Mrok przyjacielem człowieka / Upadły wilk: CHRIST AGONY „Condemnation” / BURZUM „Fallen”

Trudno pisać o muzyce, o dźwiękach, będących znakami samymi w sobie, symbolami ciężaru gatunkowego kamieniołomu. Na kowadło, pod młot pójdą dwa albumy: „Condemnation” (2008, 2011 – reedycja) CHRIST AGONY i „Fallen” (2011) BURZUM. Spotkanie norwesko-polskie, jak sądzę, nie jest przypadkowe. Cezar dedykował płytę (niekoniecznie nagrobkową) „Potępienie” pamięci swojej zmarłej matki Elżbiety (1945-2007). O Varga Vikernesa przypadkach powstało już wiele tomów, niektóre z nich zawierają tony bzdur, podziemny twór o rodowodzie ciemnej strony mocy, BURZUM – Dunkelheit, cieszy się niesłabnącą popularnością legendy o chwalebnym zmartwychwstaniu pańskim. Nie o mitologię zaś chodzi, a o metalurgię.

christ.agony_condamnation

Tytuł albumu „Condemnation”, dywizji Cezara, grupy CHRIST AGONY, znaczy tyle, co „potępienie, skazanie, ostra krytyka”. Pierwszy numer na płycie, z otwieraczem „Prologo Mena” w wykonaniu gościa z formacji LUX OCCULTA, nazywa się „Devil’s Invocation” i nie wiadomo, czy dla jaj trwa 6 minut i 6 sekund. To swoiste miażdżące ciasteczko jest rzeczywistym, bezpośrednim zwrotem do wyższej instancji z prośbą o pomoc w tworzeniu dzieła, o natchnienie. Potem może być już tylko ogniście, tak dopływamy do numeru 3, jednego z najmocniejszych, najbardziej monumentalnych fragmentów, zatytułowanego „Condemnation part I”, w którym słyszymy w końcówce pompatyczne, bombastyczne zawodzenie Reyasha, znanego choćby ze współpracy z zespołem VADER. Ów basista wyje niczym poraniony wilk: „Swim and use your powers, swim and swear, You shall reach the pain… you shall feel… you shall live…”. Znaczy to: „Płyń i użyj swych sił, płyń i przysięgaj. Masz osiągnąć ból, powinieneś poczuć, powinieneś żyć…” Czy to autodestrukcja? Autokreacja podmiotu? Samopotępienie Cezara? Samokrytyka była wszak modna, ale w latach 50-tych XX wieku, ta konfesja zaś przypomina lirykę żałobną, pogrzebową, funeralną, epitafia, epicedia, elegie i treny. W kawałku 5, tuż po „Kuszeniu Zagubionego, Straconego”, Cezar melodeklamuje, melorecytuje swe sekretne światy, tajemnice, „słowa niczym łzy” („March Manifesto”), a wszystko to w rytm apokaliptycznie sfuzzowanej gitary, potępieńczego basu de profundis, i ogłuszających blastów Icanraza. Czym bowiem jest pływanie w chrześcijańskiej gnojówce? Czy satanizm nie jest odbiciem w lustrze głupoty Ojca Dyrektora? Odpowiedź daje numer 7, niczym zaślepiony osioł: „nie ma gwiazd, nie ma prawdy, nie ma wolności…” Poczucie beznadziei… („Condemnation part II”). Wyznaniem, wyzwaniem niech będzie też utwór 9, najbardziej epicki „The Levitha Suite”: „To jest manifest grzechu – manifest kłamstw i prawd wszelkiego rodzaju…” Symptomatyczny ma tytuł ostatni kawałek: „Purgatory Beast” (Oczyszczająca Bestia), w którym słyszymy przedzierający się przez przestrzeń piekielnych dźwięków głos Cezara: „Nothingness fills” („Nicość napełnia”), jakoby zaproszenie: „Napij się ze mną Pustki…” Czy zatem dzieło CHRIST AGONY jest deklaracją wiary w Szatana, czy może raczej wyznaniem sceptycyzmu, płynącego ze źródła utraty kogoś bliskiego? Czy tym kimś była matka Cezara? Zostawmy ten wątek psychoanalitykom. Dość na tym, że album „Condemnation” uważam za jedno z najciekawszych dokonań polskiego black metalu.

