Nowela `zine: Boski Arthuro pisze nowelę – 30.08.2009

NOWELA `ZINE

Prasa podziemna to szczególna odnoga działalności na scenie metalowej. W zinach, czyli gazetkach pisanych przez fanów dla innych fanów i rozprowadzanych nieoficjalnymi kanałami, są promowane najczęściej młode, undergroundowe, potrzebujące takiego bodźca kapele. Istny wysyp underpressu miał miejsce w Polsce chyba pod koniec lat `90., ale do dzisiaj pozostali maniacy tego typu edytorki.
I tak, niedawno ukazał się dziesiąty numer minizina „Nowela”. Gratulując twórcy małego jubileuszu, zapraszamy do przeczytania wywiadu z Minstrelem.
Rozmowa dotyczyła nie tylko jego pisemka, ale też kilku spraw związanych z szerzej rozumianym podziemiem oraz życiem prywatnym Artura.

Witaj boski Arthuro!

Normalnie przywitanie jak w dobrym filmie erotycznym! Boski Arthuro? Kurde, normalnie miękko mi się robi! Już dawno nikt tak do mnie nie mówił! Ostatnio na jakimś wieczorze panieńskim. Hm.. Witaj boska Kasiu!! Co u Ciebie? Wszystko w porządku? Aby na pewno? Co u męża? Był w domu, kiedy układałaś te pytania, czy też po kryjomu, przy świetle latarki kleciłaś ten wywiad? He! He! Zazdrosny jest? Chociaż trochę, ociupinkę? Nie? No to popracujemy nad tym kiedy indziej! He! He!

„Nowela” ukazuje się od roku 2002, ale Twoja przygoda z podziemiem trwa dużo dłużej. Byłeś aktywnym muzykiem, bębniłeś w zespole BRAQUEMARD i wystartowałeś z zinem krótko przed rozpadem grupy. Powiedź, czy już wcześniej myślałeś, że fajnie byłoby popisać coś o ukochanej muzyce i robić własnego zina, czy też to pragnienie narodziło się dopiero w momencie, gdy sprawy kapeli zaczęły cichnąć i w ten sposób chciałeś sobie skompensować ewentualny „brak podziemia”?

ImageTemat zina pojawił się już dawno, trochę przed powstaniem BRAQUEMARD. Jeszcze jako zwykły maniak, choć nie trwało to zbyt długo, bardzo ciągnęło mnie do aktywnego uczestnictwa w tym niecnym procederze. Praktycznie na początku mojej przygody z podziemiem miałem przyjemność poznawania działalności zwaną edytorską, poprzez nabywanie różnego rodzaju piśmideł. Strasznie podobało mi się to, że ludzie ci mają dostęp do muzyki, która dla pospolitego słuchacza była prawie niedostępna. Poza tym sam fakt, że mają tylu znajomych wśród zespołów, fascynował mnie jako młodego podlotka. Razem z dwoma kumplami powołaliśmy do życia twór, który zwał się „Aphalon `zine”. Prawie skończyliśmy pierwszy numer, kiedy to chęci nam odeszły, a wszystkie materiały trafiły do kosza. Wtedy można było nazwać nas po części rip-offami, chociaż szlachetnej krwi, ponieważ odpisałem każdemu zespołowi, z którym robiłem rozmowy, że jednak zine się nie ukaże. Z niektórymi nawet do niedawna byłem w kontakcie. Tak to już bywa, kiedy dzieciaki zabiorą się za robienie poważnych rzeczy! He! He! Tak więc temat zina był obecny w mojej głowie przez cały okres trwania BRAQUEMARD, ale nie mogłem się za to zabrać z braku czasu. Czekałem spokojnie, aż pojawi się jakiś impuls, który popchnie mnie do ostrego działania. Tak też się stało w 2002, kiedy to wypuściłem pierwszy numer „Noweli”. I nie była to kwestia rekompensaty za ewentualne rozstanie się z podziemiem, ponieważ numer ten powstał, kiedy BRAQUEMARD był jeszcze prężnie działającym zespołem, a jego rozpad nastał w 2003. Tak więc umarł król, niech żyje król! Oczywiście w tym miejscu proszę nie dokładać żadnych dopisków typu: ,,Skromny jesteś, nie ma co…” albo innych, ponieważ przytoczyłem tylko powiedzenie! He! He! Tak w ogóle, to nie życzę sobie dopisków! Zamykam się wtedy w sobie! He!

