdurniejsze pytanie, jakie dane jest mi słyszeć. Jasne!
–    Miles, wiesz co… Ja się kurczę, nie mam już włosów łonowych.
–    Bo i nie miałas ich przed godziną…. Hmm, myślę Pam, że twój czas zaczął biec w drugą stronę. To się zdarza najgłupszym blondynkom… Hm, nie tylko blondynkom, brunetkom, szatynkom, rudym, łysym babom też. Przykro mi, ale to dla ciebie będzie lepsze niżeli cały ten gówniany biznes porno, w którym obracasz się pomiędzy 22 a 6 rano.
–    Myślisz? A może… Miles, mi wyrastają zęby…
–    To mleczaki. Przykro mi, Pam, ty głupia babo, muszę się ulotnić.
–    Mileszz…
–    Rzeknij mi jeszcze jeno szybko, gdzie tu masz szczeliny… poza tą pomiędzy twymi kiczałami! Szczeliny czasowe…
Miles musiał się już zdać sam na siebie. Leżący obok niemowlak pomalutku zaczął przeistaczać się w zygotę. Zmusił się do postawienia swego ciała w pozycji ti-pi-szower, by wyczuć niewyczuwalny przepływ międzygalaktycznego powietrza. Po chwili ciszy posłyszał delikatne drżenie. Zdążył jeszcze kątem oka dojrzeć mokrą plamę nasienia wsysaną przez wielkiego penisa. Biedna Pamelka- pomyślał i zniknął, wedle starej zasady rodu Milesów.

PODZIAŁ IV – i nikt Cię nie zmusza do czytania tego.

Po wielce wyczerpującej scenie miłości Milesa i nadmiernego wysiłku w doborze słów przez narratora, czas na małe wyluzowanie. Narrator- pozwolicie- zajara sobie fajkę z główną postacią tego czegoś, co czytasz.
–    Hail Miles!
–    Cześć idioto, znów będziesz mnie wkurzał swoim: “Ależ Milesie, musisz robić to z odrobiną gracji i wyczuciem artystycznym”? Mam cię głęboko w mym otworze, palancie nadęty.
–    Miles, bo wytnę ten Podział….
–    Wycinaj !

[ciach!]

PODZIAŁ V

Raz do roku, 1 grudnia (gdzieś w czasie- światowy dzień Aids), urządzano w wielkiej szopie pełnej Istot Stamtąd zbiorową orgię na podstawie powieści Zbigniewa Nienackiego, pt. “Wielki Las”, jakby ktoś, kurwa, pytał. Jednakże mieszkańcy tej historii poczyniali to w celu przetrwania swego zmutowanego gatunku.
–    Milesna, wiesz, sponsorem tego roku jest literka “M”… Znasz zasady prokreacji, “M” jak Milesna, musisz się udać dzisiejszej nocy z nami do tej zgniłej obory na wielkie ti-putiputi-tup siup ba. Milesna, wedle mych skomplikowanych obliczeń za blisko 275 dni będę parszywym opiekunem jakiegoś bękarta poczętego w ten przeklęty dzień.
–    Czyż to nie cudowne? Zawsze…
–    Cudowne- rzekł jak tylko fałszywie potrafił Miles.
–    Będę okropną matką! W końcu. Moje dzieciństwo było przepełnione pseudo fantastyczną, cukierkowatą miłością. Matka zawsze ubierała mnie w jakieś różowe beciki i karmiła dziwacznymi podrobami najlepszych marek…
Miles zaczął wycofywać się w kierunku drzwi… Znał te wszystkie pokiełbaszone opowiadania Milesny na pamięć- zostało mu to jeszcze z czasów, gdy udawał, iż naprawdę go to interesuje. Doprawdy irytujący jest brak wyczucia sytuacji istot niższych… skoro są stworzone tylko i wyłącznie do stawiania heksagramów, jak wymagać myślenia od nich? Sam zaś pogrążył się w piekielny wir myślowy- co jak co, ale Milesna nie może doczekać się potomka… Nie widział siebie w roli karcącego ojca. Wolność ponad wszystko… utrata statusu twórcy, mogłaby ujemnie wpłynąć na jego moc obliczeniową. Siak, trzeba coś wymyślić.

Zapłodnienie staje się skuteczne o tyle, o ile Słońce, Księżyc i Mars staną w odpowiedniej konfiguracji… która ma miejsce właśnie 1 grudnia każdego roku. Priorytetem staje się wiec ta cała kosmiczna energia spływająca na ludzkie obliczenia. Sprawa, może i kosmiczna, jednakże warta rozwalenia od środka. Miles zaciera ręce. Czyn, którego nie odważyłby się dokonać żaden największy Wojownik Światła i Ciemności leży w zasięgu ręki jego samego.
– Bogowie, dodajcie mi sił!- rzekł cichutko przejęty Miles.