burzum_fallen

Varg Vikernes (i jego projekt BURZUM), po płycie „Belus” (2010) nagranej po opuszczeniu więzienia przez wyżej wymienionego delikwenta, osławionego dzięki zasztyletowaniu kolegi po fachu i podpalaniu kościołów (syndrom „chłopca z zapałkami” może być fikcją, wskazują na to autorzy książki „Władcy Chaosu. Krwawe powstanie satanistycznego metalowego podziemia”, Michael Moyniham i Didrik Soderlind), nie milczał zbyt długo, nie kazał na siebie czekać wyznawcom Mrocznego Narcyzmu. Album „Fallen” („Upadły”) nagrany został w listopadzie 2010 roku, w tym samym studiu Grieghallen, pod okiem tego samego producenta, Pyttena, co pamiętny „De Mysteriis Dom Sathanas” (1993) grupy MAYHEM, do którego Vikernes nagrał linię basu. Gitarzysta zespołu MAYHEM, Euronymous, skończył dzięki Vargowi („varg” w języku staronordyckim znaczy „wilk ognia, podpalacz”) z nożem w głowie właśnie w roku 1993. „Fallen” ukazał się na początku roku 2011, owiany dreszczem niepewności, czy mit demona sprosta muzycznemu przesłaniu doskonałych płyt: „Det som en Gang var”, „Hvis Lyset tar Oss”, „Filosofem” i „Belus”. Odbiorców, tych z nawykiem do mroku, lasów, trupich czaszek, wilków i węży, szokuje już na pewno okładka, która prezentuje fragment obrazu „Douleur d’amour” (tłumaczenie angielskie: „Elegy”) z 1899 roku, francuskiego przedstawiciela akademizmu, malarza Williama – Adolphe Bouguereau (1825-1905). Tworzył on wielkie kompozycje figuralne o tematyce religijnej, mitologicznej i historycznej, specjalizował się w idealizowanych aktach kobiecych. Obraz wykorzystany na okładce albumu BURZUM przedstawia zasmuconą, nagą kobietę (prawdopodobnie Wenus), pochyloną, opartą, spoczywającą na płycie nagrobnej. Ten fragment ujął Vikernes. Całość dzieła przedstawia jednak coś więcej, u dołu obrazu widzimy siedzącego u stóp nagrobka cherubina (prawdopodobnie jest to Kupido), który ociera malutkimi dłońmi łzy. Malarstwo Francji mogła przybliżyć Vargowi obecna żona muzyka, która pochodzi z tego kraju. Toksyczne relacje Vikernesa z matką, która samotnie wychowywała syna w procesie narastającego narcyzmu, są podłożem z dziedziny psychoanalizy, ten wątek nie zajmuje nas tym razem zbyt szczegółowo. Interesuje mnie wydźwięk muzyki i tekstu. Bulgoczący głos z bagien, dochodzący z pierwszego utworu „Fra Verdenstreet” („Z drzewa świata” – wszystkie teksty z albumu „Fallen” w tłumaczeniu Anny Nowińskiej), dopada nas otwierając na przedziwną przestrzeń, która po minucie i trzech sekundach wprowadzi w charakterystyczny dla najlepszych lat BURZUM trans, pamiętny choćby z epickich, monumentalnych albumów „Hvis Lyset tar Oss” (1993) i „Filosofem” (1996). Sam twórca wyznacza pokrewieństwo „Fallen” z „Det som en Gang var” (1992), przyznaję, da się je wyczuć, szczególnie z utworami – kamieniami milowymi tamtego okresu: „Key to the Gate”, „Lost Wisdom”. Numer 2 z najnowszej płyty to „Jeg faller” („Upadam”), opowiadający o spadaniu liściem z konarów drzewa w kierunku korzeni, na ziemię, pod ziemię. Nowością na pewno jest zwykły, czysty głos Vikernesa w refrenie, zwiastującym ataraksję, stoicki spokój, pogodzenie z losem. Najlepszy, moim skromnym zdaniem, utwór na płycie, to numer 3, „Valen” („Upadły”) – rasowy, przysadzisty jak galop konia wagi