MOURNING BELOVETH: „Nie jesteśmy smutnymi fiutkami” – 31.12.2004

 

ImageTrochę się naczekałem na odpowiedzi na ten wywiad… Inna sprawa, że czekanie się opłaciło, bowiem Adrian – basista doom’owego MOURNING BELOVETH bardzo się przyłożył do tych odpowiedzi.
Wszystkich, którzy jeszcze nie znają tego wyśmienitego zespołu zapraszam do lektury tego wywiadu oraz zapoznania się z muzyką Irlandczyków…

 

 



Cześć! Jak tam samopoczucie? Mam nadzieję, że wszystko gra. Przede wszystkim chciałbym zapytać o coś, co któryś z was kiedyś powiedział, a mianowicie, że „oryginalny i jedyny skład zespołu to…”. Tak się jednak składa, że gdzieś tam na początku waszej działalności były jakieś zmiany, a więc ten skład nie jest już taki oryginalny… czy może się mylę? I przy okazji – czy wierzysz, że taki właśnie utrzyma się już do końca istnienia kapeli, a jeśli tak, to jak to możliwe? Czy jesteście przyjaciółmi i spędzacie mnóstwo czasu razem, czy też spotykacie się wyłącznie podczas prób i skupiacie tylko i wyłącznie na graniu?

Cześć. Tak, wszystko w porządku. Chociaż podejrzewam, że niezupełnie, bo zostało nam dwa tygodnie do wyjazdu do Niemiec, celem nagrania trzeciej płyty, a nie zebraliśmy jeszcze wszystkiego do kupy. Znaczy większość jest gotowa i przypuszczam, że damy radę – mamy przynajmniej mnóstwo miejsca na improwizację :-). W czasach gdy powstała nazwa tego zespołu, tworzyli go Tim na perkusji oraz facet znany jako Keith na basie i wokalu, więc nawet nie bardzo można tutaj mówić o kapeli jako takiej. Po jakimś czasie na horyzoncie pojawili się Darren, Frank i Brian, wtedy też Keith odszedł. Mam wielką nadzieję, że ten skład przetrwa, choć wiem, że z mojej strony będzie to trudne w przyszłości, gdy w przyszłym roku wyjeżdżam na stałe do Hiszpanii, więc zobaczymy jak wszystko się potoczy. Tak czy inaczej, w chwili obecnej jesteśmy tak silni, jak w 1996 roku, gdy nagrane zostało pierwsze demo. Ja nie grałem jeszcze na tym materiale, ale za to siedziałem za stołem mikserskim podczas nagrań, a chwilę później stałem się członkiem kapeli, więc od jakichś 8 lat skład kapeli jest stabilny. Jesteśmy razem w kapeli dla muzyki i staramy się, aby jakieś drobne różnice w podejściu do pewnych spraw czy też czyjeś napompowane ego nie przeszkodziły nam w naszej działalności. Oczywiście jesteśmy przyjaciółmi. Przez ostatnie kilka lat po prostu spotykamy się razem na próbach, czy też na jakimś dziwnym koncercie, który akurat jest w mieście. Jesteśmy w kontakcie właściwie cały czas, czy to przez telefon, czy też spotykając się u jednego z nas celem nawalenia się, etc. Ja i Tim chodziliśmy razem do tej samej szkoły, tak samo zresztą jak i Frank, dopóki go nie wyrzucili, ha, ha. Brian i Darren chodzili razem do innej szkoły w tym samym mieście i po latach doom w końcu nas połączył, tak, jak jest do dzisiaj.

Wasza muzyka przepełniona jest smutkiem i nieszczęściem, to samo zresztą tyczy się tekstów. I bardzo mnie ciekawi czy podobnie jest z wami wszystkimi, znaczy czy jesteście zgrają smutnych fiutków? I jeśli tak to dlaczego tak się dzieje? Wolicie imprezować, czy może bardziej was bawi samotność?

W żadnym wypadku nie jesteśmy smutnymi fiutkami. Ktoś mógłby pomyśleć, że robimy sobie jaja i wszystkich olewamy grając tak smutną muzykę, ha, ha, ponieważ bardzo lubimy imprezować, co prawda nie do zajebania, ale zawsze gdy ludzie z MB są w pobliżu, są także wrzaski, jakieś drobne bójki i mnóstwo śmiechu. Już wcześniej stwierdzony został fakt, iż nie siedzimy cały czas gdzieś w cieniu i dołujemy wszystkich w pobliżu, doprowadzając ich do rozpaczy, jebać to! Odpowiednim miejscem na to jest scena. Mówiąc to jednocześnie muszę przyznać, że ja sam bardzo lubię własne towarzystwo i samotne spędzanie czasu. To właściwie pasowałoby do większości z nas – umiejętność siedzenia w miejscu i rozważania. A zatem żeby rozwiać wszelkie plotki raz i na zawsze – jesteśmy bandą chujków, ale na pewno nie smutną bandą.