Z rachunku matematycznego i średniej wynika, że wydajesz każdego zina mniej więcej co 7 miesięcy. Wynik całkiem niezły, ale trzeba wziąć poprawkę na to, że „Nowela” to nie jest trzytomowa powieść:-). Powiedź, jak pracujesz nad kolejnymi numerami? Czy po każdym robisz sobie urlop, czy od razu piszesz nowe recenzje, żeby nie mieć „zaległości”? Wywiady robisz w ostatniej chwili, by były najbardziej aktualne, czy nie ma to znaczenia? Czy zdarza Ci się po dostaniu odpowiedzi od rozmówców dodawać pytania uzupełniające? Czy robisz korektę pod względem gramatycznym, interpunkcyjnym i odsyłasz wywiady do autoryzacji? Jak dużo czasu zajmuje Ci poprawianie literówek (których w „Noweli” jest bardzo mało) i skład komputerowy (tu zgaduję, że jedno popołudnie:-))?

Zabiłaś mnie! Już dawno nie widziałem tylu pytań w jednym! [a co? pogubiłeś się?, a ja Cię uważam za inteligenta!:-) – red.] He! He! Zacznę może od początku… Pracę nad każdym kolejnym numerem zaczynam, gdy odpocznę trochę od poprzednika. Jest to bardzo lakoniczna odpowiedź, gdyż dla każdego odpoczynek to co innego – ale tak właśnie jest. Czytam kilka fajnych książek, odświeżam umysł. Biorę się za następny numer, gdy czuję, że już czas coś skrobnąć. Poza tym moment pracy nad kolejnymi numerami „Noweli” jest uzależniony od czasu, który w danym momencie posiadam, a z tym bywa bardzo różnie… Jeśli chodzi o wywiady faktycznie powstają one na samym końcu. Po pierwsze by były jak najbardziej aktualne, a po drugie zbieram materiały do recenzji w bliżej nieokreślonej ilości, ponieważ być może właśnie w nich czeka ciekawy rozmówca. Pytania uzupełniające są nieodłączną częścią edytorki, ponieważ często zdarza się, że podczas układania pytań nie zawsze poruszy się naprawdę ciekawy temat, a zdarza się, że ten wypłynie akurat w trakcie rozmowy. Kasiu, „Nowela” jest pismem podziemnym, więc o jaki rodzaj autoryzacji Ci chodzi? Tutaj ja decyduję, czy zamieszczam rozmowę w zinie. Nikt inny. Nie ograniczam ludzi, co do ilości stron odpowiedzi czy też ilości znaków – to jest przecież bez sensu. Jak ktoś ma odpowiedzieć ciekawie na pytania, skoro ma do dyspozycji np. 500 bądź 600 znaków na jedną odpowiedź? Jeśli ktoś poruszy drażliwy temat, to już jego sprawa – umieszczam pełne odpowiedzi rozmówców, a oni wiedzą, że ponoszą odpowiedzialność za swoje słowa. Jeśli ktoś mnie zdenerwuje, to po prostu robię mnóstwo dopisków i tyle. Korekta literówek to istne przekleństwo, ponieważ staram się nie używać automatycznego słownika. Po prostu, gdy dany numer jest gotowy, czytam go i staram się wyłapać wszystkie błędy zarówno ortograficzne, jak i pozostałe, czysto higieniczne.

