NICUMO The End Of Silence `13

CD `13 (Inverse Rec.)
Ocena: 4,5/6
Gatunek: emo metal

Chyba każdy, biorąc do ręki nową płytę nieznanego zespołu, ocenia jej zawartość po okładce… Jedni robią to świadomie, co nie znaczy, że otwarcie i że przyznają się do tego komukolwiek – inni oceniają podświadomie. Opakowanie debiutu fińskiego NICUMO każdego chyba wywiodłoby na manowce: oszczędny graficznie front, czcionka i szata takoż, kolory dwa, również zdjęcie w środku, sugerują wszystko (mnie najmocniej „jakiś hard core”) prócz tego, czym okazała się płyta „The End Of Silence”. Debiutancki materiał pięciu Finów (skład „klasyczny” dla rocka, na dwa wiosła) daleki jest od wszelkiej ekstremy: to taki doskonały „materiał środka” (oczywiście mowa tu o metalowej materii). Grzeją – ale w sumie nie za ostro. Jest melodyjnie – ale na szczęście nieszczególnie i niezbyt często ckliwie. Na płytę składa się 10 „równych” piosenek. Są one „równe” w różnych aspektach. Kompozycyjnym: zwrotka-refren-zwrotka-refren-solo-refren-koniec (oczywiście uprościłem, ale generalnie trzymają się tego schematu, a na płycie nie ma żadnych odjazdów i eksperymentów formalnych). Piosenki „równe” są nawet czasowo – każda oscyluje w okolicach pięciu minut – nie mniej niż 4:31 i nie więcej niż 5:54, a łącznie wszystkie dziesięć trwa minut 51:50. Również aranż kolejnych numerów jest podobny, więc i brzmienie takoż. Na szczęście owe podobieństwa wyglądają tak prosto tylko „na pierwszy rzut oka” i w pewnym sensie okazują się pozorne. „The End Of Silence” jednak szarpie i huśta nastrojem, a szybsze utwory przekładane są balladami. Przyznaje bez bicia, że początkowo, po spędzeniu pół godziny z NICUMO, odczuwałem lekkie znużenie i by przyjąć cztery ostatnie numery potrzebowałem przerwy. Teraz łykam całość bez popity – i Wam też tak radzę. Jest to materiał bardzo melodyjny, momentami wpadający jednak niestety w popy-metalową manierę (pozdrawiam ukłonem fanów COMY). Efekt ten potęguje dość mocne nadużywanie refrenów i monotonny w swej barwie, lekko egzaltowany głos wokalisty. Teksty zresztą usprawiedliwiają ową egzaltację. Przedzierzgnę się więc na moment w moje wymarzone alter ego – krytyka literackiego. Liryki najprawdopodobniej powstały po fińsku (cóż za domyślność!), po czym zostały przetłumaczone na angielski, co sugeruje nieadekwatne czasem zastosowanie pewnych wyrazów lub wyrażeń, których Brytole używają w cokolwiek innych kontekstach. Kod komunikacyjny nie zostaje jednak przez to zakłócony – doskonale wiemy, co autor chciał nam powiedzieć. A są to ciekawe liryki, głębokie i czarne przemyślenia – najbardziej emocjonalne emo, jakie ostatnio czytałem! Obok nielicznych banałów i kulturowych toposów znajdujemy tu najprawdziwsze ludzkie wnętrze, ludzkie przemyślenia pełne lęków i beznadziei. Są tu na przykład dwie fantazje na temat samobójstwa (może być ich więcej, ale nie wszystkie jednoznacznie rozszyfrowałem), obie niebanalne i jednocześnie (mnie akurat) przerażające. Jest tu również z pozoru cukierkowa balladka o miłości, która niespodziewanie przeradza się w rozważania o starości i śmierci. Na poziomie meta-języka teksty te jak najbardziej się bronią. Na pewno też dadzą do myślenia niejednej roz-emo-cjonowanej młodej osobie. Generalnie dominuje wokal „czysty”, czasem podrasowany „mokrą chrypą”, bo na tym albumie chyba tylko Diabeł (kilka razy) śpiewa growlem. Ale wszystko, co napisałem powyżej, jest gdzieś tam mało istotne. Metal bowiem to muzyka gitarowa. A gitarzyści NICUMO to nie są muzycy z pierwszej łapanki! I właśnie dla tych pomysłowych riffów, solówek, ich aranżacji i efektów mniejszych i większych warto (nie raz!) posłuchać ten album! Gitarowe pomysły na bardzo udane riffy, passusy i cody przeplatają się tu, wypluwane jedna za drugą z pewną lekkością i (w przeciwieństwie do refrenów!) nie są tak do znudzenia „zajeżdżane” i zarzynane. Owszem, pojawiają się kilka razy, ale potem – nawet kiedy mogłyby wrócić – już nie wracają. Pojawiają się następne, ciekawsze, inne. Również gitarowe efekty wykorzystywane są tutaj z wyczuciem – spełniają swoją funkcję, a nie sprawiają wrażenia efekciarstwa. Do tego płyta brzmi niezgorsza, słychać wszystko jak należy. Bass też chropowato sunie do przodu! Więc choć „muzycznym ekstremistom” „The End Of Silence” polecić nie mogę, ich dziewczynom, kochankom i nałożnicom – jak najbardziej! Stojąc w lustrze i rozczesując swoje pukle, mogłyby nucić przy okazji, jak to „…zakochały się w Diable” (lalala). [Herr B.]

Nicumo, www.nicumo.com, www.facebook.com/nicumo
Inverse Rec., info@inverse.fi; www.inverse.fi