MŁOT NA CZAROWNICE Popioły Wiar `15

digi CD `15
Ocena: 3,5/6
Gatunek: heavy metal, hard rock

Przez wiele lat zespół MŁOT NA CZAROWNICE funkcjonował jako FANTASMAGORIA. Jak dla mnie, owa porzucona nazwa była ciekawsza niż ta obecna, ale co mi do tego! Zaś MŁOT NA CZAROWNICE (łac. „Malleus Maleficarum”), to wiadomo: 1) napisany pod koniec XV wieku podręcznik dla inkwizytorów – doskonałe świadectwo późnośredniowiecznego chrześcijańskiego zabobonu, pełne Diabłów, czarownic i – przede wszystkim – sposobów wykrywania i wypędzania tychże; 2) doskonały debiut holenderskiego PESTILENCE. Debiut MNC (sam zespół upodobał sobie taki skrótowiec) nazywa się zaś „Popioły Wiar”. Choć płyta ukazała sie (własnym sumptem) w 2015 roku, nie jest to materiał zupełnie „świeży”: składają sie na niego wszystkie (!) wydane poprzednio utwory (5 z dema z 2012, 2 z singla z 2014), 1 spadek po FANTASMAGORII plus dwie nowe kompozycje. I tak oto na jednej płycie, opakowanej w digipak, zaopatrzyć możemy się w „dzieła zebrane” muzyków z Pionków. Płytę otwiera „Napój Głupców” (Chlust! Zdrowie!) i co tu dużo gadać: „otwieracza” nie dało wybrać się gorzej! Riff przewodni tego utworu to – najoględniej mówiąc – zwyczajna sztampa! To kostkowanie, które co drugi początkujący gitarzysta wykonuje sobie przed próbą albo koncertem – dla rozluźnienia nadgarstka. Tutaj jednak jest to motyw, na którym opiera się cały utwór – odkrywcza tabulatura! Bez cienia złośliwości powiem, że akurat w tym numerze nie popisał się również wokalista. Bo głos – panie Dawidzie! – również trzeba rozgrzać! A właśnie tutaj niedbałości i niedociągnięcia wokalne namnożyły się ponad albumową średnią. Słuchanie „Popiołów Wiar” należałoby więc zacząć od drugiego na płycie „Młota Na Czarownice”. Tym razem gitarowe motywy są już o Niebo (tfu!) ciekawsze, a i wokale takoż! Gdyby nie metryka, MŁOT NA CZAROWNICE można byłoby uznać za klasykę najklasyczniejszego polskiego heavy i umieścić gdzieś między starym KATem, a TURBO z czasów „Kawalerii Szatana”, „Smaku Ciszy” czy „Dorosłych Dzieci”. Nie ma co – panowie mają te płyty we krwi! Szczególne widoczne jest to w manierze i aranżach wokali, które jednak – przepraszam bardzo! – nie dostają do swoich wzorców. Głos Dawida Siweckiego najprościej byłoby porównać (w barwie, ale czasem i w manierze) do wczesnego („niewyrobionego”, młodego)… Roberta Gawlińskiego. Tyle że ten ostatni śpiewał z emfazą, przekonująco i w zapamiętaniu. Pan Dawid jest zaś lekko wycofany, jakby bał się pokazać maksimum możliwości i swój uśpiony potencjał. Niejeden raz przegapił na tej płycie okazję, żeby porządnie wydrzeć japę („darcia” jest tu dla mnie za mało!). Ja wiem, nierozgrzane i niećwiczone gardełko potem boli, ale to heavy metal jest, trzeba czasem krzyczeć, a nie imitować Gawlińskiego, Kupczyka i Kostrzewskiego na zmianę. Jak już się rzekło – to spóźnieni klasycy (jako trzeci wzorzec dołożyłbym tu może TSA). Tamci grali metal oparty jeszcze w dużej mierze na bluesie, MNC gra metal oparty na klasykach. Klasyczne instrumentarium (gitary, wokal, perka, bass), klasyczny aranż – żadnych udziwnień i drugiego dna. Riffy są w swej konstrukcji proste, ale jednak słychać pewną spinkę, drżenie środkowego palca, jakby ktoś grał z zaciągniętym ręcznym i… miał tylko jedną próbę. Jednak jest „coś” w tej muzyce. Prosta rytmika powoduje, że już po trzech przesłuchaniach coraz większymi partiami zagnieżdża się ona w głowie. Człowiek chodzi i nuci – troszeczkę mimo woli. Bo – powiedzmy sobie szczerze – nie każda melodia, która instaluje się w naszym mózgu jest pożądana. Jeśli jednak lubicie KATa, TURBO, TSA, JUDAS PRIEST lub choćby „niebieskie” WILKI, spróbujcie na własne ryzyko przyładować sobie obuchem. Prócz powyższych niedoskonałości jest w muzyce MŁOTA NA CZAROWNICE (głównie w tekstach – a te są wyłącznie po polsku) duszny klimat piekielnej siarki, czarcich kopyt, sabatów, narkotycznych oparów, czarów oraz zabobonów… z lekką, balladową nutką bluźnierstwa. [Herr B.]

Młot Na Czarownice, mncband@wp.pl; www.facebook.com/MncMlotNaCzarownice