Zapewne nakład „Noweli” to ściśle tajna tajemnica, więc zapytam inaczej… Czy w dzisiejszych czasach, gdy prasa podziemna nie cieszy się taką popularnością, jak jeszcze na początku, gdy startowałeś z „Nowelą”, rozprowadzasz mniej kopii niż wcześniej? Czy zauważasz taką malejącą tendencję? Więcej kopii „Noweli” sprzedajesz, rozsyłasz jako promo czy się wymieniasz? Jaki procent stanowią „stali czytelnicy”, a jacy nowi? Rozprowadzasz zina sam, czy próbujesz przez dystrybucje, na koncertach itp.?
ImageJeśli chodzi o ilość „Noweli”, która rozchodzi się w świecie podziemnym, to powiem szczerze, że nie narzekam. Ze sprzedaży #8 kupiłem sobie trzy bochenki chleba, a ze sprzedaży #9 kupiłem sobie wypasioną plazmę! He! He! Jak widać wiedzie mi się nieźle… A tak na serio, nie są to jakieś oszałamiające liczby, ale cieszę się, że od początku istnienia mojego pisemka utrzymuje się stały poziom rozprowadzanych sztuk, a ostatnie dwa numery bardzo pozytywnie mnie pod tym względem zaskoczyły. W szczególności #10, gdyż na początku, ja biedny żuczek, nie wyrabiałem z ilością kserowanych sztuk i wysyłaniem paczek. Do dnia dzisiejszego „dziesiątki” rozeszło się prawie 80 sztuk, a biorąc pod uwagę, iż skończyłem ten numer na początku sierpnia (może pod koniec lipca), to jest naprawdę bardzo dobrze. Ciągle ktoś pisze, że jest zainteresowany nową „Nowelą” itp. Jeśli chodzi o procentowe podziały na stałych i nowych klientów, to niestety rozczaruję Cię, ponieważ nie prowadzę takowych statystyk. Nie mam zielonego pojęcia, jak to wygląda. Więcej jest oczywiście starych czytelników, ale ostatnio mnóstwo kopii poszło do bliżej mi nieznanych osobników. He! He! W przeciwieństwie do innych edytorów, którzy numerują kopie swoich periodyków i dokładnie notują, komu je wysyłają, ja nawet nie jestem w stanie powiedzieć, ile dokładnie kopii mojego zina się rozeszło – leniuch ze mnie. Rozprowadzam go bardzo różnie, począwszy od wymiany, przez koncerty (chociaż ten czynnik raczej mniej), a kończąc na dystrybucjach. „Nowela” na dzień dzisiejszy jest dostępna w trzech dystrybucjach i niestety nie mam zielonego pojęcia, jak tam wygląda sprzedaż. O kurczę, właśnie uświadomiłem sobie, że tantiemy ze sprzedaży „Noweli” trafiają do kogoś kieszeni!! Kasiu, dziękuję Ci za otworzenie mi oczu na tą bardzo ważną sprawę! He! He! [wezwać policję i urząd skarbowy?:-) – red.]

Teraz chcę Cię zapytać o coś, co zarzuciłeś ostatnio „Atmosphericowi” – że w moim piśmie recenzujemy więcej oficjalnych płyt niż demówek, promówek. Moim zdaniem jakość „podziemnego rynku fonograficznego”:-) w ostatnich latach bardzo się zmieniła. Coraz częściej podziemne zespoły samodzielnie wydają profesjonalne, tłoczone płyty z drukarnianą poligrafią (a zagranicą jest to już niemal norma), które siłą rzeczy trudno nazwać demem, nawet jeśli krążek zawiera niewielką ilość muzyki. W każdym razie sądzę, że Twój zarzut jest trochę niesprawiedliwy i być może spowodowany zazdrością, że sam do zina dostajesz więcej CDRów z okładkami xero niż oficjalnych wydań:-). Co Ty na to? Tylko się nie zezłość:-)…

Cóż, droga Kasiu, muszę się z Tobą nie zgodzić i stawić czoła moimi kontrargumentami. Przede wszystkim zacznę od tego, że do zazdrośników nigdy nie należałem, tym samym uczucie to jest mi obce. Złościć się również nie mam zamiaru, ponieważ słyszałem, że to piękności szkodzi… Widzisz, ja do wydawnictwa własnym sumptem podchodzę w ten sposób: niezależnie od tego, w jaki sposób zespół wyda ten materiał (czy na kredowym papierze, czy też z kserowaną wkładką), jeśli nie jest to zrobione przez wytwórnię, nadal pozostaje materiałem wydanym własnym sumptem, a takowy w moim mniemaniu to demo bądź promo – tym bardziej jeśli zawiera mało materiału (wtedy nawet nie odważyłbym się go nazwać albumem!). Oczywiście czasami zdarzają mi się odstępstwa od tych poglądów, ale staram się tego nie naciągać. Moje zarzuty wobec „Atmo” są oczywiście tylko i wyłącznie osobistymi odczuciami i niekoniecznie ktokolwiek musi się z nimi zgadzać i nawet nie bardzo mi na tym zależy. Przyznasz mi jednak rację i potwierdzisz, że typowego podziemia w „Atmospheric” jest coraz mniej [yes, dlatego robię wywiad z takim hero master guru orthodox podziemniakiem, jak Ty:-) – red.]. I nie dotyczy to tylko i wyłącznie materiałów recenzowanych, ale również działu z wywiadami, gdzie coraz częściej ukazują się zespoły, które promocji przez pisma podziemne raczej nie potrzebują i do tego właśnie piłem. Dodatkowo na łamach pisma, które współtworzysz, coraz częściej prezentowane są poglądy, które z podziemiem nie mają nic wspólnego, a wręcz czasem odnoszę wrażenie, że te konfrontacje poglądów są robione przez Was celowo – chcecie zmienić poglądy maniaków podziemia? Chcecie, aby byli mniej – jak to nazwałaś – ortodoksyjni? Myślę, że to złudna nadzieja – podziemie ma swoje korzenie, które niełatwo kontrolować.

