NILE At The Gates Of Sethu ’12

Dosłownie kilka dni temu miała miejsce premiera nowego, siódmego krążka amerykańskiej, brutal death metalowej kapeli NILE. Jestem ich wielkim fanem od pięciu lat. Ściślej – od premiery „Ithypallic”. Wielką klasę udowodnili przed trzema laty, wydając świetny „Those For Whom The Gods Detest”. Pisząc te słowa, wsłuchuję się ponownie w dźwięki tegorocznego „At The Gates Of Sethu”. I dziwnie… nie jestem przekonany. Zawód miesza się ze smutkiem i zdziwieniem. Minęły trzy lata. Trio z Greenville miał nieco czasu na ogranie starego materiału i posiedzenie przy nowych rzeczach – tymczasem… wszystko to jakieś wtórne. A do tego – tragicznie brzmi. Pierwsze wrażenie, po zetknięciu się z tym materiałem było nie inne niż: „wtf? nagrywali to analogowo?”. I oczywiście, ciężko przyczepić się do warsztatowych kwestii – NILE niejednokrotnie udowodnili, że na gitarowo-perkusyjno-basowym rzemiośle znają się rewelacyjnie. Solówki od czasu do czasu są co prawda nudne i bez wyrazu, ale to można przeboleć. Gorzej, że gitarzyści nie mają pomysłu na ciekawe riffy! Fakt, faktem – kwartet dokonuje dźwiękowej anihiliacji – jednak z tej strony znamy ich od dawna i poniekąd – za to szanujemy. Kapela z niemal dwudziestoletnim stażem nie może odcinać kuponów od swych dotychczasowych sukcesów – powinna ewoluować! Ktoś powie – ale jest miażdżący słuch, pokręcony do granic możliwości „The Fiends Who Come To Steal The Magick Of The Deceased”. A co z szybszym niźli światło „The Gods Who Light Up The Sky At The Gate Of Sethu”? Szanowny pan redaktor nie słyszał BEHEMOTHowego „Natural Liberation Of Fear Through The Ritual Deception Of Death”? Słyszał, słyszał. Ale – do stu tysięcy beczek z prochem! To przeca jeno pojedyncze numery. Zgodzę się z tym, że w kwestii rytualno-folklorowych, instrumentalnych wstawek – NILE nie mają sobie równych, a takie kompozycje, jak „Slaves Of Xul”, czy „Ethno-Musicological Cannibalisms” bronią się same i powodują ciarki na plecach. Nie mniej, to tylko rodzynki, które przecież nie od dziś wzmacniają naszą miłość do Nilu. Generalnie, druga część płyty – gdzieś w okolicy „The Gods Who Light Up The Sky At The Gate Of Sethu” – jest lepsza niż jej początek. Wokalnie jednak – kiepściutko. Dawno nie słyszałem tak biednie brzmiącego Karla Sandersa. A wspomagający go Dallas Toler-Wade również nie brzmi dobrze. George Kollias natomiast, opiera swą perkusyjną pracę na niemal samych blastach. Nuuuda. Jestem surowy? Owszem. Jednak oceniam NILE z perspektywy dziewiętnastu lat muzykowania, sześciu wcześniejszych albumów i pozycji, jaką wyrobili sobie (ciężką pracą) na światowej scenie death metalowej. „At The Gates Of Sethu” to nie NILE w szczytowej formie. Ba! To nawet nie NILE, który rozgrzewa się do walki. Czwórkę z Ameryki stać na dużo więcej. I mam w tym miejscu poważne wątpliwości, jaką notę wystawić panom inspirującym się mitologią starożytnego Egiptu, za ten pożałowania godny falstart. I stawiam czwórkę z minusem (którym jednak nie dysponuję). Stąd – cztery gwiazdki i wyimaginowany minusik. Szczerze. I od serca. [Tomasz Kulig]

Nile, http://www.nile-catacombs.net/

 

Nuclear Blast, http://www.nuclearblast.de/