ciężkiej, opowiadający o pragnieniu śmierci („Śmierć była tu pierwsza. Zapomnienie zawsze zwycięży. Mrok dał narodziny światłu.”). Następne dwa kawałki niosą posmak ekspiacji („Vanvidd” – „Szaleństwo” i „Enhver til stitt” – „To, na co zasługujesz”). „Vanvidd”: „Przerażona kreatura w cieniach, (…) Nienawidzona przez większość, lecz kochana przez najlepszych. (…) Jasne włosy, chytry uśmiech, Błękitne spojrzenie zza swego szala, skóra biała jak mleko, zęby białe jak kreda, Jej śmiech przeraża większość z nas.” Jakże nordycki wymiar ma ten tekst… „Enhver til stitt”: „Idę za swym koniem, prosto do lasu, Krwawię; mokry od własnej krwi. Upadam, lecz znów wstaję. (…) Światło się wzmaga. Bogini księżyca podchodzi do mnie. Nie jest mi już zimno. Jestem ogrzany przez księżycowy blask.” Samousprawiedliwienie zbrodni Wikinga, jedynej formy kontaktu z drugim człowiekiem, odwiecznym wrogiem, chrześcijańskim ojczymem, nieobecnym ojcem, podłym sukinsynem. Oto nad wyraz spokojna pokuta. Ludzie, którzy zamykają w klatkach dzikie zwierzęta, nic nie są w stanie pojąć. Stąd wkładka do płyty, obdarzona grafikami Ludwiga Pietscha i Lorenza Frolicha, które przedstawiają scenki rodzajowe z mitologii nordyckiej: wściekłego Odyna z toporem, z włócznią, kozła, oddającego mocz do świętego naczynia. Do tego pulsujący, wprowadzający w trans rytm i hipnotyczny, momentami rozdzierający głos Vikernesa, który przypomina o jego wilczym rodowodzie. Szósty kawałek nosi tytuł „Budstikken” („Wiadomość”) i takie oto niesie przesłanie: „Dobre duchy z głębi umysłu, Nigdy nie sięgnięte przez pustynnego boga, Ze starego źródła krainy naszych przodków, Ze starej studni szacunku. Morduj tchórzliwy tłum wroga. Głodny i śpiewający motłoch, Czarodziejki i ci, co łamią przysięgi. Niech ich krew użyźni naszą ziemię.” Nic dodać, nic ująć. Monoteistyczna zaraza judaizmu, chrześcijaństwa i islamu panoszy się na świecie od tysięcy lat, można z nią walczyć na drodze dyskursu filozoficznego, można też mieczem, toporem, bombą atomową. Reakcją obronną, skażonego totalitaryzmem jedynego, słusznego boga, organizmu, jest starożytny politeizm, mitologia nordycka, wierzenia przodków Vikernesa. Czas na nocne łowy Wikingów. Przypominają się najwspanialsze albumy BATHORY: „Blood Fire Death”, „Hammerheart” i „Twilight of The  Gods”. Wszystkie chwyty dozwolone, byle były skuteczne. Numer 7 (ostatni, jak 7 grzechów głównych) przynosi dźwięki rodem z piwnicznej izby, splecione z rytualnymi bębnami… Tytuł „Til Hel og tilbake igjen” („Do Hel i z powrotem”) przywołuje władczynię krainy zmarłych śmiercią naturalną, boginię Hel z mitologii nordyckiej, pół-kobietę, pół-szkielet, na jej lewej dłoni kruk (left hand path), funkcja żeńska, symbol Natury, wiecznego do niej powrotu. Tak znów powrót do Kobiety, Pramatki, Wenus stanowi ukłon Vikernesa w stronę niewinności, dzieciństwa, infantylizmu kolesia z dzidą… Varg pochylił się nad swoją głupotą i zapłakał niczym Wenus nad nagrobkiem z okładki albumu „Fallen”.

Tak wygląda wyrównanie rachunków ze zmarłymi, zabitymi, spalonymi na stosie. Czy nie jest tym samym pokłon Cezara, lidera CHRIST AGONY? Czyż nie tak rodzi się smutek myśli? Wszak muzyka jest projekcją emocji… Frustracją Niedopowiedzianego…

[Jarosław Błahy – notka o autorze]