Kiedy mówimy o podziemiu, trudno nie wspomnieć o sztuce epistografii, która niestety padła na pysk. Teraz korespondencja toczy się w internecie i przeważnie ogranicza się do zdawkowych informacji i spraw „biznesowych”. Dzisiaj już trudno trafić na kogoś, kto w długich listach/mailach zechciałby dzielić się poglądami, prowadzić dyskusje o muzyce czy pisać o sprawach prywatnych. Przyznam, że ja taką jakość kontaktu mam tylko ze starymi podziemniakami, młodzież jest inna. Powiedź mi, czy Tobie zdarza się jeszcze pisać długie maile o przeróżnej tematyce lub listy papierowe (częściej niż raz na miesiąc:-))? Z drugiej strony nie z każdym można się zaprzyjaźnić i gdyby człowiek chciał każdemu odpisywać wyczerpująco, brakłoby czasu na normalne życie…

Jeśli chodzi o klasyczne listy oraz maile, to wygląda to u mnie bardzo podobnie. Listów pisze mnóstwo, niestety te długie tylko ze starymi znajomymi, ponieważ mamy, o czym rozmawiać. Maile również zdarza mi się pisywać długaśne, ale to wtedy gdy muszę szybko wymienić informację, a mój stary znajomy ostatnio nie ma czasu na latanie na pocztę. Niestety czasem po prostu jestem totalnie zalatany i brakuje mi wolnej chwili, by usiąść i sklecić dłuższy list, dlatego też wysyłam wtedy krótsze z konkretnymi informacjami. Tak to w dzisiejszych czasach wygląda. Brakuje nam na wszystko czasu, a gdy dochodzą do tego obowiązki rodzinne, praca, elementy szarego życia zatracamy się i zapominamy, że tak naprawdę napisanie normalnego listu zajmuje nam nie więcej jak 15 minut. Gorzej, jeśli jest ich pięćdziesiąt! He! He! Jeśli chodzi o te „przyjaźnie”, to oczywiście zgadzam się z Tobą w 100%. Takich sytuacji też miałem już kilka. Gość klecił tak długie listy o niczym, że po przeczytaniu jednej strony oczy mi się zamykały. Oczekiwał, że będę tak samo otwarty i napiszę mu, jak wygląda np. mój szary dzień, jakie pozycje lubię w łóżku itp. Kurwa, po jednym liście? A gdzie gra wstępna? Niestety zdarzały się przypadki, że po prostu nie lubiłem z niektórymi osobnikami pisać, bo po prostu nie miałem o czym. Życie…

Chcę Cię zapytać o opinię na taki być może drażliwy temat… Ja rozumiem, że rotacja w przyrodzie musi być, jedni odchodzą, drudzy przychodzą, ale co sądzisz o osobach – niegdyś zatwardziałych, aktywnych podziemniakach, którzy po zakończeniu działalności całkowicie zerwali kontakty z podziemiem, a nawet więcej, nie chcą w ogóle do tego powracać myślą, a może nawet wstydzą się tej słabości z młodości? Dla mnie najjaskrawszym na to przykładem jest Łukasz Jaszak, który już wcześniej, a już na większą skalę w „Wolfpacku” pluł na podziemie (choć tym, że zrobił okładkę ostatniej płyty SQUASH BOWELS mi zaimponował:-)), Wojtek Zawiliński, który prowadził dystrybucję, promował kapele, sam pisał do fajnego zina:-) itd., a teraz wspiera co najwyżej katolickie słowo grupy ILLUMINANDI, czy też Artur Mieczkowski, który zaskoczył mnie odrzucając zaproszenie przesłane przez naszą-klasę:-) jako Atmospheric, bo już się z tym nie utożsamia…