Pamiętam, jak Darren kiedyś powiedział, że stara się unikać telewizji, czy kontaktów z ludźmi, za wyjątkiem swoich przyjaciół, rodziny, gdyż tylko im może zaufać. Czy wciąż tak jest? I skąd bierze się takie podejście do życia…?

Darren lubi oglądnąć przypadkowy mecz w telewizji i niewiele więcej, może z wyjątkiem bezmyślnego oglądania czegokolwiek, co nie wymaga zbyt dużo uwagi, w zależności od sytuacji, np. podczas relaksacyjnego papieroska. Kiedyś razem z Darren’em i Brian’em wynajmowaliśmy mieszkanie, ale teraz obydwoje mieszkają sami. Podejrzewam, że to podejście wynika z obserwacji i zdania sobie sprawy, że świat jest bardzo gównianym miejscem i coraz ciężej jest zaufać komukolwiek w obecnych czasach. Świat staje się coraz bardziej samolubny i to udziela się nam wszystkim w ciągu naszych żyć. I chyba przyznasz, że lepiej jest ograniczyć liczbę ludzi, którym możesz i musisz ufać? W ten sposób można się odciąć od wszystkich, którzy cię zawiedli i iść dalej, a może nawet zrobić tym samym miejsce dla kogoś innego, kto okaże się godny zaufania i osobą, na której można polegać. Możesz nazwać to wzmagającą się paranoją i może tak właśnie jest, ale myślę, że dla niektórych jest to bardzo wygodny sposób na życie. Oczywiście w ten sposób można się bardzo ograniczyć i nie widzieć nic poza własnym obwodem zaufania, ale jebać to, nie potrzebujemy, aby ktoś sterował naszymi życiami, a walka o przetrwanie staje się coraz bardziej oczywista w dzisiejszych czasach.

Przejdźmy dalej, konkretnie do waszych pierwszych poważnych tras… Najpierw może pomówmy o tej europejskiej w towarzystwie MORGION i THE PROPHECY, która nazywała się „Doomination of Europe”. A przy okazji – ten świetny zestaw miał także zawitać do Polski – co się stało, że do tego nie doszło? I nie zapomnij wspomnieć o miejscach, gdzie grało się najlepiej i najgorzej… Interesuje mnie również czy ludzie w Europie tłumnie stawiali się w klubach, czy też nie bardzo, czy jest potrzeba na takie koncerty? Możesz też wspomnieć o jakichś zabawnych sytuacjach, jeśli takowe miały miejsce…

Image Nasza pierwsza trasa po Europie była niesamowita, ale jednocześnie była to ciężka praca. Wiesz, na pewno słyszałeś o kapelach tłoczących się z tyłu vana w beznadziejnie mroźnych warunkach – nasza sytuacja była bardzo bliska temu opisowi. Było nas w sumie 17 osób wciśniętych do minibusa, poza tym był jeszcze jeden koleś, który prowadził vana z całym sprzętem. Do Polski nie dotarliśmy, bo nie udało nam się załatwić żadnego koncertu w Niemczech, a zatem bezcelowe i zdecydowanie za drogie byłoby jechanie taki kawał drogi na jeden koncert do Polski. Co prawda we wstępnej fazie organizowania trasy cała ta sytuacja zapowiadała się nieźle, ale niestety koniec końców nie udało się. W tym momencie wydaje się to trochę zabawne, bo byliśmy jedną z „gwiazd” festiwalu Doom Shall Rise w Niemczech, rok po nieudanych próbach załatwienia jakiegokolwiek koncertu w tym kraju. Uważam, że przytrafiły się nam tylko 2 naprawdę kiepskie koncerty, pierwszy w Murcia. Jechaliśmy tam mniej więcej całą noc, żeby zdążyć. Spóźniliśmy się, zagraliśmy koncert i musieliśmy jechać do Irun na północy, żeby znowu się nie spóźnić. Po tym graliśmy w Rouen i to była katastrofa. Za dużo sera i wina jak na jedną noc! Fajnie było rozpocząć koncert w Dublinie i sprawić, że wszystko się ruszyło. Londyn i Evora (Por) były zdecydowanie najlepsze – definitywne końcowe zwycięstwo. Organizatorzy z Evory znaleźli sponsora w postaci jakiegoś narodowego browaru, a sam koncert odbywał się na dziedzińcu jakiegoś bardzo starego uniwersytetu, gdzie była ogromna scena, a to wszystko pod wielkim namiotem. MORGION zaczęli grać grubo po północy, jeśli dobrze pamiętam! Poza tym było tam ponad 300 ludzi, więc było to naprawdę wyjątkowe wydarzenie. W sumie, 8 koncertów w 11 krajach [ehm, czy mi się wydaje, czy komuś tu się coś pomieszało?? – Mire], co było ciężką przeprawą, ale patrząc na to z perspektywy czasu, jestem zadowolony, że wszystko wyszło tak, a nie inaczej. Zżyliśmy się bardzo ze sobą wszyscy i mam tu na myśli cały zestaw – wszystkie trzy zespoły, Heiko – naszego tour managera z Belgii oraz jedyną kobietę Katie, która musiała wytrzymać dwa tygodnie z szesnastoma śmierdzącymi facetami. Później było trochę zabawnie, bo powiedziała nam, że była lekko wkurzona o nasze błazeństwa i ten smród, ale po 2-3 dniach dała sobie spokój i stała się facetem na jakiś czas – co za dziewczyna! Zabawne sytuacje? Wyścigi na krzesłach w Bradford w towarzystwie MY DYING BRIDE, agresywne zachowanie i wkurwianie innych kierowców we Francji, próby odszyfrowania hiszpańskich i francuskich jadłospisów, czasami nawet sama jazda, chrapiący Rhett z MORGION. Gdy w Gent barman poszedł spać na piętro, Frank (gitarzysta MB) otworzył bar i zgarnął jakiegoś kolesia z ulicy na całonocne darmowe chlanie. Następnego dnia zapłacił jednak za wszystko gdy opuszczaliśmy klub, aby pojechać do Holandii. Biedny Frank zaspał sobie trochę i nie mógł się za bardzo pozbierać, więc zostawiliśmy go w Belgii. Oczywiście myśleliśmy o nim, jak tylko dotarliśmy do kawiarenek w Holandii, ha ha.

