Nowa generacja brutalności

132882_132883

Znacie smolistą bryłę o nieskończonej ilości ścian i osi symetrii? Ja znam, zwie się POLSKĄ SCENĄ METALOWĄ, w całym swym koźlim majestacie. Latami przechodziła wiele przeobrażeń, ale nie można rzec, że kiedykolwiek była „słabsza” od zagranicznych – może nie zawsze byliśmy archetypami czy prekursorami, nie przecieraliśmy szlaków, ale oraliśmy grunt pod – na prawdę – silną, ciężką i zbitą masę. Wychowałem się w otoczeniu niezwykle różnorodnym, od KATA przez ROOTWATER i PROLETARYAT na SACRILEGIUM kończąc, zdążyłem się zmierzyć w tym czasie z wieloma opiniami, wieloma światopoglądami i poznać scenę od wewnątrz – wyrabiało się wtedy we mnie poczucie alienacji muzycznej, metalowi rodacy często oskarżali sami siebie o mizerność i nicość dokonań – KAT, TSA, VADER, CETI i do przodu, ale nic poza tym – poza tym głębokie podziemie i wieloletnie raczkowanie. Następnie z czarciej posoki, zrodził się BEHEMOTH i coś odżyło w tej Polsce – materiały na prawdę godne uwagi wreszcie zaczęły budzić szerszy podziw, po prostu materia zaczęła krążyć. Jak mikroelementy w układzie krążenia, ten organizm zaczął wreszcie żyć – elementy dotarły do szerszego spektrum odbiorców, przestały cieszyć tylko garstki najwierniejszych fanów. Żyliśmy wiele lat w cieniu tragedii jaka spotkała DECAPITATED, patrzyliśmy na notowania listy Billboardu, na niezniszczalnego Petera – z boku wyrastali gracze, którzy równie ładnie bawili publiczność na koncertach – VIRGIN SNATCH, FRONTSIDE i inne, które do dziś pozostały nieco w cieniu. Celowo pomijam tu wiele zespołów, które wpłynęły silnie na Polską SCENĘ, ale jest to zamierzane – wiodący ascetyzm zaprowadzi nas od razu do czasów współczesnych, o historii bowiem zapisano już za wiele. A co oferuje nam współczesność? Koniec ery polskich tytanów – DECAPITATED, VADER, BEHEMOTH. Pomimo, że są i tworzą, to nie stanowią już szkieletu i jego osi – dziś Polska dzierży maczugę. Maczugę naszpikowaną jadowitymi kolcami. Kto domyślny, ten już wie, że jest to era black metalu, niepozornej i spokojnej muzyki dla samotników, którą można umilać sobie rytualne klęczenie na ziarnku bluszczu. Dziś widzę, że fani żyją ŚLĄSKIEM – za sprawą, między innymi znanego multinstumentalisty, który lubi śpiewać o polskim klimacie i tradycjach – Nihila. Niektórzy już dawno spoglądali na FURIĘ z litością, a potem przecież narodziły się jeszcze FDS, MOROWE, SEAGULLS…, CSSABA, a następnie solowy projekt Sarsa o enigmatycznym tytule DUSZĘ WYPUŚCIŁ, przy którym słyszałem najczęściej opinie typu „Co ona tam pie*oli?” – a niech pie*oli, idealnie wpasowało się to w klimat. Kontynuując, zapewne wielu słuchaczom mogło to zbrzydnąć, mogli mieć dość tego „produktywnego” Śląska i pościgu za pieniążkami, ale kto… nie poczuł choć na moment sympatii do arcydzieła „Piekło.Labirynty.Diabły” – toż to nawet Sławek puszczał w Radiu Białystok. Kto nie czuł się jak na pięknej, zamarzniętej polskiej hali z FURIĄ? A może kto nie dogorywał z MASSEMORDem? massemord-tourA Nihil zaiste stanowi tylko część Śląskiego imperium węglowego amoku. Chyba niewiele było płyt, na które czekałbym za taką niecierpliwością jak na IPERYT – nie zawiodłem się przy tanecznych rytmach „No State Of Grace”. Nie zawiódłbym się też przy nowym INFERNAL WAR. Jednak odchodząc od mistycznego Śląska, trochę na wschód… MGŁA, MGŁA na którą mało kto nie czekał, oczywiście z tych, którzy widzą w black metalu siłę narodową – płyta Z sercami ku nikomu (na wolno przetłumaczone, by było bliższe sercom), z miejsca stała się najczarniejszą perłą apokaliptycznego roku 2012. Bezapelacyjnie zmiotła i zamiotła – MGŁA ustanowiła nowy podział siły na polskim froncie, który krystalizował się od pewnego czasu. Kiedy jeszcze KRIEGSMASCHINE powróci po perfekcyjnym splicie z INFERNAL WAR, to zapowiada się prawdziwy południowy armagedon. Lodowo-militarno-wiosenny. Krocząc dalej ścieżką kriegu, nieco ku górze mapy – po MGLE, możemy natknąć się na… SZRON, który dokończył w 2012 roku dzieła spustoszenia. Przypieczętował nowy kurs, dobił maruderów i wraz z genialnym BLAZE OF PERDITION finalnie wykuł tron. Powracając jednak do korzeni zmian… czekaliśmy na NOMAD, czekaliśmy na PANDEMONIUM, ale osobiście się zawiodłem – oba wróciły z przytupem, oba wpadały w ucho i przyjemnie pieściły zmysły, ale uznałem je za pobożne