Cóż, życie się zmienia, priorytety się zmieniają, co niektórzy myślą, że dorośli, a pozostali traktują podziemie jako dziecinną potrzebę pokazania się światu. Ujmę to tak… Niech sobie robią, co chcą, to ich sprawa. Mnie osobiście takie postępowanie wkurza i uważam, że nie byli wystarczająco pochłonięci tym, co robią. Ba! Chyba nigdy tak naprawdę nie poczuli bicia serca podziemia, skoro tak łatwo się od niego odżegnują. Rozumiem, że można zrezygnować z aktywnej działalności jak np. Puzon czy kilku innych. Goście konkretnie powiedzieli: „sorry, to co się dzisiaj dzieje, nie za bardzo mi odpowiada i rezygnuję z dalszej działalności”, albo po prostu nie mam na to już czasu. Totalny szacun! Tym bardziej, że ci ludzie cały czas darzą podziemie szacunkiem, nie odcięli się od niego całkowicie. Z niektórymi z nich cały czas jestem w kontakcie i do tej pory szanują to, co robią inni i zawsze mile będą wspominać czas poświęcony na edytorkę czy też inną działalność. Dla takich kmiotów, którzy nie pamiętają tego, kim byli, szkoda miejsca i czasu. Podziemie i tak już dawno o nich zapomniało i nie uroniło żadnej łzy. Żegnamy ozięble!

ImageMinstrel, z tego co wiem, masz wiele pasji. Kopiesz w piłkę i oglądasz mecze, łazisz po górach, rozbijasz się na rowerze… Gdybyś postawił na szali sport i muzykę, co by przeważyło?

Pod tym względem faktycznie należę do ludzi bardzo zajętych, chociaż ostatni rok był słaby, ponieważ nabawiłem się poważnej kontuzji, która uniemożliwiła mi aktywne letnie szaleństwo! He! He! Do sportów, który wymieniłaś, można dodać jeszcze pływanie i od czasu do czasu siłownię, jednak ze wszystkich moich aktywności fizycznych te trzy pierwsze są na piedestale. Jeśli zaś chodzi o to, co jest dla mnie ważniejsze, to niestety nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie wyobrażam sobie życia zarówno bez sportu, jak i muzyki. Byłoby strasznie nudne. To byłby chyba największy horror w moim życiu, gdyby zabrakło którejkolwiek z moich pasji! Myślę, że zarówno sport, jak i muzyka są nieodłączną częścią mojego życia. Po prostu żyjemy ze sobą w symbiozie, chociaż sport czasem mi szkodzi! He! He!

Prywatnie jesteś szanowanym bankowcem, który chodzi w garniturku i krawacie. Wiem, że to lubisz i ok, ale chcę Cię zapytać, czy Twoje szefostwo i koledzy z pracy wiedzą o Twoich niebezpiecznych zainteresowaniach muzyką hewi metalową? Na pewno pracujesz w młodym zespole i choć pewnie okazji do plotkowania przy kawie nie macie zbyt wiele, jakaś więź międzyludzka musi być, co nie? Powiedź, czy mówisz otwarcie o swoim hobby, czy raczej to ukrywasz, bo mogłoby to „zszargać” Twoją opinię, lub po prostu wychodzisz z założenia, że inne sztywniaki i tak tego nie zrozumieją… Bo u mnie w robocie koleżanki nie mają pojęcia, o czym mówię i kompletnie nie rozumieją, jak taka grzeczna dziewczynka jak ja może słuchać takiego szatańskiego hałasu:-)