Po sukcesie tej trasy zdecydowaliście się na Doomination of America. Miały grać wszystkie trzy kapele z europejskiej trasy i dodatkowo ORODRUIN. Jednak z tego co wiem, nie do końca się udało i MORGION nie wzięli udziału w tym przedsięwzięciu – dlaczego? Jednocześnie dzięki temu to wy staliście się głównym daniem wszystkich koncertów… podobało się, heh? No i jak poprzednia – opłacało się? Zdaje się, że w USA najpopularniejszym gatunkiem jest death metal, więc zastanawiam się jak było z frekwencją… No i jak poprzednio możesz wspomnieć o jakichś zabawnych sytuacjach…

Nieszczęśliwie dla nich, MORGION nie mogli kontynuować trasy, ale zagrali na pierwszym koncercie, po czym ich basista Justin pojechał z nami dalej jako tour manager, co było dla nas zbawieniem. Dwóch członków MORGION brało udział w wypadku samochodowym po pierwszym koncercie i jeden z nich poważnie zranił się w rękę. Oczywiście wyszło to na naszą korzyść, dzięki temu byliśmy głównym daniem każdej nocy, co z kolei było dla nas dodatkowym kopniakiem. Oznaczało to także o wiele dłuższe przebywanie w stanie trzeźwości. Można powiedzieć, że trasa okazała się sukcesem, gdyż sprzedaliśmy większość towaru i zdobyliśmy wielu nowych fanów. Miejscami frekwencja była po prostu żałosna, ale to już była wina organizatorów. Niektóre z koncertów były już odwołane w momencie, gdy tam dotarliśmy, więc koniec końców zagraliśmy 16 z 20 zaplanowanych koncertów. Zaskakująco, przyjęcie wszystkich kapel było doskonałe, gdyż w Stanach niezbyt często odbywają się trasy kapel doom’owych i ta nasza została bardzo doceniona. Niektóre miejsca, w których graliśmy były bardzo dziwne. Np. Doom to Grind Fest w Colorado, który odbywał się w sklepie ze złomem samochodowym, ale to jeszcze nie wszystko. Usunęli wszystkie samochody z wnętrza i za scenografię mieliśmy silniki i pojemniki z olejem. Dookoła nas był ogromny parking dla domów na kółkach, a kawałek dalej rafineria, więc w sumie było to wszystko całkiem fajne. Mieliśmy także niezły ubaw za każdym razem kiedy wciskaliśmy recepcjonistom w motelach, że potrzebujemy pokój dla 2 osób, a za ich plecami upychaliśmy w jednym pokoju 15 osób. Naturalnie gdy tylko wszyscy wskoczyliśmy do basenu następnego dnia, sprawa się wydała, ale jakoś strasznie nam to nie przeszkadzało. Raz dorwała nas policja za zatrzymanie się na poboczu autostrady, gdy czekaliśmy na chłopaków z THE PROPHECY (mieli oni bowiem cholerny nawyk zostawania z tyłu), nasz wokalista Darren starał się przemówić im do rozsądku i w końcu powiedzieli, że są zachwyceni jego akcentem i żebyśmy nie stali za długo. Ktoś też zadzwonił po gliny, gdyż rzucaliśmy małe petardy po parkingu chyba w Idaho – widocznie są one tam zabronione, podobnie jak alkohol. Po koncercie w Austin, TX miała miejsce bardzo wybuchowa kłótnia pomiędzy członkami MB, ku uciesze wszystkich zgromadzonych. Z reguły mieliśmy niezły ubaw w przerwach pomiędzy koncertami. Niestety nasz perkusista nie mógł pojechać z nami, gdyż oczekiwał wtedy na swoje pierwsze dziecko, ale Anto – nasz kumpel z czasów, gdy graliśmy w HEMLOCK, przyszedł nam z pomocą.

