OBITUARY, GRAVE, PATHOLOGY – 12.04.2011, Kraków

2011.04.12_obituaryOBITUARY, GRAVE, PATHOLOGY

12.04.2011, Kraków, „Kwadrat”

Dawno nie zdarzyło mi się, że na wyjazd na koncert zdecydowałem się w ostatniej chwili. Jednak zobaczyć tuzów z OBITUARY i GRAVE na jednej scenie, to wystarczający powód, żeby dołożyć wszelkich starań, aby znaleźć się w Kwadracie.

Na początek pierwsza rzecz, która uderzyła w oczy. Liczba osób na tym koncercie oscylowała poniżej 100. Myślę, że jedynie z 80 osób pojawiło się tego dnia na tym koncercie. Rozumiem, że zbliżały się święta i środek tygodnia… Ale grał OBITUARY! Ale przynajmniej nie było ścisku…

Rozpoczęli panowie z PATHOLOGY, promujący ostatnie (czwarte) wydawnictwo o tytule „Legacy Of The Ancients”. I trafili ze swoją muzyką w moje zamiłowanie. Brutalny przez bardzo duże B death metal, z prosiakiem i growlem na wokalu, świetnie nadawał się na rozgrzewkę przed wielkimi nazwami. Jednak pod sceną było raptem kilka osób, w oddali trochę więcej, no i praktycznie żadnego odzewu z strony publiki. J. Huber (wokalista) co chwilę zachęcał do jakiejkolwiek reakcji. Dopiero przy ostatnim kawałku mógł zawołać do kompanów z zespołu, że „tam jednak jest życie”. Zespół skupił się głównie na materiale z ostatniego dzieła, natomiast z poprzednich wydawnictw otrzymaliśmy niewiele. Tym bardziej, że w 30-tu minutach trudno upchnąć coś więcej. Na pewno zagrali „Tower Of Babel” z ostatniej płyty, reszty nie pamiętam. Co do muzyki, to w stylu, który reprezentuje PATHOLOGY, trudno ponownie odkryć proch. Było więc ciężko, z częstymi zmianami tempa i technicznymi popisami gitarzysty (na moje oko miał z 20 lat, a wymiatał, że kopara opadała). Szybko się to niestety zakończyło i nastąpiła dłuższa przerwa, w czasie której był czas na zapoznanie się z zawartością stoisk oraz rozmowę z wokalistą PATHOLOGY. O dziwo, pomimo obojętności publiczności, bardzo im się koncert podobał. Jak sam mówił, miewali zdecydowanie gorsze koncerty i cieszyli się, że w ogóle ktoś tam stał i ich słuchał.

Kolejnym zespołem był GRAVE. Wikingów ze Szwecji nie trzeba chyba przedstawiać. Załoga dowodzona przez Olę Lindgrena to zawodowcy, a sam głównodowodzący, pomimo ostatnich problemów z muzykami, stanął na wysokości zadania. Wydawać by się mogło, że taka uznana firma jak GRAVE ściągnie pod scenę więcej gawiedzi. Nie wiem, czy 30 osób to dużo, jednak tutaj już mieliśmy do czynienia z zalążkiem tłumu pod sceną. Najnowszy nabytek zespołu Tobias godnie zastąpił poprzedniego basistę (Freddę), zachęcając i co chwila wykonując różnej maści gesty w stronę publiki. Sam koncert nie różnił się zbytnio od tego, jaki dane mi było wcześniej oglądać na Brutal Assault. Znalazł się więc czas na pogaduchy z publiką. Sam set natomiast składał się w ¼ z utworów z ostatniej płyty „Burial Ground”, a w ¾ ze starszych utworów. Były m.in. „Soulless”, „Into The Grave”, „Burial Ground”, „You’ll Never See”, więcej nie pamiętam. Po 40-tu minutach szok! GRAVE schodzi z sceny i nie wraca na nią. Niedosyt ogromny! Zespołu niestety nie ominęły problemy techniczne, których kumulacja nastąpiła później w czasie występu gwiazdy wieczoru…

OBITUARY! Zespół legenda, jeden z ojców gatunku zwanego death metalem. Wciąż z panem Santollą na gitarze, niestety. Nie ma co jednak narzekać, bo koncert, pomimo strasznych problemów z gitarą i perkusją, był na prawdę wyśmienity. Nie popsuły mi go nawet namolne solówki Santolli. Dla mnie to był koncert wieczoru. Długi, obfitujący w smaczki typu solo Donalda oraz wspomaganie go przez Johna na perkusji. Wiem, że robi to często, jednak fajnie się to ogląda. Tym bardziej, że w klubie muzyka OBITUARY brzmi całkiem inaczej niż na scenie znajdującej się na świeżym powietrzu (vide Brutal Assault). Było duszno i gęsto od ciężkich riffów i przytłaczającego basu. Setlista nie do końca zadowalająca, jednak każdemu nie da się dogodzić. Poleciały m.in. utwory „Evil Ways”, „Slowly We Rot”, „List Of Dead”, „Blood To Give”, „The End Complete”. Mieszanka z różnych lat, powodująca ciarki na plecach swym brzmieniem. Mimo wszystko ten prosty death metal, który OBITUARY łupie już tyle lat, ciągle ma w sobie moc mogącą powalić na kolana i jeszcze poprawić glanem w żebra. Kto nie był, ma czego żałować.

Ze spraw organizacyjny powiem tylko, że ten koncert był rozgrzewką przed właściwym początkiem trasy, jaki miał nastąpić dzień później w Warszawie. Stąd może nikła frekwencja, jakaś taka mała ruchliwość muzyków itp. Warto jednak było się wybrać, aby poobcować z muzyką Wielkich Tuzów Death Metalu oraz młodego, acz już doświadczonego pokolenia w osobie PATHOLOGY.

Ps. Z tego miejsca pozdrowienia dla Michała z DEPRIVED, bez którego ten wyjazd nie miałby miejsca.

[Sake]