Faktycznie lubię chodzić w garniturze. Przyzwyczaiłem się do tego na tyle, że głupio się czuje nie mając na sobie koszuli. He! He! Kiedyś usłyszałem od jakiegoś prawdziwka (imienia już nie pamiętam, bo biedak zgubił się pewnie w swoim borze i od dawna o nim nie słyszałem), że jestem najlepszym przykładem pozera, bo jak metal może chodzić w garniturze? Cóż, jakoś sobie radzę, a pod koszulą mam zawsze koszulkę INCANTATION! He! He! Ja tam nie zauważyłem, aby fascynacja muzyką heavy metalowa była niebezpieczna. Jedno morderstwo czy też kilka zarżniętych kotów na cmentarzy to jeszcze nie powód, by kogoś kwalifikować do niebezpiecznych! He! He! A tak na serio, to moi współpracownicy wiedzą, jakiej muzyki słucham i w ogóle im to nie przeszkadza. Praca w młodym zespole pozwala na więcej wolności oraz intelektualnej swobody, tym bardziej w branży, w której pracuję. W pracy w bankach liczą się przede wszystkim umiejętności, wykształcenie, wiedza oraz sprzedaż, a nikt nie zawraca sobie głowy pierdołami typu, jakiej muzyki mój pracownik słucha, jak się zachowuje po pracy itp. Więc jeśli wszystkie te czynniki są na minimum zadowalającym poziomie, to nikt do nikogo się nie dopieprzy. Tutaj opinię zszargać może niska skuteczność jako bankowca oraz nieumiejętność dostosowania się do szybko zmieniających się warunków. Na szczęście pracuję w banku, gdzie nie ma miejsca na protektorat czy też zatrudnianie po znajomości. Liczą się zawodowcy. Wiesz Kasiu, Ty pracujesz w upolitycznionej do szpiku kości instytucji, gdzie lepiej jest, jeśli ludzie nie wiedzą wszystkiego. Niestety wpływy i naciski polityczne zmieniają słabszych psychicznie ludzi w zwykłe świnie, które potrafią narobić niezłego burdelu w swoim korycie, więc należy zachować szczególną ostrożność. Pracowałem w tej samej firmie co Ty, więc dobrze wiesz, że w tym względzie mam rację. Życzę powodzenia. Ja już z upolitycznionymi firmami nie chcę mieć nic wspólnego. Ha! Ha!

A czy myślałeś o tym, żeby powrócić do czynnego grania? Czy w ogóle w ostatnich latach miałeś jakieś propozycje dołączenia do zespołu? Radomska scena metalowa zdaje się teraz nieco przebudzać… Może gdzieś przydałby się perkusista? Miałbyś na to czas i ochotę, panie minstrel?

Czy miałbym ochotę? Pewnie, że tak, ale już czasu niestety bym nie miał! Jestem trochę zajętym człowiekiem, ze względu na zawód, jaki wykonuję oraz pasje i hobby, które zajmują mi naprawdę dużo czasu. Uwielbiałem tłuc w bębny i ciężko było się przyzwyczaić do nowego stylu życia, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Z upływem czasu uświadomiłem sobie, że bębniarzem byłem co najwyżej przeciętnym, a powiedziałbym nawet, że bardzo słabym. Dla muzyki chyba lepiej się stało, że słaba jednostka w mojej osobie odpuściła sobie aktywną twórczość w roli muzyka. Niech lepiej sprawy toczą się dzisiejszym torem, tak jest lepiej dla wszystkich. BRAQUEMARD był moim najdroższym dzieckiem i tak jest do dzisiaj, chociaż – jak już powiedziałem – teraz trochę inaczej na to patrzę. Jeśli chodzi o propozycje grania w innych zespołach, to do dzisiaj się takowe pojawiają, a ja niestety dla dobra muzyki i szanowanych przeze mnie załóg grzecznie odmawiam. He! He! Po prostu nie uważam, że się do tego nadaję, a po drugie nie potrafiłbym się dzisiaj w stu procentach poświęcić dla dobra danej kapeli. Radomszczańska scena faktycznie powoli zaczyna się przebudzać i zapotrzebowanie na perkusistów jest dosyć duże, ale muszą sobie jakoś radzić – ja się za to nie biorę. Faktycznie, Tadzik wraz z Mironem (ex-wokalista BRAQUEMARD) nagrali demo ze swoim black/death metalowym MORTE, Marcin (ex VESPERA) nagrał kawałek promocyjny wraz z odrodzonym gotyckim COLDLIGHT PROJECT, powstał jeszcze MIND PURIFICATION i kilka rockowych zespołów. Zobaczymy, co z tego będzie. Ostatnio chłopaki zaczęli organizować coś takiego jak rock/metal fest przy wsparciu Urzędu Miasta w Radomsku – całkiem przyjemna imprezka, szkoda tylko, że na obu edycjach grały prawie te same grupy. Jest jeszcze niejaka „Nowela”, ale to taki niszowy periodyk, że w Radomsku może z pięć osób wie o jego istnieniu.

Dziękuję za rozmowę!

Również dziękuję Ci, Kasiu, za miłą pogawędkę i miejsce w „Atmosphericu”. Mam nadzieję, że „Atmo” nigdy nie zapomni, co to podziemie i nigdy nie zrezygnuje z prawdziwej miłości do podziemnej muzyki. Życzę Wam jeszcze stu numerów i setek wspaniałych materiałów do opisywania.

[Kasia]

„Nowela `zine”, Artur Kołodziejczyk, ul. Piastowska 8/62, 97-500 Radomsko; minstrell@wp.pl; tel. 0692352166