Dobra, czas na powrót do “Dust”… Nagraliście tą świetną płytę raptem w siedem dni, co nie zmienia faktu, że efekt końcowy jest znakomity. Czy spowodowane to było faktem, że dokładnie wiedzieliście co chcecie osiągnąć, czy może samo studio i osoba Magsa okazały się tak przyjazne i pomocne, że nagraliście płytę w tydzień? Jak się pracowało z tym człowiekiem? I jakie w ogóle były wasze pierwsze odczucia, gdy przekroczyliście próg Academy?

Numery, które znalazły się na “Dust” mieliśmy gotowe od dłuższego czasu i musieliśmy je tylko nagrać i tym samym zamknąć pewien etap w naszej historii. Trochę się ociągaliśmy ze złożeniem tej płyty, ale poczuliśmy jakąś ulgę, gdy tylko ustaliliśmy datę nagrywania. Magsa Poznałem w Dublinie, gdy nagrywał płytę PRIMORDIAL. Spytałem go co myśli o naszych odwiedzinach w Academy i tak to się wszystko zaczęło. Praca z nim była wielką przyjemnością, ale przede wszystkim nauczyliśmy się bardzo dużo. Był w stanie wychwycić w naszym brzmieniu rzeczy, o których nie mieliśmy pojęcia i naprawdę kurewsko się przepracował produkując tą płytę. Gdy przyjechaliśmy do Academy powiedziałem mu, że chcemy, żeby ta płyta skurwysyńsko ciężka i jednocześnie tak klimatyczna i melancholijna, jak to tylko możliwe. Powiedział tylko „Ok., do roboty” i zaczęliśmy. Zgadza się, kwestia czy zdążymy w 7 dni ciążyła na nas ogromnie, ale Mags miksował gotowe rzeczy, gdy my kontynuowaliśmy nagrania, co pozwoliło nam zaoszczędzić trochę czasu. Nagrywaliśmy w starym studio, tam gdzie MDB, PARADISE LOST i ANATHEMA zjadły swoje zęby, więc już samo przebywanie tam było naprawdę fajne. Na ścianie wisiał czerwony winyl PL, znaleźliśmy stary dziennik z wpisami terminów nagrań tych wszystkich kapel, mnóstwo bardzo starego sprzętu na dole, i ogólne poczucie i zapach wielkich osiągnięć w murach całego budynku. Oczywiście wiedzieliśmy, że przebijemy wszystko co zostało tam kiedykolwiek nagrane :-). Tak, jesteśmy chujkami!

Debiut wydaliście sobie sami, dlaczego? Czy nie było żadnych poważnych ofert? I jak wyglądała promocja tej płyty, czy jesteście zadowoleni z tego co zrobiliście? Słyszałem , że pierwszy nakład został całkowicie wyprzedany, prawda to?

Nie było żadnej oferty, więc zdecydowaliśmy się podążyć tym samym torem, co w przypadku demówki i wydać materiał własnym sumptem. Okazało się to dobrym rozwiązaniem i koniec końców sprzedaliśmy cały nakład, który wynosił 1000 sztuk. Promocja to przede wszystkim flyer’y, flyer’y i jeszcze raz flyer’y, które wysłaliśmy nawet do ludzi nie związanych z jakimikolwiek magazynami, wytwórniami, czy innymi stacjami radiowymi. Wysłaliśmy ich dosłownie tysiące. To była jedyna możliwość w tamtym czasie, podobnie jak nadejście ery e-mail’i, co pomogło nam ogromnie i w efekcie wysyłaliśmy płyty na każdy zakątek świata. Jeszcze rok czy dwa lata temu dostawaliśmy zamówienia, spowodowane szerokim rozsyłaniem flyer’ów. Nasza biografia i flyer’y były porządnie wydrukowane na tekturze, w ten sposób chcieliśmy sprawiać wrażenie jak najbardziej profesjonalnego zespołu. Od tamtej pory (należy tu też zaznaczyć, że prowadzę własną firmę) zauważyłem ogromny wzrost jakości wysyłanych pakietów promocyjnych, do tego stopnia, że bardziej ekscytujące staje się posiadanie takiego zwykłego zestawu promocyjnego ze zdjęciami, biografią, etc., niż właściwego wydawnictwa. Nie powiem też, że jest to całkowicie korzystne i najważniejsze dla wytwórni, ale jeśli ta widzi, że kapela bardzo poważnie podchodzi do tematu promocji i poprzez własne promocyjne działania zyskuje jakąś popularność, ludzie dobrze kojarzą ten zespół, to może pomóc samej firmie w jakimś stopniu i tym samym nieznacznie zmniejszyć ilość pracy jaką taki wydawca musi wykonać. Co nie zmienia faktu, że wytwórnia i tak powinna być w 100% zaangażowana, a to co robi sam zespół działa w obie strony i powinno układać doskonałe stosunki między kapelą a wydawcą. Mówiąc to, zaznaczam, że my podpisaliśmy kontrakt dopiero przed wydaniem drugiej płyty, ale za to przygotowaliśmy porządnie grunt pod to wydarzenie. Wysłaliśmy 300 pełnych zestawów promocyjnych i mnóstwo CD-R’ów.