umilacze na trasie metamorfozy POLSKIEJ METALOWEJ SCENY. Niemniej jednak, ostatnie lata zdołały przywitać nas dwoma zapierającymi dech w w piersiach powrotami – które już w rzeczywistości, na wszystkich płaszczyznach odbioru zmiażdżyły i doprowadziwszy do szaleństwa niejednego fana… znikły w czeluści. MASTIPHAL i CHRIST AGONY, bo to o nich mowa – osobiście bliższy jest mi ten drugi gracz, zwłaszcza z dobrze znaną personą na wokalu, ale MASTIPHAL zawsze cieszył się u mnie sympatią, ze względu na wkład w i/oraz szerzenie idei podziemia. Ale, ażeby pokazać inne oblicze POLSKIEJ SCENY wkroczę na głęboką wodę – to co usłyszałem od ETERNAL DEFORMITY w tym roku sprawiło, że ucieszyłem się z faktu, że nigdy nie szalałem za DREAM THEATER czy innymi progresywnymi zespołami, tutaj bowiem (po raz drugi) zostałem nakarmiony najwyższej klasy awangardową muzyką, jakiej inne kraje mogą nam pozazdrościć. Dodając do tego OBSCURE SPHINX, które bardzo długo przymierzało się do wydania płyty, ale gdy to nastąpiło… ukazało się nam dzieło, na miarę BLINDEAD, zespołu, który jest dla mnie od wielu lat indykatorem jakości alternatywy w Polsce, tak skutecznym przy opisie nowych wytworów tego gatunku, np. PROGHMA-C. ANTIGAMA jest, co prawda, solidnym tworem, także w swojej niszy, progresywnym, ale BLINDEAD ma coś czego inni nie mają (poza tym samym wokalistą), ani u nas, ani za granicą – jądra bólu. Którego z kolei mogliśmy po części uświadczyć na wielu polskich nagraniach depressive black czy funeral doom – tutaj warto wskazać na wschodzący CIEŃ, który na fali sukcesu ETERNAL DEFORMITY, załapał się na parę koncertów i przez to zyskał uznanie, zasłużone. Ale CIEŃ to tylko jeden księżyc, ja widzę ich nieco więcej – wystarczy nadmienić COLD EMPTY 35385_cold_empty_universe_constantly_creating_myself_in_the_space_of_lifeUNIVERSE, tak cenione zagranicą za kosmiczny klimat. Można by było wymieniać mnogość teraźniejszych alternatywnych zespół w Polsce, ale na pewno wszyscy dostali by z chęcią, wreszcie obiadek – soczystego kotleta. Pieczonego na piekielnym ogniu polskiego death metalu. W tej branży można było zaobserwować najwięcej zmian, tuzy odeszli, starszacy odsunęli się, kraina się rozstąpiła – otworzyła się nieograniczona przestrzeń dla tysięcy wymiataczy. O ile old school death metal pozostał u nas w podziemiu, wraz z melodic deathem to główne nurty t.j. brutal death i sam death rosły aż po szczyty międzynarodowego poziomu. Grindcore pominę, choć również byłoby sporo pisania – wzrastające marki jak GNIDA mają szansę podbić najbardziej mięsne serca. Ale sedno, sedno, sedno… Lata 2010-2013… Metalowy Eden – już wtedy TRAUMA rozpieściła nas wybitnym „Archetype Of Chaos” i do dziś czekamy na kontynuacje. A potem to już istny wysyp… HATE, AZARATH, LOST SOUL, STILLBORN, DEUS MORTEM czy mniejsze marki jak BANISHER, MESMERIZED, GORTAL, EFFECT MURDER albo coś z fantastycznej sceny industial deathu – EMPTY PLAYGROUND, żeby tak coś dać na przykład… I tu niespodzianka – czas na podsumowanie. Death metal jest rzecz oczywista, także dobrem narodowym, skądinąd nawet bliższym audytorium, ale wystarczy się w po prostu wsłuchać w szum zniszczenia, bez zbędnego opisywania. I jakież wnioski wypływają z tego wszystkiego? Zdecydowanie odeszliśmy od idei tradycjonalizmu, jest to szerokie zagadnienie-proces, ponieważ obecnie nawet scena pagan i folk metalowa uległa spłyceniu. ARKONA, NORTH, SALTUS już nie karmią drzewami i pogańską chęcią podbijania świata. PERCIVAL SCHUTTENBACH stał się zbyt rozpoznawalny by pociągnąć za sobą młodą falę, THY WORSHIPER chyba już zrezygnował po świetnej zapowiedzi nowej płyty, SLAVLAND jest na urlopie – nie ulegliśmy zdziczeniu, ani nie jesteśmy bardziej atawistyczni. Zostaliśmy brutalami. POLSKA SCENA METALOWA pragnie, łaknie i pożąda brutalności, którą najłatwiej odnaleźć w BLACK METALU. To stamtąd polski metal czerpie wodę, by móc dalej kuć. Death metal spod znaku STILLBORN? Chorobliwie dziki, porywający. Nowy AZARATH? Brutalne bluźnierstwo. A może podać wam ikonę metamorfozy? Posłuchajcie TURIN TURAMBAR. Do tego… chcemy paradoksalnie mrozu, zimna, chłodu (może już dość za oknem), w efekcie czego, wszystkie oczekiwania scalają się w jedno oblicze – Polski jako centrum zimnego, trochę eksperymentalnego, brutalnego deathu i blacku, nowej generacji zniszczenia.

[Vexev]