PODZIAŁ VI

By nie trzymać w zbyt wielkim napięciu czytelnika, przytoczę od razu monolog Przewrotowca, który wygłosił w ciemniejącym pokoju przy tysiącu świateł skierowanych w jego otwór wydalniczy:
–    Einap, śizd  ikleiw ńeizd. Żómop im ćawrtezrp ębórp….. ufff, odwrócę się plecami do lustra, będzie łatwiej.
Zapętlone słowa obijały się o ścianę i zmierzały we właściwym szyku ku lustrzanemu Bogu.
–    Wrzucę sobie nieco co, szefie tu tego tu i tego tu, i proszę wskaż mi drogę gdy zbłądzę…
Czerwona ryba na wigwamie podpalała  fajkę w postaci konia nieroba. Koń nierób był stworem, który eksplorował wszelkie widoki tylko i wyłącznie na swój użytek. Koń nierób, jak zwykle zresztą, otwierał szczurom brzuchy i wygrzebywał z nich tajemnicze klucze- te znów dopasowywał pan Mrow do swego pięciokątnego mieszkania, gdzie zalęgły się podręczniki gatunku X. Na kartach historie kroczyły niczym czworonożne gady pozbawione małżowiny ustnej i prawa do dotarcia na miejsce. W miejscu, na które ważył się on sam wyciągnąć rękę znalazł coś na kształt latającego spodka… Wsiadając, zrozumiał, zrozumiał Miles, że przebywając tą potężną drogę, powinien zostawić głowę w domu- ta, niestety nie mieściła się w potężnym wehikule. Cóż czynić, zostawił głowę, a nawet jedną dłoń, by ta w razie czego nie okazała się być zbyteczna już na linii orbit Słońca, Księżyca i Marsa. Płynął długo…
Obudziwszy się we własnym łożu, postanowił sprawdzić datę, był 1 grudzień. Pełen obaw szeptał:
–    Odlot, niesamowity odlot, to jak najbardziej oniryczna jazda. Byłem w jądrze Marsa, nigdy nie zapomnę widoku zakrwawionych kwiatów, uginających się pod ciężarem mego majestatu. Cóż to był za szatański odlot! Ileż we mnie niepokoju. Czy mi się udało- zadrżał Miles- czy dzisiejszy spęd tych zboczeńców każe być mi przykutym do końca mych dni do zapewne koślawego tworu, jaki powity zostanie przez spedaloną Milesnę? Toć ja, prawdziwy mężczyzna nie mogę sobie na to pozwolić. To takie moralne!
W tym czasie za oknem zaczęły się dziać dziwne sprawy… smrody rozkładających się ścierw zaczęły znikać (jeżeli już wcześniej w tej historyjce nie znikły). Rzeki zaczęły płynąć pod prąd a komunikacja miejska jak stała bez ruchu, tak ruszyła z impetem. Milesa zaczęła dopadać nieśmiała myśl: “Naruszyłem, naruszyłem prawa przyrody”
–    I nawet nie pamiętam jak to dokładnie się odbyło- rzekł już głośno.
Cuda odbywały się wokół a nasz bohater zacierał ręce i poklepywał się z krzywy kręgosłup.

Podziały VII do XXII są najnudniejszą pseudoprozą, jaką dziadowskie łapska autora pozostawiły na tym wstrętnym Padole. Kogo interesują, niech napisze do samego autora, może dostanie jakąś paranoiczną odpowiedź, albo butem w mordę- na jedno wychodzi. Przejdźmy więc do:

PODZIAŁ XXIII

Siedząca, skulona postać rzekła:
–    Miles, ta obora była straszna. Nie chcę żadnego bachora…
Milesowi opadły ręce poniżej kolan. Co za ród! Kobieto, jesteś bramą diabła. Ty dotknęłaś drzewa Szatana i ty pierwsza pogwałciłaś prawo boskie! Jak z takimi współpracować, albo działać przeciw?! Kto pamięta czasy, kiedy to samo kobiece spojrzenie psuło mleko krowom? Ach, co za debilne to by czasy! Jak to kiedyś napisałem w swym wspaniałym dziele, “Wojna przeciwko kobietom”: “Sam Diabeł drży przed ich (kobiet!) destrukcyjną bezmyślnością”. W końcu Szatan też ma obsesję seksu. Mógł a nawet powinien owe panienki zapładniać, dla pomnożenia czarciego pomiotu. Zaś czynił to interesująco. Oto sam, stworzony ze zgęstnienia powietrza nie dysponował własną spermą. Więc brał ją od onanistów i wisielców. Tak, to ta biblijna opowieść o szanownym Onanie, który odmówił zapłodnienia żony brata swego, miast tego zrzucał nasienie Szatanowi na użytek… Śmierdząca sprawa… A swoją drogą szatan często pojawia się w postaci capa. Czy nie z tego powodu, że koza była ulubionym domowym zwierzęciem u Żydów? A zlot czarownic to sabat. Dziwnie podobne słowo do szabasu. Świat na głowie postawić, planetom drogę zmylić, a ród kobiecy nadal niezdecydowany pozostanie…  Ach, cóż za paranoja, bliska schizofrenii brodatego Jahwe! A dogmaty kiedyś rzekły: nie pożądaj żony bliźniego swego, ani wołu, ani osła, ani żadnej rzeczy, która jego jest. Rzeczy! Cóże, za rzecz zachwiać wszechświat, pół biedy… za babę jednak! Przypomina mi się, jak to swego czasu korespondowałem z Pawłem, pseudonim święty, co to listy miast do Koryntian słać, to mu się kiełbasiło i mnie słał. Coś szło to tak, czy jak, ale dobrze szło:
„Albowiem mężczyzna nie jest stworzony ze względu na kobietę, ale kobieta ze względu na mężczyznę”.
Ci wszyscy jebnięci… święci..? czy to ważne. W każdym razie, niektóre z nich to fajne chłopy były, nie zapomnę imprez z jednym, wystarczyła studnia wody w pobliżu i hola do białego świtu. Teraz to po orbitach planet trza się rozbijać, a baba:
–    Miles, czy jesteś zły…? Może za rok znów sponsorem roku będzie literka “M”…..
Cóż za szczęście, że anioły są bezpłciowe.

[Miles z Talesu]