Image W związku z tym, o czym wspomnieliśmy wyżej (pierwszy nakład wyczerpany) zdecydowaliście wydać reedycję tego wspaniałego album – czy było to koniecznie? Wciąż jednak można powiedzieć, że sami to wydaliście, znaczy wasza firma, więc może powiesz mi jak tam idzie sprzedaż? Czy to wznowienie także było zachwalane w mediach? Co z oprawą graficzną, bo podobno czymś się różni od pierwszego wydania? Wiem także, że znalazły się tam dwa utwory bonusowe – jeden z dema, a drugi ze zbliżającej się wtedy dopiero drugiej płyty, czy zamiast tego ostatniego nie lepiej byłoby dorzucić jeszcze jeden kawałek z dema?

Tak, wydanie wznowienia było koniecznie, bo wciąż było wielkie zapotrzebowanie na tą płytę. Wydanie tego poprzez Sentinel było bardzo wygodne i praktyczne, bowiem mieliśmy odpowiednią dystrybucję, która nie istniałaby gdybyśmy wydali to sami. Doprowadziło to do dotarcia tej płyty na jeszcze większe terytoria, była nawet licencja na Rosję. Do tego momentu sprzedaliśmy kilka tysięcy i kolejne tłoczenie jest już w drodze. Wiele magazynów, które dostały wcześniejszy materiał promocyjny, zrecenzowało tą płytę ponownie, ale tym razem trafiła ona do sekcji z płytami i dzięki temu zwrócono na nią więcej uwagi. Gdy wydaliśmy tą płytę po raz pierwszy także wymyśliliśmy nazwę firmy (Bron), celem osiągnięcia takiego samego rezultatu i z reguły to działało. W pierwszej wersji była rozkładana, cztero-częściowa wkładka z tekstami i innymi typowymi informacjami. Okno z okładki było tłem dla tekstów. Nowa oprawa graficzna, to już coś zupełnie innego – 8 stronicowa książeczka, ze zdjęciami kapeli i nowymi tłami, poza tym jest inny nadruk na płycie i zdjęcie kapeli z tyłu. Pomysł na umieszczenie jednego numeru z demo i jednego nowego kawałka jest prosty – chodzi o pokazanie słuchaczowi skąd się wzięliśmy i gdzie zmierzamy. Nie chcieliśmy zamieszczać żadnych utworów z pierwszego demo, gdyż planujemy w przyszłości ponownie wydać oba dema w formacie CD.

To pytanko dotyczy Sentinel Records…Firma ta została powołana do życia głównie po to, żeby wydać ponownie wasz debiut, prawda to? Tak czy inaczej wydaliście także jakąś kompilację i płytę ABADDON INCARNATE, ale z tego co widzą teraz planujecie się skupić wyłącznie na picture disc’ach, dlaczego? Czy może jednak wrócicie kiedyś do wydawania CD?

Nie, pierwszym wydawnictwem Sentinel była płytka “In Unison”. To była dwupłytowa składanka, na której znalazło się 19 kapel z Irlandii. Były to zarówno utwory niepublikowane, wersje demo, a także kawałki dostępne na płytach tych zespołów, czyli ABADDON INCARNATE, ARCANE SUN, SCALD, MEPHITIS, MORPHOSIS, CRUACHAN, MOURNING BELOVETH, LUNAR GATE, KARNAYNA, PRIMORDIAL, GEASA, PRIMAL DAWN, MAEL MORDHA, MOONFOG, HEXXED, IHUMANE, DESOLATE, KINGDOM, oraz WAYLANDER. Za oprawę graficzną odpowiedzialny był Stephen O’Malley (KHANATE etc.), a masteringiem zajął się Stuart Anstis (ex-CRADLE OF FILTH). Dopiero po tym wydaliśmy płytę ABADDON INCARNATE i na końcu wznowienie „Dust”. Pomysł na format picture disc zrodził się jakieś 2 lata temu po pierwszym rozmowach z LUNAR GATE w sprawie wspólnego splitu. Po tym pojawił się pomysł wydania serii 5 płyt, w sumie 10 kapel. To tak naprawdę nic wielkiego, żadne tam uzależnienie zespołów od wytwórni, po prostu coś co chcieliśmy zrobić. Ostatnio wydaliśmy debiutancką płytę SCAVENGER. Pochodzą z Irlandii i wykonują thrash/power z wieloma wpływami death metalu. Odzew na to wydawnictwo jest póki co wspaniały i w przyszłym tygodniu (czyli już po fakcie – Mirek) wybierają się do Królestwa na kilka koncertów. Mamy nadzieję wydać także ich kolejny album, gdyż wiążemy z nimi wielkie nadzieje. Wydajemy także winylową wersję ostatniej płyty ANTIMATTER „Lights Out”. Nie zamierzamy jednakże skupić się wyłącznie na winylach, żeby zbić na tym kasę, to tylko jeden aspekt naszej działalności.

Sentinel wydała EP’kę, którą dzielicie z LUNAR GATE. Na tym kawałku winylu znajduje się jeden wasz kawałek, który chyba nigdzie indziej nie został opublikowany – chciałbym wiedzieć czy planujecie wydać go w jakiejś innej formie? Przeczytałem też gdzieś, że jest to jakiś eksperymentalny numer, jeśli to prawda, to co jest w nim takiego niezwykłego? No i wspomnij coś o LUNAR GATE, co myślisz o ich muzyce? Ciekawy jestem także dlaczego akurat z nimi ten split i czy Sentinel ma w planach jakieś wydawnictwa tego zespołu?

Numer, który napisaliśmy na to wydawnictwo nie jest dostępny nigdzie indziej, ale zamierzamy nagrać go ponownie i zamieścić na nowej płycie, czy to będzie na normalnym wydawnictwie czy też tylko na drugiej płytce, która będzie dodana tylko do pierwszego tłoczenia. Tego jeszcze nie wiemy. Myślimy, że ponowne nagranie dobrze zrobimy temu kawałkowi. Bardzo się spieszyliśmy gdy nagrywaliśmy pierwszą wersję (2 dni), a odkąd gramy go na żywo, jest to już definitywnie ukończone. Wciąż jest on stosunkowo eksperymentalny. Jest to krótki utwór, więc pewne zmiany zachodzą w nim szybciej, czy to chodzi o zmiany samej formy, czy też nastroju. To jeden z najmroczniejszych walców jakie razem napisaliśmy. Fakt, że oryginalna wersja trwała 14 minut i musieliśmy ją skrócić o połowę, głównie po to, żeby zmieściła się na płytę, pomógł znacznie poprawić klimat i nieznacznie otwarło to także nasze umysły na pewne sprawy. Emmett’a z LUNAR GATE znam już od dobrych kilku lat i rozmawialiśmy o splicie już przez dość długi czas. Podejrzewam, że głównie przez to rozpoczęła się ta cała seria wydawnictw Sentinel. LUNAR GATE mają bardziej epickie i łagodne podejście do doom metalu niż MB. Co ich wyróżnia, to takie dość nietypowe elementy, jak np. saksofon, czy solówka zagrana na banjo. Może i w tym momencie wydaje się to komuś dziwne, ale efekt naprawdę jest porządny. Nie wiem kiedy można się spodziewać kolejnego wydawnictwa, wiem tylko, że Emmett w tym momencie pracuje nad jakimś materiałem.

To może przejdźmy do waszych tekstów… Na „Dust” dotyczyły one samotności, smutku i ogólnie daremności życia, podobnie było na wcześniejszych wydawnictwach. Z drugiej strony były takie bardzo mgliste, nie do końca jasne… Dlaczego więc tak jest, nie dało się pewnych kwestii przedstawić wprost? Czy też zwyczajnie chcieliście zmusić ludzi do wysilenia umysłów? Powiedz mi jeszcze jak jest w przypadku „The Sullen Sulcus” i czy tak samo będzie na kolejnych waszych wydawnictwach?

Dokładnie. Chcieliśmy, żeby słuchacz sam zdecydował o czym są te teksty i znalazł w nich własne przesłanie. Nie można też powiedzieć, żeby teksty nie były zbyt osobiste z punktu widzenia Darren’a. Wszystkie są jego autorstwa i on także odpowiedzialne jest za ich koncept. Ogólny zarys wszystkich płyt wygląda następująco: „Dust” – chodzi o samotność i daremność życia, jak wspomniałeś, na okładce jest koleś siedzący na podłodze, dookoła tylko pyłki kurzu, które dla otuchy są oświetlone przez promienie wpadające przez okno. „The Sullen Sulcus” – tutaj teksty dotyczą cierpienia i frustracji wewnątrz umysłu pośród mrocznego, marnego i przygnębionego otoczenia, spowodowanego sporym nadużyciem narkotyków i paranoją. Na nowej płycie ogólnym tematem jest życie i śmierć. Pierwsza połowa płyty i pierwsze trzy kawałki zabiorą słuchacza skierowaną w dół spiralą desperacji do śmierci, którą wciąż musimy zrozumieć dokładnie w obrębie tekstów.

Czytałem coś o kapeli zwanej KARNAYNA i z tego co wiem Darren jest ich wokalistą, zaś ich klawiszowiec pomógł MB na waszych obydwóch demach. Możesz mi powiedzieć coś więcej na ten temat? Czy ta kapela wciąż istnieje? Słyszałem, że mają na koncie tylko jedno demo… Znalazłem też gdzieś kilka słów o waszych innych projektach, więc jeśli możesz to rozwiń temat…

Ta kapela nazywa się teraz OLD SEASON i Frank jest ich wokalistą. Potrzebowali przewodnika z MB, żeby w ogóle ruszyć z miejsca, biedne gnojki ha, ha. Nieee, Frank po prostu dołączył do nich w zeszłym roku, przed naszą trasą w USA. Mają na koncie demo, które nagrali razy, później drugi raz, ale wciąż jest nieukończone… Choć to powinno się zmienić w przeciągu miesiąca. Było wcześniej demo KARNAYNA, zgadza się. Dermod nagrał klawisze na oba nasze demo, i dopiero później wstąpił do KARNAYNA. Grają oparty na klawiszach epic / death z domieszką doom metalu. Ja grałem w black / death metalowej kapeli KINGDOM jeszcze kilka lat temu. Nagraliśmy tylko jedno demo, ale naprawdę fajnie było grać w tej kapeli. Brzmieliśmy jak skrzyżowanie AT THE GATES i DISSECTION, również z doom’owymi wpływami. Ja, Brian i Frank graliśmy też razem w kapeli HEMLOCK przed powstaniem MB. To był thrash metal z jedną demówką na koncie, ale za to zagraliśmy ponad 50 koncertów. Darren ostatnio założył kapelę z Alan’em z PRIMORDIAL i dwoma kolesiami z WRECK OF THE HESPERUS (irlandzki sludgy doom). Nie odbyli jeszcze żadnej próby, ale wszystko zmierza w dobrym kierunku. Brian też ma jakieś pomysły na kolejną kapelę, jak tylko znajdzie chwilę czasu, ja zresztą także myślę o jakimś projekcie, który chciałbym zrealizować w przyszłym roku. Ale nie martw się, MB nie jest tutaj zagrożone w żaden sposób. Czasami po prostu chcemy zrobić coś całkiem swojego.

Teraz skoro MOURNING BELOVETH ostatnimi czasy dość konkretnie urosło, chyba nie macie już w ogóle wolnego czasu, jeszcze te projekty… Znaczy wiesz dwa albumy na koncie, trzeci w drodze, niezły kontrakt, co zapewne oznacza sporo wywiadów (zwłaszcza po wydaniu płyty), poza tym gracie coraz więcej koncertów… Jasne, wciąż nie jest to jakiś oszałamiający sukces, ale z drugiej strony osiągnęliście naprawdę sporo biorąc pod uwagę fakt, że gracie mało komercyjną muzykę – doom metal, zgodzisz się chyba z tym? Czy kiedykolwiek myślałeś, że dojdziecie do takiego punktu?

Image Ostanie kilka lat w kapeli było naprawdę wspaniałe. Osiągnęliśmy znacznie więcej niż kiedykolwiek uważaliśmy za możliwe. Na początku nie myśleliśmy w ogóle o płytach, trasie w Ameryce, etc., ale wszystko to doszło do skutku i całe doświadczenie miało ogromny wpływ na naszą dojrzałość, jako zespołu, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że gramy doom metal. Być może całe to ponowne wyłonienie się doom metalu pomogło nam zyskać na popularności, możliwe, że zawdzięczamy to naszej muzyce, która zdaje się trafiać nie tylko do fanów typowego doom metalu. Często myślę sobie, że chodzi o jedno i drugie z domieszką szczęścia, które, czy to nam się podoba czy nie, dotyka niektórych kapel, jeśli znajdują się we właściwym miejscu o właściwym czasie i twardo wierzą w to, co robią. Jeśli uznać tylko ilość naszych wydawnictw, zamiast czasu jaki spędziliśmy razem pod tym szyldem, to można powiedzieć, że wciąż stawiamy pierwsze kroki na międzynarodowej scenie. Nasza nazwa / logo pojawiało się już na okładkach niektórych dużych magazynów razem z jakimiś starszymi zespołami o uznanej renomie i byliśmy rozpoznawani, jako szanowany członek sceny doom / death, ale przed tym zespołem zostało jeszcze wiele do zrobienia. Mieliśmy szczęście, że osiągnęliśmy tak dużo, w tak stosunkowo niewielkim przedziale czasowym, że zostaliśmy wypchnięci odrobinkę do przodu przed peleton. Myślę, że nowa płyta otworzy przed nami znacznie więcej nowych możliwości, biorąc pod uwagę drobną zmianę naszego kierunku, zobaczymy jak to będzie. A co do wolnego czasu, wciąż mamy próby niedzielami i czasami także w środku tygodnia, więc nie robimy sobie jakichś długich przerw. Po powrocie z trasy w USA wzięliśmy się za pisanie nowego materiału, a teraz, rok później czekamy na wyjazd do Niemiec.

To pytanie może się wydać dziwne, ale czym tak naprawdę jest doom metal dla ciebie? Bo widzisz, dla niektórych będzie to CANDLEMASS, ale jak w tym momencie nazwać to, co wykonują ESOTERIC, BURNING WITCH, nie wspominając już o KHANATE, które wykonują wolną, ciężką i chorą muzykę i gdzie raczej nie ma miejsca na czyste wokale… Taki MOURNING BELOVETH jest na przykład pośrodku, pomiędzy jedną o drugą stroną… Co o tym myślisz? Czy możesz przy okazji wymienić jakieś młode, godne uwagi doom’owe kapele?

Nie znam zbyt dobrze BURNING WITCH, słyszałem kilka fragmentów, ale myślę, że faktycznie niektóre momenty z naszych pierwszych wydawnictw można by odnieść do ich muzyki. Zdaje się, że oni grają bardziej w sludge noise’owym stylu. Zdecydowanie zgadzam się z ciężkim, wlekącym się riffowaniem, znanym z muzyki CANDLEMASS. Zawsze będzie konkretna ilość tych wpływów w naszym brzmieniu, którym nie możemy zaprzeczyć i przyznam, że w przyszłości raczej będziemy się trzymać takiego właśnie riffowania, aniżeli wpływów BURNING WITCH, tak mi się przynajmniej wydaje. Młodzi doom’owcy, których aktualnie słucham i wychwalam, to MAR DE GRISES z Chile, THE LIVING FIELDS (USA), WRECK OF THE HESPERUS (Ire), THE DOOMSDAY CULT (Swe), MY SHAMEFUL (Fin), PASSAGE (Can) oraz FALLEN z Norwegii.

Teraz podaj trochę informacji odnośnie nowego kontraktu, nowej płyty i takich tam różności…

Image Umowa z pododdziałem Prophecy – Grau została podpisana na cztery płyty, oczywiście wliczając w to ten najnowszy album, z opcją na płytę koncertową, zamiast jakiegoś wydawnictwa studyjnego. Jesteśmy więc konkretnie ustawieni na następne kilka lat. Koniec stresów związanych z szukaniem nowego wydawcy po każdej płycie, a przy okazji jesteśmy pewni ogromnego wsparcia ze strony Grau. Nowa płyta trwa 75 minut i zawiera 5 utworów – najdłuższy trwa 20 minut, a najkrótszy chyba 11. Nagraliśmy także ponownie ten kawałek ze splitu i znajdzie się on na specjalnym limitowanym wydawnictwie w formacie digipak (2000 kopii – wydawnictwo przeznaczone na rynek niemiecki), razem z utworem, którego nie chcieliśmy zamieszczać na albumie.

A to już ostanie pytanko. Wspomniałeś kiedyś gdzieś, że japońska Weird Truth ma wydać wasze dema na płycie, prawda to? Poza tym na waszej stronie są jakieś niejasne informacje odnośnie DVD… Napisz cokolwiek na ten temat, bo z chęcią kupiłbym sobie takie coś… I to w sumie wszystko, wielkie dzięki za poświęcony mi czas i powodzenia!

Owszem, były takie plany kilka lat temu, ale nigdy nie doszły do skutku. Jak już gdzieś wyżej mówiłem – na pewno wydamy te demówki w jakiejś formie w nadchodzącym roku. Co do DVD sprawa cholernie się ciągnie i powoli zaczyna to być irytujące. Wiele ludzi nas o to pyta cały czas, a my nie możemy powiedzieć im nic więcej. Płyta ta jest składana w USA i czekamy na to już dłużej niż ktokolwiek inny. Na pewno nie stanie się to do końca tego roku, więc miejmy nadzieję, że uda się na początku 2005. Wielkie dzięki za ten wywiad. Jest to zdecydowanie jeden z najlepszych z jakimi miałem do czynienia i było mi miło odpowiadać na twoje świetne pytania. Miejmy nadzieję, że dotrzemy do Polski na początku przyszłego roku i wstrząśniemy murami dla was. Jeszcze raz dziękuję.

[Mirek / Atmospheric #12]

Mourning Beloveth, Adrian Butler, Luggacurran, Stradbally, Co. Laois, Ireland; www.mourningbeloveth.com